WYCIECZKA DO KRYTYKI POLITYCZNEJ, CZYLI CO LEWICA MYŚLI O CZARNKU I DLACZEGO WARTO TO CZYTAĆ PRZY KAWIE

Warszawa

Poranek był spokojny jak kot, który dopiero co zjadł śniadanie i jeszcze nie wie, że za chwilę ktoś otworzy puszkę z tuńczykiem. Wiosna dopiero się rozkręcała. Powietrze miało ten lekko mokry zapach topniejącego marca, kiedy człowiek stoi przy oknie, popija kawę i przez chwilę wierzy, że świat jest w gruncie rzeczy dość rozsądnie urządzony.

W pracy mam dziś być dopiero na dziesiątą.

Człowiek ma więc czas. A czas, jak wiadomo, jest najgroźniejszym wynalazkiem w historii cywilizacji, bo skłania do rzeczy nierozsądnych. Na przykład do zaglądania w miejsca, do których normalnie się nie zagląda.

Rzadko odwiedzam stronę Krytyki Politycznej. Nie dlatego, że jej nie lubię. Raczej dlatego, że jest jak bardzo gorzka herbata: zdrowa, pobudzająca i momentami trudna do przełknięcia dla człowieka o liberalnym żołądku.

Ale dziś, z czystej ciekawości, wszedłem.

I natychmiast trafiłem na dwa teksty o Przemysławie Czarnku.

Lewica ma bowiem z Czarnkiem szczególną relację. Coś jak przyrodnik z bardzo jadowitym wężem: trochę się boi, trochę fascynuje, a trochę chciałby zobaczyć, czy ten gad naprawdę potrafi połknąć własny ogon.

Pierwszy artykuł nosi tytuł:

„Powrót bestii: czy obrońca pedofilów Jan Paweł II zaszkodzi Czarnkowi?”

Już sam tytuł jest jak młotek pneumatyczny w kościelnej zakrystii. Autor – Łukasz Łachecki – pisze z pasją człowieka, który najwyraźniej uważa, że historia polskiego katolicyzmu przypomina trochę długą, duszną powieść Dostojewskiego, tylko że bez geniuszu Dostojewskiego i z dużo większą liczbą biskupów.

Tekst jest o tym, czy postać Jana Pawła II – coraz bardziej kontrowersyjna w młodszych pokoleniach – może stać się politycznym ciężarem dla Czarnka i szerzej dla całej prawicy.

Lewica od dawna marzy o czymś, co można by nazwać wielkim odjaniepawleniem Polski. Problem polega tylko na tym, że polska polityka jest jak stary kredens po babci: wszyscy narzekają, ale nikt nie ma odwagi go wyrzucić.

Łachecki zauważa jednak coś bardzo ciekawego. W młodym pokoleniu mit papieski rzeczywiście powoli się kruszy. Nie ma już tej sakralnej mgły z lat dziewięćdziesiątych, kiedy każde zdjęcie papieża działało na polityków jak relikwia zasilana prądem.

I tu – trzeba uczciwie przyznać – autor trafia w punkt. Bo jeśli ktoś naprawdę uważa, że pokolenie TikToka będzie przeżywać Jana Pawła II tak jak pokolenie „Teleexpressu”, to jest to mniej więcej tak realistyczne jak wiara, że młodzi ludzie zaczną słuchać Radia Maryja zamiast Spotify.

Jednocześnie jednak tekst ma w sobie coś bardzo lewicowego: przekonanie, że wystarczy jeden film, jeden reportaż, jeden proces beatyfikacyjny pokazany od kulis i nagle Polska obudzi się jako republika laicka.

To jest piękna wizja. Trochę jak wiara w to, że po obejrzeniu jednego filmu o kapitalizmie wszyscy przedsiębiorcy zaczną rozdawać swoje firmy spółdzielniom pracowniczym.

Drugi artykuł jest jeszcze ciekawszy. Nosi tytuł:

„Czarnek jest niestety utalentowanym politykiem”

I tutaj autor – Kastor Beck-Kużelewski – robi coś, co w polskiej debacie zdarza się rzadko jak rozsądna wypowiedź w telewizji publicznej z czasów Jacka Kurskiego.

Otóż mówi prawdę. Czarnek jest politykiem utalentowanym. To oczywiście nie znaczy, że jest politykiem mądrym. To są dwie różne rzeczy, które w Polsce bardzo często się myli. Talent polityczny polega bowiem na czymś prostym: na umiejętności mówienia do ludzi w języku, który oni rozumieją. Czarnek robi to świetnie.

Profesor prawa, który przemawia jak wujek na weselu w Radzyniu Podlaskim, jest dla części wyborców bardziej wiarygodny niż elegancki liberał z Warszawy mówiący o „inkluzywnej modernizacji struktury społecznej”.

Autor trafnie zauważa, że Czarnek gra rolę „profesora chłopskiego rozumu”.

To jest zresztą stara polska tradycja polityczna. W Polsce lud zawsze bardziej ufał temu, kto mówił prosto i głośno, niż temu, kto mówił mądrze i spokojnie. Dlatego Czarnek – ze swoim wójtowym zaśpiewem, z retoryką „normalnych Polaków”, z opowieściami o rolnikach, górnikach i pielęgniarkach – może być dla prawicy bardzo wygodnym narzędziem.

Tu znowu trzeba przyznać autorowi rację. Lewica i liberałowie często mają jedną poważną wadę: lubią się z prawicy śmiać.

A polityka jest niestety grą, w której wygrywa nie ten, kto ma rację, tylko ten, kto ma wyborców.

I tu dochodzimy do sceny, którą widzę oczyma wyobraźni. Gdzieś w Polsce stoi sala gimnastyczna. Na scenie stoi Czarnek. Mówi o zwykłych Polakach, o Brukseli, o rodzinie, o dziadostwie rządu, o ruskim zagrożeniu.

Publiczność bije brawo. A gdzieś w Warszawie siedzi panel ekspertów i zastanawia się, czy jego retoryka nie jest przypadkiem sprzeczna z europejską koncepcją pluralizmu. I w tej jednej chwili widać całą różnicę między polityką a analizą polityki. Pierwsza zdobywa władzę. Druga pisze o tym artykuły.

Kończę kawę. Na ekranie komputera świeci jeszcze strona Krytyki Politycznej.

Czytanie lewicy jest jak rozmowa z bardzo inteligentnym, ale momentami zbyt pewnym siebie kuzynem. Czasem przesadza. Czasem dramatyzuje. Ale często widzi rzeczy, których liberałowie nie chcą zauważyć. I dlatego warto tam czasem zajrzeć. Choćby po to, żeby przypomnieć sobie jedną starą prawdę o polityce.

Najgroźniejszy przeciwnik to nie ten, z którego się śmiejemy. Najgroźniejszy jest ten, którego nie traktujemy poważnie.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights