WIOSNA, BENZYNA I TELEFON DO PUTINA

Warszawa

Kiedy przychodzi wiosna, człowiek ma ochotę uwierzyć, że świat jest miejscem rozsądnym. Powietrze robi się cieplejsze, światło mięknie, drzewa zaczynają szeptać zielenią, a ludzie – nawet ci najbardziej zgorzkniali – łapią się na chwilowym złudzeniu, że może wszystko w końcu wróci do normalności. Niestety w tym samym czasie polityka międzynarodowa przypomina raczej warsztat samochodowy prowadzony przez grupę mechaników, którzy nie tylko nie czytali instrukcji, ale jeszcze kłócą się o to, kto ma trzymać klucz francuski, gdy silnik już płonie.

Właśnie w takim świecie Donald Trump postanowił po raz kolejny udowodnić, że geopolityka może być uprawiana z finezją człowieka gaszącego pożar wiadrem benzyny. Z jednej strony rozpoczęła się wojna na Bliskim Wschodzie, gdzie amerykańskie i izraelskie naloty na Iran otworzyły nowy rozdział starej historii o rakietach, ambicjach i urażonej dumie imperiów, z drugiej zaś Iran odpowiedział ruchem prostym jak zamknięcie drzwi w przeciągu – zablokował Cieśninę Ormuz, ten wąski, ale niezwykle ważny fragment świata, przez który przepływa jedna piąta globalnego transportu ropy i niemal jedna trzecia transportu gazu.

Wyobraźmy sobie tę cieśninę jak wąską szyję butelki, przez którą przelewa się paliwo całej cywilizacji. Tankowce suną tamtędy powoli jak wielkie stalowe wieloryby, a każdy z nich niesie w brzuchu tysiące ton energii, która potem zamienia się w ruch samochodów, samolotów i fabryk. Gdy ta szyja butelki zostaje nagle zatkana, świat zaczyna oddychać nerwowo. Baryłka ropy skacze z poziomu siedemdziesięciu dolarów do ponad stu, jak koń spłoszony wystrzałem. Na stacjach benzynowych pojawia się niepokój, na giełdach pojawia się panika, a politycy – jak to politycy – zaczynają natychmiast szukać winnych.

W Stanach Zjednoczonych benzyna podrożała od początku wojny o siedemnaście procent i osiągnęła poziom najwyższy od dwóch lat. Amerykanin może wybaczyć wiele rzeczy, ale drogie paliwo działa na jego psychikę jak kamyk w bucie – niby drobiazg, ale po kilku kilometrach zaczyna doprowadzać do szaleństwa. Właśnie dlatego Biały Dom zaczął gorączkowo zastanawiać się, co zrobić z rynkiem ropy, który zachowuje się jak rozhuśtana huśtawka.

I wtedy Donald Trump zrobił coś, co w jego świecie wydaje się zupełnie naturalne – zadzwonił do Władimira Putina.

Rozmowa trwała około godziny i według Kremla była „konstruktywna”, co w języku dyplomatycznym oznacza mniej więcej tyle, że obie strony powiedziały sobie rzeczy, których nikt inny nie powinien usłyszeć. Putin miał przedstawić kilka pomysłów na rozwiązanie kryzysu na Bliskim Wschodzie, a Trump miał wysłuchać tych pomysłów z uwagą człowieka, który właśnie odkrył, że jego własna polityka zaczęła podnosić ceny paliwa przed wyborami do Kongresu.

Bo w listopadzie Amerykanie wybiorą nowy skład Izby Reprezentantów i jedną trzecią Senatu, a Partia Republikańska bardzo chciałaby zachować większość. Nic tak skutecznie nie psuje nastroju wyborców jak drożejąca benzyna. W polityce amerykańskiej istnieje prosta zasada: kiedy cena paliwa rośnie, rośnie również temperatura debat w Kongresie.

Dlatego w Waszyngtonie pojawił się pomysł, który ma w sobie tyle ironii, że aż trudno go opisać bez uśmiechu. Administracja Trumpa rozważa bowiem złagodzenie sankcji na rosyjską ropę, aby zwiększyć jej podaż na rynku i tym samym obniżyć ceny.

Tak, dokładnie tak.

Ten sam Trump, który przez lata oskarżał Europę o finansowanie wojny Putina poprzez kupowanie rosyjskiej energii, rozważa teraz poluzowanie sankcji wobec Moskwy, aby ratować ceny benzyny.

Historia bywa czasem złośliwa jak felietonista.

Jakby tego było mało, Trump postanowił jeszcze dodać do tej opowieści odrobinę teatralnej dramaturgii. Na swojej platformie Truth Social ogłosił, że jeśli Iran nie odblokuje Cieśniny Ormuz, Stany Zjednoczone uderzą tak mocno, że kraj ten nigdy się nie odbuduje. W jego wpisie pojawiły się słowa o „ogniu”, „furii” i „śmierci”, które brzmiały jak fragment scenariusza filmu katastroficznego.

Po czym, w tym samym zdaniu, Trump wyraził nadzieję, że do tego nie dojdzie.

To niezwykła sztuka komunikacji – najpierw zapowiedzieć apokalipsę, a potem dodać, że wolałoby się jej uniknąć.

Iran odpowiedział w sposób znacznie bardziej powściągliwy. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej oświadczył, że to Iran zdecyduje, kiedy wojna się skończy. Krótko, bez metafor, bez retorycznych fajerwerków. W geopolityce czasami jedno zdanie potrafi ważyć więcej niż cały przemówieniowy wodospad.

W Polsce tymczasem rozpoczął się dobrze znany rytuał polityczny, który można by nazwać narodowym sportem w szukaniu winnego. Jarosław Kaczyński uznał, że skoro ceny paliw rosną, to odpowiedzialny musi być rząd Donalda Tuska. Przemysław Czarnek, nowy kandydat PiS na premiera w wyborach 2027 roku, zaproponował ustawę obniżającą VAT i akcyzę na paliwo, ogłaszając przy okazji w internecie, że rząd „nic nie robi”.

Czarnek jest zresztą postacią, która w tej historii symbolizuje coś więcej niż tylko bieżącą politykę. Z jednej strony krytykuje odnawialne źródła energii i z uporem godnym XIX‑wiecznego górnika broni węgla jako fundamentu polskiej gospodarki, z drugiej strony – jak zauważają ekonomiści – na dachu jego domu działa instalacja fotowoltaiczna.

To trochę tak, jakby ktoś publicznie potępiał rowery, a prywatnie dojeżdżał nimi do pracy.

Ekonomista patrzący na sprawy z większym spokojem niż politycy, przypomina, że Polska wielokrotnie przechodziła przez globalne kryzysy w lepszej formie niż wiele innych krajów. Radzi też, żeby nie wpadać w panikę i poczekać na rozwój wydarzeń. Jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie okaże się krótkotrwały, ceny mogą się ustabilizować. Jeśli jednak potrwa dłużej, będzie to kolejny sygnał, że świat musi w końcu poważnie pomyśleć o uniezależnieniu się od paliw kopalnych.

Bo prawdziwy problem nie polega na tym, że dziś benzyna drożeje.

Prawdziwy problem polega na tym, że globalna gospodarka nadal opiera się na systemie, który można zdestabilizować jednym ruchem na mapie.

Świat wchodzi właśnie w epokę, którą coraz częściej nazywa się „uzbrojoną globalizacją”. Technologie, surowce i łańcuchy dostaw przestają być neutralnymi elementami rynku. Stają się narzędziami nacisku i elementami strategii państw. Półprzewodniki są bronią, energia jest bronią, dane są bronią.

W takim świecie czołgi i rakiety nie wystarczą. O przyszłości decydować będzie nie tylko to, kto ma więcej armii, lecz także to, kto ma więcej technologii, patentów i zdolności do tworzenia nowych rozwiązań.

Dlatego w całej tej historii – pełnej telefonów do Putina, gróźb wobec Iranu i sporów o ceny paliw – najważniejsze pytanie brzmi nieco inaczej.

Nie brzmi: kto wygra tę wojnę.

Brzmi raczej: kto wygra następną epokę technologii.

Bo można wygrać bitwę o ropę i przegrać przyszłość.

A wiosna, która właśnie przyszła, przypomina nam coś jeszcze. Że świat potrafi się zmieniać szybciej, niż politycy są w stanie to zrozumieć. Drzewa wypuszczają liście, rzeki płyną dalej, a ludzie – mimo wszystkich kryzysów – wciąż próbują budować coś lepszego.

Może właśnie dlatego historia nigdy nie jest tak ponura, jak wygląda w wiadomościach.

Bo obok wszystkich tych telefonów, sankcji i rakiet zawsze istnieje coś jeszcze.

Rozsądek.

I nadzieja, że kiedyś będzie miał więcej do powiedzenia niż politycy.

A skoro już o politykach mowa, to polska scena publiczna – jak zwykle – postanowiła dołożyć do tej globalnej farsy własny, lokalny spektakl. W Warszawie odbyła się kolejna miesięcznica smoleńska. Na scenę wyszedł Jarosław Kaczyński, człowiek, który od piętnastu lat opowiada tę samą historię z uporem kronikarza, który zgubił kalendarz i nie zauważył, że świat poszedł dalej.

Prezes PiS ogłosił z powagą proroka, że „grupa Putina działa tutaj tak jak dawniej”, że państwo jest „z dykty”, że wszystko zmierza ku haniebnej historii i że winni wkrótce znajdą się tam, gdzie powinni – jedni w więzieniach, inni w zakładach psychiatrycznych. Mówił to z charakterystycznym dla siebie dramatyzmem, jak człowiek, który w każdej kałuży widzi ocean zdrady, a w każdym przeciwniku politycznym tajnego agenta Kremla.

Tym razem jednak rzeczywistość postanowiła odpowiedzieć szybciej niż zwykle. W czasie przemówienia z tłumu zaczęły dochodzić okrzyki: „kłamca, kłamca”. Powtarzane rytmicznie, jak refren starej piosenki, która znudziła się już nawet tym, którzy kiedyś nucili ją z przekonaniem.

Był w tym obrazku pewien paradoks. Oto polityk, który przez lata budował swoją opowieść na podejrzeniach o rosyjskie wpływy, przemawiał w chwili, gdy świat naprawdę rozmawiał z Rosją o ropie, wojnie i sankcjach. Donald Trump dzwonił do Władimira Putina, rozważając złagodzenie sankcji na rosyjską ropę, a w tym samym czasie Kaczyński na placu w Warszawie tropił kolejną „agenturę”.

To trochę tak, jakby ktoś stał na brzegu Wisły i krzyczał o wielkim sztormie na oceanie, podczas gdy prawdziwy sztorm toczy się tysiące kilometrów dalej.

Ale Jarosław Kaczyński od dawna żyje w politycznej rzeczywistości przypominającej zamkniętą szafę z przeszłością. Co miesiąc otwiera ją ponownie, wyciąga te same rekwizyty, powtarza te same zaklęcia i liczy na to, że publiczność zapomni, iż świat zdążył się zmienić.

Problem polega tylko na tym, że świat – w przeciwieństwie do politycznych mitów – naprawdę idzie do przodu.

Ropa drożeje i tanieje. Imperia się ścierają. Technologie zmieniają gospodarki. A ludzie coraz częściej patrzą na tę polityczną scenę jak na teatr, w którym aktorzy grają wciąż ten sam spektakl, choć widownia dawno zna już zakończenie.

I może właśnie dlatego tamte okrzyki – „kłamca, kłamca” – zabrzmiały jak echo zmęczenia.

Bo nawet w polityce przychodzi czas, gdy stare opowieści przestają działać.

A wtedy pozostaje tylko cisza po spektaklu i pytanie, czy ktoś w końcu zacznie mówić o przyszłości zamiast w nieskończoność opowiadać o przeszłości.

Bo przyszłość w Polsce ma dziś również twarz prezydenta Karola Nawrockiego – człowieka, który sprawia wrażenie, jakby został wyciągnięty z podręcznika do historii polityki pisanej przez dział propagandy IPN. Gdy rząd próbuje prowadzić normalną politykę w świecie pełnym wojen, sankcji i kryzysów energetycznych, prezydent zajmuje się głównie wetowaniem ustaw, wygłaszaniem patriotycznych tyrad i przypominaniem narodowi, że w jego wizji państwa najważniejsze jest wieczne czuwanie nad przeszłością.

Sondaże pokazują zresztą coś dość wymownego. Większość Polaków uważa, że współpraca między rządem Donalda Tuska a prezydentem układa się źle. I trudno się dziwić. Gdy jeden próbuje prowadzić państwo przez współczesny świat pełen technologii, energii i geopolityki, drugi wygląda momentami jak kustosz muzeum narodowych krzywd, który pilnuje, żeby kurz historii nie został przypadkiem starty z gabloty.

Polska polityka ma więc dziś osobliwy układ. Premier próbuje poruszać się po mapie XXI wieku, prezes PiS co miesiąc odtwarza spektakl z roku 2010, a prezydent stoi gdzieś pomiędzy nimi jak strażnik wielkiej księgi dawnych sporów, przekonany, że przyszłość najlepiej budować przez ciągłe powtarzanie wczoraj.

Problem polega tylko na tym, że świat – ten prawdziwy, z ropą, sankcjami, technologią i rakietami – nie czyta tych scenariuszy.

On pisze własny.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights