ZŁOTO, KOMBINATOR I FABRYKA, KTÓREJ JESZCZE NIE MA

Warszawa

Proszę państwa, Polska obudziła się pewnego ranka jak człowiek po weselu — z ciężką głową, lekkim portfelem i głębokim przekonaniem, że ktoś coś jednak wyniósł, tylko jeszcze nie wiadomo kto i co dokładnie. Na stole leży złoto, w kącie stoi bank centralny, a przy nim — jak zawsze elegancko przyszyty do fotela — siedzi pan Artur Soboń, człowiek o twarzy urzędnika i duszy handlarza z bazaru, który potrafi sprzedać parasol w czasie suszy i jeszcze przekonać klienta, że to inwestycja w przyszłość klimatyczną.

Bo pan Soboń, przypomnijmy, to nie jest postać przypadkowa, tylko stary wyjadacz, taki PiS-owski MacGyver od finansów publicznych, który potrafił z niczego zrobić dług, a z długu sukces, a teraz — już pod skrzydłami Adama Glapińskiego, tego bankowego Don Kichota z drukarką zamiast kopii — postanowił sprzedać złoto, żeby ratować państwo, które wcześniej sam pomagał urządzać jak mieszkanie po tanim remoncie.

I mówi to z powagą księdza na kolędzie, że to nie jest żadna alternatywa dla działań rządu, tylko ich uzupełnienie, co brzmi mniej więcej tak, jakby ktoś powiedział, że pożar domu nie jest problemem, tylko ciekawą okazją do ogrzania się.

Złoto, proszę państwa, przez lata było traktowane jak skarpetka babci — trzymane na czarną godzinę, głaskane z czułością i wyciągane tylko wtedy, gdy naprawdę robiło się zimno. A teraz nagle okazuje się, że czarna godzina nadeszła, tylko nikt nie pamięta, kiedy dokładnie zaczęła się ta noc, bo trwa już tak długo, że zdążyła się zamienić w styl życia.

Więc sprzedajemy złoto. Nie wszystko, broń Boże, tylko trochę, tyle żeby nie bolało, a jednocześnie żeby było co pokazać na konferencji prasowej, gdzie pan prezes Glapiński z miną człowieka, który właśnie odkrył Amerykę w Narodowym Banku Polskim, tłumaczy, że to wszystko dla bezpieczeństwa, dla stabilności, dla przyszłości, dla ojczyzny i — co najważniejsze — dla wyniku finansowego, który oczywiście nie jest celem, ale jak się pojawi, to przecież głupio byłoby go nie zauważyć.

I w tym samym czasie, gdzieś pod Wrocławiem, pojawia się duch inwestycji. Nie inwestycja — duch inwestycji. Bo przyjeżdżają Tajwańczycy, oglądają działki, kiwają głowami, robią zdjęcia, rozmawiają, planują, liczą, a Polska — jak to Polska — stoi z rozłożonymi rękami i mówi: „To wy wybierzcie miejsce”. A Tajwańczycy patrzą i odpowiadają: „Nie, to wy wybierzcie miejsce”. I tak trwa ten narodowy taniec decyzyjny, coś między polonezem a przeciąganiem liny, w którym każdy ciągnie w swoją stronę, ale nikt nie chce puścić, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się zdecydował.

W efekcie mamy inwestycję, która ma zatrudnić 40 tysięcy ludzi, ale na razie zatrudnia głównie wyobraźnię polityków i dziennikarzy.

I wtedy, jakby ktoś do tej farsy dołożył jeszcze jedną kurtynę, wchodzi Fitch, cały na biało, z kalkulatorem zamiast sumienia i mówi: „Szanowni państwo, to się może źle skończyć”. Bo okazuje się, że weto prezydenta wobec SAFE nie jest tylko kolejnym politycznym fochnięciem się przy stole, ale realnym problemem, który może ograniczyć zdolność państwa do działania, reformowania się i — co najgorsze — do udawania, że wszystko idzie zgodnie z planem.

Fitch patrzy na to z chłodną, księgową pogardą i mówi: macie deficyt, macie rosnące koszty, macie ambicje zbrojeniowe jak mocarstwo, a finansujecie to jak studenci imprezę — pożyczką, kartą i nadzieją, że jakoś to będzie.

A tu jeszcze prezydent, niczym strażnik chaosu, blokuje jedną z niewielu sensownych ścieżek finansowania, czyli SAFE, a w zamian proponuje — uwaga, proszę państwa — złoto. To samo złoto, które właśnie pan Soboń próbuje sprzedać, żeby zasypać dziury, które powstały, bo przez lata ktoś zamiatał pod dywan zamiast budować fundamenty.

I Fitch mówi: uważajcie, bo to nie jest tylko ekonomia, to jest polityczny impas. To jest sytuacja, w której dwóch panów stoi naprzeciw siebie, każdy z łopatą, ale zamiast kopać fundament, kopią dołek pod drugim.

I gdzieś nad tym wszystkim unosi się jeszcze duch ETS-u, czyli systemu, który działa, redukuje emisje, przynosi pieniądze, ale w polskiej debacie publicznej pełni rolę kozła ofiarnego, takiego biednego barana, którego ciągnie się na rynek i bije za wszystko — za ceny prądu, za pogodę, za inflację, za to, że kawa jest gorzka, a życie krótkie.

Prezydent Nawrocki pisze listy, jakby był bohaterem epistolarnej tragedii narodowej, domaga się likwidacji systemu, którego nikt w Europie likwidować nie zamierza, a jednocześnie podpisuje kolejne dokumenty, które ten system cementują, co jest mniej więcej tak logiczne, jak narzekanie na deszcz przy jednoczesnym podlewaniu ogródka.

A nad tym wszystkim krąży jeszcze wojna, ropa, inflacja i widmo podwyżek stóp procentowych, które pojawiają się i znikają jak duchy na seansie spirytystycznym prowadzonym przez ekonomistów z banków inwestycyjnych.

I człowiek patrzy na to wszystko, siada przy stole, nalewa sobie kawy albo czegoś mocniejszego i myśli, że Polska to nie jest kraj, tylko spektakl. Spektakl, w którym jedni sprzedają złoto, drudzy sprzedają wizje, trzeci sprzedają strach, a czwartych nikt nie słucha, bo mówią zbyt rozsądnie, żeby było ciekawie.

A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy występuje w roli odpowiedzialnego gospodarza, choć dom już dawno przypomina karczmę po całonocnej imprezie, gdzie ktoś gra na akordeonie, ktoś śpi pod stołem, a ktoś właśnie tłumaczy, że wszystko jest pod kontrolą.

I rzeczywiście — jest. Tylko pilot dawno wypadł z rąk i teraz każdy wciska guziki na oślep, udając, że to strategia.

A rachunek przyjdzie jak zawsze — nie do tych, którzy grali, tylko do tych, którzy siedzieli na widowni i klaskali.

W Polsce dziś najcenniejszym surowcem nie jest złoto, tylko bezczelność — i dopóki ona rządzi, nawet bank centralny wygląda jak lombard na narodowej gwarancji.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights