WIERZĘ, ŻE TO NIE LUDOBÓJSTWO, A JEDYNIE ŚMIERTELNE NIEPOROZUMIENIE

Warszawa

(czyli jak nowy ambasador Izraela przyleciał do Polski, żeby nas oświecić i zrobić wykład z etycznej wojny totalnej)

Nowy ambasador Izraela w Polsce, Jakow Finkelstein, przyleciał do Warszawy i od razu zabrał się do pracy. W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” z wielkim spokojem i powagą oświadczył, że Izrael nie popełnia ludobójstwa. Jego zdaniem porównania do Holokaustu są niedopuszczalne i przesadne. Jak powiedział: „Jestem pewien, że nasza armia nie dopuszcza się ludobójstwa”.

To ciekawe, ponieważ są tacy, którzy widzą to inaczej. Na przykład ONZ, Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, były premier Izraela Ehud Olmert, izraelscy pisarze i dziennikarze, a także tysiące ludzi, którzy oglądają zdjęcia i nagrania z Gazy. Są tam dzieci, kobiety i starcy umierający z głodu i ran. Ale ambasador wie lepiej. I na pewno nie dlatego, że reprezentuje stronę tego konfliktu.

Ambasador Finkelstein zapewnia, że Izrael działa w samoobronie. Że walczy tylko z Hamasem. Że cywile to przypadkowe ofiary. Że wojna jest trudna. Że Izraelczycy cierpią. Że Izrael ma prawo się bronić. Wszystko się zgadza. Tylko że Gaza jest zburzona, ludność przymusowo przesiedlana, dzieci giną, pomoc humanitarna nie dochodzi. Ale to, według ambasadora, nie jest czystka etniczna. To jest propozycja dobrowolnej emigracji. „Kto chce, niech wyjedzie”. „Kto chce zostać, niech zostanie”. Prosto, prawda?

Ambasador przekonuje, że Izrael robi wszystko, co może, żeby pomóc cywilom. Rzuca jedzenie z powietrza. Buduje punkty medyczne. Próbuje otwierać przejścia graniczne. Problem w tym, że przez kilka miesięcy żadna pomoc nie docierała. Ludzie umierali z głodu. Nawet Trump to zauważył. A jeśli Trump coś zauważa, to sytuacja musi być bardzo poważna.

Ambasador Finkelstein mówi też o tym, że Izrael ma wsparcie USA. I tu pojawia się nowa postać: przyszły ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce, Thomas Rose. Jeszcze nie przyjechał, a już nas poucza. Mówi, że trzeba rozumieć Izrael. Że działania Netanjahu są uzasadnione. Że Polska ma być lojalna.

Czyli teraz będziemy mieć nie jednego ambasadora Izraela, ale dwóch. Jeden z paszportem izraelskim, drugi z amerykańskim. Obaj będą nas uczyć moralności, historii i dyplomacji. Wersja lokalna: więcej bomb, mniej skrupułów.

Polski rząd w tej sytuacji zrobił rzecz szokującą. Napisał, że nie zgadza się na budowanie osiedli na Zachodnim Brzegu. Powiedział, że nie wszystko Izraelowi wolno. Skandal! Zaraz ambasador się zasmucił, a media izraelskie zaczęły nas ganić. Jak śmiecie, Polacy, wyrażać opinię? Przecież historia nas łączy. Oczywiście tylko wtedy, gdy mamy siedzieć cicho.

To może powiedzmy to wprost. Polska nie ma żadnego obowiązku wspierać działań, które prowadza do śmierci tysięcy ludzi. Nie musi milczeć, gdy zburzone miasta zamieniają się w masowe groby. I nie musi przyjmować pouczeń od zagranicznych urzędników, którzy widzą tylko jedno cierpienie.

Ambasador Izraela powiedział, że Izrael nie popełnia ludobójstwa. I dodał, że nie da się rozmawiać o Gazie, porównując ją z Holokaustem. Może i nie. Ale jeśli nie Holokaust, to co? Masowe bombardowania? Przesiedlenia? Brak dostępu dla dziennikarzy? Zgony dzieci z głodu? Ilu trzeba jeszcze dowodów?

To jest wojna, która przekroczyła wszystkie granice. A ambasadorzy, jakby nigdy nic, urządzają tu lekcje z logiki moralnej.

Czy Polska powinna się ugiąć? Nie. Polska powinna robić to, co robi teraz. Mówić „NIE”, gdy trzeba. I nie dać się zdominować narracji, która widzi tylko jedno źródło zła.

Bo jeśli wojna jest tak złożona, jak mówi ambasador, to może warto zauważyć, że zginęło już ponad 30 tysięcy Palestyńczyków. A to nie jest kwestia PR-u. Tylko ludzkiego życia.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights