
Sobota przed Wielkanocą zaczyna się zawsze tak samo, choć świat wokół udaje, że zmienia się szybciej niż pogoda w kwietniu, bo gdzieś między jajkiem a chrzanem, między koszyczkiem a nerwowym sprawdzaniem wiadomości w telefonie, człowiek próbuje jeszcze przez chwilę uwierzyć, że istnieje coś stałego, coś, co nie jest aktualizowane co tydzień jak aplikacja bankowa ani reinterpretowane jak konstytucja przez polityków z ambicją większą niż kompetencje.
Na stole stoi koszyk, skromny jak sumienie polityka po konferencji prasowej, przykryty białą serwetką, pod którą leżą jajka, kiełbasa, kawałek chleba i sól, czyli zestaw, który przetrwał wojny, zmiany ustrojów i kilka pokoleń głupoty publicznej, a jednak dziś musi konkurować z czymś znacznie potężniejszym – z algorytmem, który wie, co mamy kupić, co mamy myśleć i komu mamy współczuć.
Oto scena, która powinna być wpisana do podręczników absurdu: święconka zamienia się w briefing rządu. Ksiądz jeszcze nie zdążył podnieść kropidła, a już przy stole ktoś rozkłada kartki, ktoś inny sprawdza dane, a trzeci z miną eksperta tłumaczy, że jajko symbolizuje stabilność makroekonomiczną, chrzan – konieczność ostrych reform, a kiełbasa to oczywiście inwestycje infrastrukturalne, które zawsze dobrze wyglądają na zdjęciach.
Nad tym wszystkim pochyla się wyimaginowany minister, który z powagą tłumaczy, że zgodnie z najnowszym algorytmem święconka powinna zostać zbilansowana, bo inaczej grozi nam deficyt białka i kryzys zaufania społecznego, a ktoś z boku pyta nieśmiało, czy można po prostu zjeść jajko bez konsultacji, na co zapada cisza cięższa niż wieloletni raport NIK.
Ksiądz w końcu kropi wodą święconą, ale wygląda to raczej jak zatwierdzanie budżetu niż błogosławieństwo, bo każdy patrzy, czy dostał swoją porcję łaski, czy może ktoś inny dostał więcej, a przecież to powinno być rozdzielone sprawiedliwie, najlepiej według jakiegoś rozporządzenia.
Wielkanoc w czasach sztucznej inteligencji wygląda trochę jak rozmowa z kimś, kto pamięta za nas nasze wspomnienia, przypomina twarze zmarłych, wygładza zmarszczki historii i jeszcze na koniec proponuje, żebyśmy sobie porozmawiali z cyfrową wersją babci, która już dawno nie żyje, ale w pikselach wygląda młodziej niż my dzisiaj. I człowiek stoi nad tym koszykiem i zastanawia się, czy zmartwychwstanie jeszcze ma sens, skoro można je zasymulować.
Gdzieś indziej misjonarze lecą nad dżunglą z zadaniem aż nazbyt konkretnym: przełożyć Biblię na język, który nie ma słowników, korpusów, a czasem nawet ortografii, czyli zrobić coś, co kiedyś wymagało lat potu, cierpliwości i pokory wobec obcego świata. Dziś obok tłumacza siada model językowy i z miną cyfrowego geniusza wyrzuca z siebie pierwszy przekład szybciej niż polityk obietnicę przed wyborami. I wszystko wygląda pięknie — zdania się zgadzają, gramatyka błyszczy, sens niby płynie — aż do momentu, kiedy trzeba powiedzieć coś naprawdę ludzkiego.
Bo zaczyna się problem, który nie jest ani techniczny, ani nawet teologiczny, tylko zwyczajnie życiowy: jak przełożyć świat na świat. Jak powiedzieć „serce” jako siedlisko uczuć ludziom, którzy czują w wątrobie. Jak wyjaśnić „duszę” komuś, kto nie oddziela ciała od oddechu. Jak przetłumaczyć zdanie „Oto stoję u drzwi i kołaczę” ludziom, którzy nie mają drzwi, tylko wejście zasłonięte liśćmi.
I tu pojawia się przykład, który zostaje w głowie jak drzazga: w jednej z takich kultur zdanie „weź Jezusa do swojego serca” przetłumaczone dosłownie znaczyłoby mniej więcej „włóż Jezusa do wątroby” — i nagle cała Ewangelia zaczyna brzmieć jak instrukcja kulinarna, a nie opowieść o zbawieniu.
I można pójść jeszcze dalej, w stronę, w którą nikt przy zdrowych zmysłach i dobrej wierze iść nie chce, ale język czasem zmusza: jak przełożyć „To jest ciało moje”, kiedy jedzenie człowieka jest w tej kulturze tabu absolutnym albo przeciwnie — ma znaczenie rytualne, ale zupełnie inne, obce chrześcijaństwu. Wtedy zdanie, które w Europie brzmi jak metafora i misterium, tam zaczyna pachnieć dosłownością, która ociera się o grozę albo groteskę.
Maszyna tego nie widzi. Maszyna widzi słowa, nie widzi świata. Składa zdania poprawne, eleganckie, a jednocześnie puste jak przemówienie wygłoszone bez myśli. I właśnie w tej różnicy między poprawnością a zrozumieniem kryje się cały problem.
I nagle okazuje się, że największym wyzwaniem nie jest już przetłumaczenie słowa „Bóg”, tylko przetłumaczenie sensu, bo jak wyjaśnić „Oto stoję u drzwi i kołaczę” komuś, kto drzwi nigdy nie widział, a jak wyjaśnić współczesnemu człowiekowi sens ciszy, skoro jego życie składa się z powiadomień.
W tym samym czasie, gdzieś bardzo daleko, ale jednak dziwnie blisko, Donald Trump z powagą człowieka, który pomylił historię świata z grą planszową, ogłasza kolejne zwycięstwo, którego jeszcze nie odniósł, i kolejną wojnę, której sensu nie potrafi wyjaśnić nawet sam sobie, a potem z miną sprzedawcy cudów proponuje Europie, żeby była odważna, tylko że ta odwaga polega na tym, żeby ktoś inny poniósł konsekwencje.
I tak siedzimy przy wielkanocnym stole, gdzie obok jajek i sałatki jarzynowej leży geopolityka, a między kawałkiem mazurka a kieliszkiem wódki pojawia się temat Iranu, cieśniny Ormuz i tego, czy wojna może być jeszcze głupsza niż poprzednia, a odpowiedź jest zawsze taka sama – może, bo człowiek ma nieograniczoną wyobraźnię w sprawach, które prowadzą do katastrofy.
A potem scena druga, już czysto polska, bardziej z Barei niż podręcznikowa: przy stole siedzą politycy, każdy z własnym jajkiem i własną prawdą. Jeden dzieli jajko tak, jak dzieliłby budżet – dla swoich większy kawałek, dla reszty symboliczny okruch. Drugi opowiada, że wszystko jest pod kontrolą, choć majonez właśnie spływa mu po rękawie jak sondaże po kampanii. Trzeci próbuje być poważny, ale co chwilę zerka, czy ktoś go nagrywa, bo bez kamery nawet refleksja wydaje się podejrzana.
W kącie ktoś szepcze o Trybunale, ktoś inny o szczepionkach, jeszcze ktoś o cenach paliwa, i nagle stół zaczyna przypominać nie rodzinne spotkanie, tylko posiedzenie komisji śledczej, tylko że zamiast faktów mamy emocje, zamiast wniosków – pretensje, a zamiast odpowiedzialności – dobrze wyćwiczone wzruszenie ramion.
A Polska, jak to Polska, próbuje w tym wszystkim wyglądać poważnie, jednocześnie regulując ceny paliwa z dokładnością do grosza, jakby świat dało się zamknąć w algorytmie ministerialnym, który mówi, ile kosztuje benzyna, ale już nie potrafi powiedzieć, ile kosztuje brak rozsądku.
I gdzieś nad tym wszystkim unosi się duch polityki, który w Wielkanoc powinien odpocząć, ale oczywiście nie odpoczywa, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto przy święconce zacznie dyskusję o tym, kto kogo zaprzysiągł, a kogo nie, i czy państwo jeszcze działa, czy już tylko udaje, że działa, jak stary zegar, który tyka, ale nie pokazuje czasu.
W tle majaczy jeszcze rachunek za przeszłość, te kilka miliardów za szczepionki, które miały ratować życie, a skończyły jako symbol decyzji podejmowanych w panice, pod presją i bez wyobraźni, bo historia lubi wystawiać rachunki wtedy, gdy człowiek najmniej chce je zapłacić, najlepiej przy świątecznym stole.
A jednak, mimo całego tego chaosu, mimo algorytmów, wojen, polityków i ich niekończących się ambicji, Wielkanoc wciąż ma w sobie coś uparcie ludzkiego, coś, czego nie da się zaprogramować ani przeliczyć, coś, co pojawia się wtedy, gdy ktoś dzieli się jajkiem i przez chwilę naprawdę patrzy drugiemu człowiekowi w oczy.
Bo można przetłumaczyć Biblię na siedem tysięcy języków, można ożywić twarze zmarłych i stworzyć ich cyfrowe cienie, można nawet symulować emocje i budować iluzję nieśmiertelności, ale nie da się zastąpić jednego prostego gestu, który nie ma algorytmu, nie ma instrukcji i nie ma wersji beta.
I może właśnie dlatego Wielkanoc wciąż się broni, choć świat wokół niej przypomina coraz bardziej jarmark próżności i technologii, bo w tym całym hałasie zostaje jeszcze chwila ciszy, w której człowiek może sobie przypomnieć, że nie wszystko musi być szybkie, nie wszystko musi być efektywne i nie wszystko musi być opłacalne.
A jeśli ktoś szuka dziś sensu, to nie znajdzie go ani w przemówieniach polityków, ani w modelach językowych, ani w analizach geopolitycznych, tylko w tym jednym, prostym fakcie, że od dwóch tysięcy lat opowiadamy tę samą historię o nadziei i wciąż jej potrzebujemy, może nawet bardziej niż kiedykolwiek.
A na końcu nie ma już miejsca na delikatność ani poprawność, zostaje tylko jedno zdanie, które nie prosi o zgodę i nie udaje mądrości: jeżeli nawet Wielkanoc zamienimy w briefing i posiedzenie komisji, to nie dlatego, że świat się zmienił, tylko dlatego, że myśmy zdurnieli szybciej niż zdążył nas zbawić.

Dodaj komentarz