
Zaczynam od profesor Ewy Łętowskiej, bo są w Polsce osoby, które nie podnoszą głosu, tylko podnoszą poziom, i kiedy one mówią, to człowiek nie tyle słucha, co porządkuje sobie świat, jakby ktoś wreszcie poukładał papiery na biurku, które od lat udawały, że są w porządku.
Siedzi Pani Profesor przed kamerą i spokojnie, bez jednego zbędnego gestu, mówi rzecz, która powinna zatrzymać całe państwo jak czerwone światło na pustej drodze: nigdzie nie jest powiedziane, co się stanie, jeżeli prezydent uchyla się od przyjęcia ślubowania.
I nagle okazuje się, że żyjemy nie w państwie prawa, tylko w państwie domysłów, w którym konstytucja kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjaś wola, a zwyczaj – ten cichy fundament systemu – zostaje potraktowany jak obrus, który można jednym ruchem ściągnąć ze stołu.
Bo oto mamy wtorek, zwykły dzień tygodnia, w którym Polska znowu testuje własną konstrukcję, jakby była mostem zbudowanym trochę na serio, a trochę na wiarę.

Sejm wybiera sędziów Trybunału Konstytucyjnego, procedura – jak mówią prawnicy – została dochowana, skrócona zgodnie z regulaminem, „sprzeciwu nie słyszę”, klasyczna parlamentarna formuła, stosowana od lat jak stary przepis kulinarny, który nagle komuś zaczyna przeszkadzać, bo zmienił się smak polityczny.
A z drugiej strony Pałac Prezydencki milczy jak kelner, który widzi, że rachunek się nie zgadza, ale udaje, że to nie jego stolik.
Prezydent nie odbiera ślubowania.
Nie mówi „tak”, nie mówi „nie”, tylko zawiesza państwo w pół gestu, w pół zdania, w pół konstytucji.
I wtedy wychodzi minister Żurek i mówi, że to już nie jest spór o tradycję, tylko o reguły, że to nie jest ceremonia, tylko obowiązek, i że jeśli trzeba, to znajdzie się plan B, plan C, plan D, bo państwo nie może czekać, aż ktoś łaskawie wykona swoją rolę.
A profesor Łętowska, z tym swoim spokojem, który jest ostrzejszy niż krzyk, tłumaczy: prezydent nie ma tu żadnej władzy, ma tylko funkcję, jest jak notariusz historii, który powinien przyjąć podpis, a nie decydować, czy dokument mu się podoba.
I dodaje coś jeszcze gorszego.
Że nie ma żadnej sankcji.
Że możemy sobie mówić o obowiązkach, o konstytucji, o państwie prawa, a na końcu i tak stoimy bezradni jak petent przy zamkniętym okienku, bo system nie przewidział, że ktoś po prostu powie: nie zrobię.
I w tym jednym zdaniu, w tym spokojnym „nie ma żadnej sankcji”, mieści się cały dramat wtorku.
Bo państwo, które nie potrafi wymusić wykonania własnych reguł, zaczyna przypominać teatr, w którym aktor może zejść ze sceny w połowie aktu, a publiczność ma udawać, że to była część przedstawienia.
I jakby tego było mało, równolegle toczy się druga scena – europejska.

Prezydent wychodzi i mówi: koniec ETS albo radykalne ograniczenie, niższe ceny uprawnień, wyrzucenie instytucji finansowych z rynku, więcej darmowych przydziałów, czyli w skrócie – rozkręcamy mechanizm, który właśnie zaczyna działać.
Tyle że problem polega na tym, że tego mechanizmu nie da się tak po prostu wyłączyć, o czym jeszcze niedawno mówił nawet Morawiecki, kiedy był w roli człowieka odpowiedzialnego, a nie opozycyjnego.
Z Brukseli przychodzi odpowiedź chłodna jak rachunek za prąd: nie będzie żadnego zawieszenia ETS, będzie korekta, kosmetyka, regulacja, ale nie demontaż, bo Unia nie jest warsztatem, tylko systemem.
I nagle widzimy dwie Polski.
Jedną, która chce negocjować warunki wewnątrz wspólnoty.
I drugą, która opowiada wyborcom, że można z niej wyjść tylnymi drzwiami, nie wychodząc.

Tusk jedzie na szczyt Rady Europejskiej i mówi wprost: naszą racją stanu jest bycie w środku i poprawianie reguł, nie obrażanie się na nie, podczas gdy z drugiej strony sceny słychać już znajomy ton – najpierw ETS, potem regulacje, potem „a może jednak mniej tej Unii”, aż w końcu ktoś powie głośno to słowo, które dziś jeszcze udaje, że go nie ma.
Polexit.

Rzecznik rządu mówi wprost: to wygląda jak przygotowanie do wyjścia.
A tamci odpowiadają, że to tylko troska o suwerenność, która w polskiej polityce działa jak uniwersalny wytrych – otwiera każdą narrację, nawet jeśli za drzwiami jest ściana.
W tle sondaże, które pokazują, że władza się umacnia, a opozycja szuka tonu, który nie brzmi jak echo własnych wczorajszych błędów.
Rzecznik rządu mówi wprost o przygotowaniach do polexitu po drugiej stronie sceny, a tamci odpowiadają, że to tylko troska o suwerenność, która w polskiej polityce bywa używana jak przyprawa – dosypywana wszędzie, nawet tam, gdzie psuje smak.

A Trybunał Konstytucyjny, ten sam, który miał być strażnikiem reguł, zaczyna przypominać aktora grającego we własnej sprawie, pytającego prezydenta o ślubowanie, podczas gdy sam stoi na scenie, której fundamenty od lat są podkopywane.
Komentatorzy piszą o drodze do samozagłady i trudno się nie uśmiechnąć gorzko, bo rzadko kiedy instytucja tak konsekwentnie podcina gałąź, na której sama siedzi.
A gdzieś obok tego wszystkiego świat przypomina, że Polska nie jest jedyną sceną.
Na Wschodzie ukraińskie drony dolatują już do Uralu, a rosyjscy generałowie zaczynają mówić, że żaden region nie jest bezpieczny, co brzmi jak spóźnione odkrycie oczywistości.
W Stanach szef Narodowego Centrum ds. Zwalczania Terroryzmu odchodzi, bo nie chce firmować wojny z Iranem, i nagle okazuje się, że największym luksusem w polityce jest dziś zwykłe „nie zgadzam się”.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim krąży historia o pijanym generale, który gubi tajne mapy w polskim pociągu, i trudno powiedzieć, czy to jeszcze incydent, czy już metafora całego świata, który zgubił instrukcję obsługi samego siebie.
A nad tym wszystkim unosi się pytanie z „The Economist”: czy Trump naprawdę musiał uderzyć w Iran i czy świat właśnie nie wszedł na poziom gry, w której nikt już nie zna zasad, ale wszyscy udają, że kontrolują rozgrywkę.
I tak wygląda wtorek.
Państwo w sporze z samym sobą. Prawo w sporze z praktyką. Polityka w sporze z rzeczywistością.
A obok tego wszystkiego zwykłe życie, które patrzy na to jak na serial, w którym każdy sezon jest bardziej absurdalny od poprzedniego, ale nikt nie ma pilota, żeby to wyłączyć.
I może najuczciwsze zdanie, jakie można dziś powiedzieć, brzmi tak:
Nie żyjemy w państwie, które łamie zasady.
Żyjemy w państwie, które sprawdza, ile zasad można złamać naraz, zanim ktoś w ogóle zapyta dlaczego.
A kiedy już ktoś zapyta, dostaje odpowiedź w pasku, w studiu, w konferencji, w pół zdania, w półprawdzie, w pół uśmiechu.
Bo to już nie jest polityka. To jest produkcja rzeczywistości. Na żywo. Z udziałem widowni, która coraz częściej nie wie, czy jeszcze ogląda spektakl, czy już w nim gra.
I może najuczciwsze zdanie, jakie można dziś dopisać na końcu tego wtorku, brzmi tak:
Polska nie jest dziś państwem prawa. Polska jest sceną, na której prawo występuje gościnnie.

Dodaj komentarz