
Maj pachnie już mokrą trawą, kurzem po zimie i tym szczególnym rodzajem politycznego obłędu, który w Polsce pojawia się regularnie niczym komary nad bagnem. Człowiek otwiera okno, słyszy kosa na drzewie, widzi słońce odbijające się od szyb bloków i przez krótką chwilę myśli naiwnie, że świat może jednak zmierza ku spokojowi. I wtedy wychodzi Mariusz Błaszczak. Cały na biało. A raczej cały na brunatno-szaro, w kolorze partyjnego niepokoju i wilgotnej piwnicy pełnej teczek z napisem „Niemcy”.
I znów zaczyna się ten osobliwy spektakl. Ten teatrzyk kukiełkowy dla ludzi, którzy każdą awarię ekspresu do kawy tłumaczą spiskiem Berlina i Brukseli. Błaszczak bowiem odkrył, że liczba żołnierzy amerykańskich w Polsce zmienia się przez Donalda Tuska. Naturalnie. Jakżeby inaczej. Kiedy pada deszcz — Tusk. Kiedy Trump nie odbiera telefonu — Tusk. Kiedy w Pentagonie urzędnik kichnie nad dokumentem — również Tusk, zapewne zdalnie, laserem z Sopotu.
Mariusz Błaszczak od lat przypomina człowieka, który dostał do ręki atlas geopolityki, ale czyta go do góry nogami i jeszcze ma pretensje do mapy, że Europa nie leży tam, gdzie mu wygodnie. To jest polityk osobliwy. Człowiek o wyobraźni stróża parkingowego i pewności siebie proroka z bazaru pod Radomiem. Gdy mówi o bezpieczeństwie państwa, brzmi jak kaseta VHS zostawiona na słońcu. Wszystko się rozciąga, charczy i topi.
Najpiękniejsze jest jednak to jego wieczne tropienie niemieckiego spisku. Niemcy u Błaszczaka są jak potwór spod łóżka u siedmiolatka. Siedzą wszędzie. W NATO, w Brukseli, w prognozie pogody i prawdopodobnie w jogurcie naturalnym. Człowiek ma czasem wrażenie, że gdyby Mariuszowi zepsuł się toster, natychmiast wyszedłby do mediów i oznajmił z grobową miną, że „Berlin realizuje plan osłabienia polskiego śniadania”.
I jeszcze ta jego wizja dziejów. Niemcy i Rosja wiecznie się dogadują, Polska wiecznie zagrożona, a jedyną ochroną przed końcem cywilizacji jest Mariusz Błaszczak w marynarce z miną kierownika składu opału podczas kontroli z sanepidu. Człowiek słucha tego wszystkiego i ma ochotę zapytać, czy on naprawdę wierzy, że Pentagon siedzi nocami nad mapą Europy i analizuje, czy Donald Tusk był na defiladzie 3 maja.
Bo to już jest poziom politycznej astrologii. „Tusk pojechał do Erywania, więc Amerykanie ograniczają rotację wojsk”. Cudowne. Naprawdę cudowne. Następnym krokiem będzie zapewne teoria, że marines opuścili bazę, bo premier nie zjadł hot doga podczas pikniku wojskowego. To nie jest analiza geopolityczna. To jest horoskop dla ludzi, którzy mylą NATO z grupą rekonstrukcji historycznej.
Najbardziej wzruszające w tej całej opowieści jest jednak to dziecięce przekonanie PiS-u, że Ameryka była ich prywatnym folwarkiem. Że Trump był czymś pomiędzy cesarzem a wujem z Chicago, który zawsze przywozi dolary i gumę do żucia. Oni naprawdę uwierzyli, że wystarczy kilka zdjęć przy biurku w Białym Domu, trochę lizania butów i już Waszyngton będzie traktował Polskę jak najważniejszego partnera świata.
A potem przyszedł brutalny kontakt z rzeczywistością. Okazało się, że Stany Zjednoczone prowadzą politykę globalną, a nie terapię grupową dla urażonych ego polityków PiS. I teraz Błaszczak chodzi po mediach jak obrażony woźny szkolny, któremu zabrano gwizdek.
Jest w tym coś niebywale komicznego. Człowiek, który jako minister obrony zasłynął głównie konferencjami prasowymi oraz panicznym przerzucaniem odpowiedzialności jak gorącego kartofla, dziś opowiada o strategicznych relacjach z Ameryką. To trochę tak, jakby kapitan Titanica po zderzeniu z górą lodową prowadził kurs o żegludze oceanicznej.
A przecież ten sam Błaszczak przez lata zamieniał armię w polityczny teatr objazdowy. Wszędzie konferencje, foldery, prezentacje i monumentalne miny ludzi, którzy odkryli czołg pięć minut wcześniej. PiS traktował wojsko jak scenografię do kampanii. Żołnierz miał stać na tle flagi, minister miał mówić o potędze, a wyborca miał wzruszyć się niczym emeryt podczas festynu z grochówką.

I teraz ten sam obóz krzyczy, że bezpieczeństwo jest zagrożone, bo Tusk śmiał powiedzieć głośno to, co od miesięcy mówi pół Europy: że Trump jest nieprzewidywalny jak pijany wujek przy grillu. Człowiek, który jednego dnia grozi NATO, drugiego dnia podziwia Putina, a trzeciego sprzedaje światu własne ego w złotym opakowaniu. Ale według Błaszczaka nie wolno o tym mówić, bo Ameryka się obrazi. To jest dyplomacja według PiS — siedzieć cicho, klaskać i najlepiej jeszcze przynieść ciasto.
Rozczulający był też fragment o niemieckiej armii i Grenlandii. Piętnaście osób przewiezionych samolotem i już Błaszczak parska pogardą niczym napoleonik geopolityki z Pcimia. Tymczasem jego własna formacja przez lata budowała mit mocarstwowości Polski z kartonu, dmuchanych czołgów i patriotycznego disco polo. Ich wizja państwa przypominała trochę osiedlowego koguta, który myśli, że jest smokiem, bo rano głośniej krzyczy.
A gdzieś nad tym wszystkim unosi się duch Jarosława Kaczyńskiego. Człowieka, który od dwóch dekad produkuje politykę strachu jak stara fabryka konserw produkuje mielonkę. Zawsze wróg. Zawsze zdrada. Zawsze Niemcy. Zawsze katastrofa. PiS żywi się lękiem jak gołąb frytkami na dworcu. Bez paniki ich polityka usycha.
Dlatego Błaszczak brzmi dziś właśnie tak. Jak alarm przeciwlotniczy zamontowany w pustej stodole. Głośny, fałszywy i kompletnie oderwany od rzeczywistości.
A świat tymczasem naprawdę robi się groźny. Putin dalej morduje ludzi i zamienia rosyjskie państwo w cmentarzysko rozumu. Trump nadal chodzi po Ameryce jak nadmuchany balon ego w ludzkim garniturze. Europa próbuje się zbroić, choć robi to z wdziękiem urzędnika składającego szafę bez instrukcji. Polska potrzebuje rozsądku, chłodnej głowy i poważnej dyplomacji.
I właśnie dlatego występy Błaszczaka są tak tragikomiczne. Bo w czasach, gdy świat chwieje się jak stary tramwaj na zakręcie, on dalej uprawia politykę strachu z bazaru. Sprzedaje obywatelom konserwę z 1939 roku, odgrzewaną codziennie w mikrofalówce propagandy.
Patrzyłem dziś rano na ludzi idących przez miasto. Starsza kobieta niosła tulipany. Chłopak w słuchawkach jechał rowerem. Ktoś wyprowadzał psa. Normalne życie. Kruche, zwyczajne, uparte. I pomyślałem, że największym problemem polskiej polityki jest to, iż zbyt wielu ludzi pokroju Błaszczaka uważa siebie za mężów stanu, podczas gdy są jedynie zawodowymi handlarzami niepokoju. Takimi domokrążcami od katastrofy. Pukają do drzwi, wciskają strach i jeszcze oczekują wdzięczności.
A potem odchodzą w wieczór, mamrocząc coś o Niemcach, Tusku i końcu świata, którego od dwudziestu lat nie potrafią doczekać.

Dodaj komentarz