WTORKOWE TARGOWISKO ZŁUDZEŃ

Warszawa

Wtorek kończy się powoli, jak kończy się dzień w domu, w którym nikt nie ma już siły udawać, że wszystko jest w porządku. Światło przygasa, telewizor gada sam do siebie, a człowiek siedzi z kawą, która dawno przestała być gorąca, i patrzy na wiadomości jak na prognozę pogody dla kraju, w którym zawsze pada, tylko czasem z różną intensywnością.

I nagle słyszy: Iran chce się dogadać.

Oczywiście, że chce.

Kto by nie chciał się dogadać, kiedy – jak to z właściwą sobie subtelnością wyjaśnia Donald Trump – „marynarka zniknęła, lotnictwo zniknęło, komunikacja nie działa”. To jest moment, w którym dyplomacja zaczyna przypominać negocjacje z kimś, komu właśnie spalono dom, a potem proponuje się mu korzystne warunki wynajmu namiotu.

Trump mówi, że się zgodzili. Zawsze się ktoś zgadza. Zwłaszcza gdy nie bardzo ma czym się nie zgodzić.

I gdzieś między tym „zgodzili się” a „nie będą mieli broni jądrowej” unosi się znajomy zapach politycznej fikcji. Taki sam, jak wtedy, gdy ktoś sprzedaje przyszłość w ratach, których nikt nie zamierza spłacać.

Ale to jeszcze nic. Bo w tym samym czasie, kiedy świat negocjuje na ruinach, Polska negocjuje… ślubowanie.

Sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego stoi jak goście pod drzwiami, czekając, aż gospodarz łaskawie otworzy. Status mają, bo Sejm wybrał. Urzędu nie mogą pełnić, bo prezydent jeszcze nie powiedział „proszę wejść”. I oto państwo prawa dochodzi do momentu, w którym zaczyna rozważać skargę na bezczynność… prezydenta. To już nie jest kryzys. To jest groteska administracyjna.

Wyobraźmy to sobie: obywatel składa skargę do sądu, że głowa państwa nie wykonuje obowiązku, który – jak przypomina Rzecznik Praw Obywatelskich – wynika wprost z prawa. Państwo pozywa państwo za to, że nie chce być państwem. I wszyscy mówią o tym spokojnie. Jakby to była prognoza pogody.

A w tle Luksemburg. TSUE mówi: spokojnie, bez automatyzmu, patrzcie na każdą sprawę osobno. Czyli dokładnie to, czego w Polsce nie potrafimy zrobić. Bo my lubimy prosto. Albo wszystko jest nieważne, albo wszystko jest święte.

A tu nagle ktoś mówi: trzeba myśleć. I zapada cisza.

Ponad trzy tysiące sędziów z podważanym statusem. Trzy tysiące historii, trzy tysiące potencjalnych apelacji, trzy tysiące powodów, żeby obywatel nie wiedział, czy jego sprawa właśnie się zakończyła, czy dopiero zaczęła. I TSUE, które mówi: to nie jest czarno-białe.

W Polsce to brzmi jak prowokacja. Bo my wolimy świat, w którym odpowiedzi są krótkie, a problemy długie.

A skoro o długich problemach mowa – spójrzmy na złoto. Złoto, które miało być fundamentem bezpieczeństwa, zaczęło znikać. Nie fizycznie. Księgowo.

Wystarczyło kilka tygodni wojny, żeby z rezerw wyparowały dziesiątki miliardów. Siedemdziesiąt dwa miliardy złotych – tyle, ile w Polsce znika zwykle po cichu, tylko tym razem zniknęło głośno i na wykresie. I nagle okazuje się, że budowanie bezpieczeństwa państwa na wahaniach ceny kruszcu to trochę tak, jak planowanie emerytury na podstawie horoskopu. Może się uda. Ale raczej nie.

Minister mówi więc rozsądnie: nie interesują mnie fatamorgany. I tu na chwilę robi się ciekawie, bo po latach opowieści o złotych górach ktoś wreszcie zaczyna mówić językiem księgowego, a nie bajarza.

Domański patrzy na liczby i widzi to, czego politycy nie lubią widzieć: że złoto nie finansuje armii, tylko dobrze wygląda w prezentacji. Że niezrealizowane zyski z rezerw to nie są pieniądze, tylko nadzieja ubrana w Excela. Że jeśli złoty się umacnia, to NBP traci, a nie zarabia, i że z tej całej alchemii zostaje nam co najwyżej rachunek.

A rachunek jest prosty.

Jeśli wojna podnosi ceny ropy, to paliwo drożeje. Jeśli paliwo drożeje, to inflacja rośnie. Jeśli inflacja rośnie, to rząd musi coś zrobić.

I wtedy pojawia się najstarsze narzędzie polityki: VAT.

Nie dlatego, że jest genialne.

Tylko dlatego, że jest jedyne, które działa od razu.

Można go obniżyć, żeby zdjąć kilka groszy z litra i udawać, że państwo walczy z kryzysem. Można go potem podnieść i udawać, że sytuacja się poprawiła. VAT jest jak pokrętło głośności w telewizorze – nie zmienia programu, ale pozwala go znieść.

I nagle całe to wielkie myślenie strategiczne sprowadza się do pytania: o ile obniżyć, kiedy i na jak długo.

Reszta to narracja.

Polityka gospodarcza jako zarządzanie nastrojem przy dystrybutorze.

A gdzieś obok Budapeszt. I scena, która powinna być w podręcznikach, gdyby ktoś jeszcze pisał podręczniki do politycznej ironii. Zjazd skrajnej prawicy Europy, zamknięty park, starannie wyselekcjonowany tłum i liderzy, którzy z powagą godną epoki absolutyzmu opowiadają o wielkości Orbana, jakby był jednocześnie królem, prorokiem i lokalnym dostawcą szczęścia.

A wśród nich – prezydent Polski. Przyjeżdża, choć nikt poważny nie chce przyjechać. Przyjeżdża w momencie, gdy Orban blokuje miliardy dla Ukrainy. Przyjeżdża, gdy węgierska dyplomacja rozmawia z Moskwą szybciej niż z Brukselą. Przyjeżdża, żeby nie było zdjęć. Więc zdjęcia oczywiście są. Zawsze są.

I nagle Polska staje się elementem kampanii wyborczej w kraju, który sam nie wie, czy chce być częścią Zachodu, czy jego przypisem. A Orbán dostaje prezent. Diament propagandowy. Bo nic tak nie pomaga tonącemu jak ktoś, kto wskakuje do wody obok i mówi: spokojnie, ja też nie umiem pływać.

I w tym wszystkim jeszcze jedna scena. Technologia. Szef Nvidii ogłasza, że mamy AGI. Sztuczną inteligencję, która zaraz stworzy miliardowe biznesy. Naukowcy mówią: spokojnie. Rynek mówi: kupujemy.

A człowiek siedzi wieczorem i myśli, że to jedyny moment, w którym ktoś ma odwagę powiedzieć, że przyszłość już tu jest. Szkoda tylko, że teraźniejszość wciąż nie działa. Bo wtorek kończy się tak samo jak się zaczął.

Świat negocjuje po katastrofie. Polska negocjuje z samą sobą. Złoto znika. Prawo stoi w miejscu. A politycy jeżdżą tam, gdzie nie powinni, i nie jadą tam, gdzie powinni.

I człowiek patrzy na to wszystko, gasi światło, i dochodzi do wniosku, że największym osiągnięciem tego dnia nie jest ani pokój z Iranem, ani wyrok TSUE, ani nawet miliardy, które zniknęły ze złota jak drobne z kieszeni po imprezie.

Największym osiągnięciem jest to, że ten cały system jeszcze się nie rozpadł pod ciężarem własnej hipokryzji.

Bo to już nie jest państwo, które działa. To jest państwo, które symuluje.

Instytucje stoją jak dekoracje w teatrze, prawo mówi, ale nikt go nie słucha, prezydent może, ale nie musi, rząd chce, ale nie zawsze może, a obywatel patrzy na to jak na serial, w którym każdy odcinek kończy się tym samym: „ciąg dalszy nastąpi”.

I tylko rachunki przychodzą zawsze na czas.

Bo w tym kraju jedyną rzeczą działającą bez opóźnień jest system do ściągania pieniędzy od ludzi, których państwo nie potrafi nawet udawać, że szanuje.

Więc gasisz światło i myślisz, że może to wszystko ma jednak jakiś sens. A potem dociera do ciebie, że sens jest – tylko nie tam, gdzie go szukasz. Bo sens tego wszystkiego polega na tym, żebyś się przyzwyczaił. Żebyś uznał, że chaos to normalność, prowizorka to system, a absurd to polityka.

I kiedy już się przyzwyczaisz – wtedy dopiero można z tobą zrobić wszystko. Bo obywatel, który się przyzwyczaił, jest najtańszym paliwem dla każdego państwa. Tańszym nawet niż benzyna po obniżce VAT.


  1. Irena Gajda

    Taka jest dokładnie prawda, jak Pan opisuje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights