WIELKANOC, ŚNIEG I POLITYKA NA ZMIENNYM FRONCIE

Warszawa

WIELKANOC, ŚNIEG I POLITYKA NA ZMIENNYM FRONCIE

Wiosna przyszła jak polityk przed wyborami — uśmiechnięta, obiecująca i kompletnie niewiarygodna. Przez dwa tygodnie było ciepło, słonecznie, ludzie wyciągnęli kurtki z szaf i nadzieję z kieszeni, a potem nagle ktoś na górze — meteorologicznie albo politycznie — uznał, że to jednak za dużo szczęścia naraz i odkręcił zawór z arktycznym powietrzem.

I tak oto siedzimy w marcu, który wygląda jak kwiecień, który z kolei zachowuje się jak listopad, a Wielkanoc zaczyna przypominać rosyjską ruletkę z prognozą pogody. Raz słońce, raz śnieg, raz wiatr, który niesie ze sobą chłód z północy, jakby ktoś postanowił przypomnieć Europie, że stabilność to pojęcie czysto teoretyczne.

Meteorolodzy tłumaczą to wszystko pięknie: cyrkulacja strefowa, masy powietrza znad Atlantyku, napływ arktyczny, południkowe przepływy. Brzmi to jak wykład profesora Niedźwiedzia, tylko że w praktyce oznacza jedno — kurtki zostają, a nadzieje trzeba prasować codziennie od nowa.

I kiedy człowiek patrzy na tę pogodową huśtawkę, zaczyna rozumieć, że natura i polityka mają ze sobą więcej wspólnego, niż byśmy chcieli. Bo dokładnie w tym samym czasie, gdy nad Polskę napływa zimne powietrze, w Sejmie schodzi na ziemię projekt o nazwie tak optymistycznej, że aż podejrzanej: SAFE zero procent.

Projekt prezydenta Karola Nawrockiego, który miał być finansowym cudem nad Wisłą i patriotyczną odpowiedzią na europejski SAFE, okazuje się konstrukcją przypominającą parasol zrobiony z gazet — wygląda dobrze z daleka, ale przy pierwszym deszczu zaczyna się rozpuszczać. Nawrocki razem z Adamem Glapińskim wymyślili, że wydatki na obronność można oprzeć na zyskach NBP, których jeszcze nie ma, a być może nie będzie, bo bank centralny ma dziś na karku około 100 miliardów złotych skumulowanej straty i raczej nie przypomina kury znoszącej złote jajka, tylko księgowego, który zgubił kalkulator. Marszałek Czarzasty, niczym doświadczony synoptyk legislacyjny, spojrzał na mapę i powiedział: proszę państwa, tu nie będzie wiosny, tu są burze konstytucyjne.

Nie nadał numeru druku. To w polityce odpowiednik komunikatu: „zjawisko niebezpieczne, prosimy pozostać w domach”.

Bo oto mamy projekt, który chce opierać się na zyskach NBP, których jeszcze nie ma, i na pieniądzach, które być może się pojawią w maju przyszłego roku, jeśli Rada Polityki Pieniężnej uzna, że coś jednak zostało do podziału. A nawet jeśli się pojawią, to zgodnie z obowiązującym prawem 95 procent trafia do budżetu państwa, a 5 procent zostaje w banku. Czyli fundament całej konstrukcji przypomina budowanie domu na prognozie pogody. Do tego dochodzi drobiazg w postaci art. 221 konstytucji, który mówi wprost, że takich rzeczy prezydent po prostu robić nie może. Ale jak wiadomo, w polskiej polityce konstytucja bywa traktowana jak instrukcja obsługi — wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt jej nie czyta do końca.

Włodzimierz Czarzasty mówi spokojnie, że trzeba analiz, ekspertyz, opinii, że nie można tak po prostu zadłużyć państwa na 200 miliardów złotych w oparciu o nadzieję i kreatywną księgowość z Pałacu Prezydenckiego. I mówi to z tym swoim spokojem człowieka, który wygląda, jakby właśnie odkładał projekt do szuflady oznaczonej „fantastyka ekonomiczna”, ale jednocześnie musi tłumaczyć publicznie rzeczy oczywiste: że liczby się muszą zgadzać, że pieniądze muszą istnieć, i że państwo to nie jest startup, który można finansować wizją i prezentacją w PowerPoincie.

A w tle minister Andrzej Domański opowiada o fundamentach gospodarki, o 4-procentowym wzroście PKB, o rynku kapitałowym, który ma przynieść nawet 100 miliardów złotych do 2040 roku, o zaufaniu, które trzeba odbudować, bo bez niego rynek jest jak ten marcowy wiatr — zimny, nieprzewidywalny i potrafi przewrócić wszystko, co nie jest dobrze zakotwiczone. I w tym zestawieniu brzmi to trochę jak rozmowa dwóch światów: jednego, który liczy, i drugiego, który wierzy.

Z jednej strony więc mamy wizję państwa, które buduje długoterminowy system finansowania, z drugiej — projekt, który wygląda jak szybki skrót przez las, tylko nikt nie sprawdził, czy po drodze nie ma bagna.

I nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden front — globalny. Donald Trump obrażony na sojuszników jak dziecko, które najpierw rozwaliło zabawkę, a potem ma pretensje, że nikt nie chce jej naprawić. Europa liczy koszty, a Polska mówi „nie wysyłamy wojska”, co popiera ponad 65 procent obywateli, bo ludzie mają instynkt samozachowawczy i widzą, że to nie jest ich wojna, tylko cudza awantura z rachunkiem wystawionym wszystkim.

A Trump w tym czasie krzyczy, że „nie potrzebujemy nikogo”, po czym dziwi się, że nikt nie chce mu pomóc — co jest już nie tyle polityką, co stanem psychicznym przebranym za strategię.

To wszystko razem przypomina jedną wielką mapę pogodową, na której fronty się zderzają, ciśnienia spadają, a prognoza brzmi mniej więcej tak: „będzie zmiennie, miejscami burzowo, lokalnie absurdalnie”.

Bo kiedy my patrzymy w niebo i zastanawiamy się, czy na Wielkanoc będzie śnieg, kilka kilometrów od polskiej granicy rosyjskie rakiety uderzają w obiekty energetyczne pod Nowowołyńskiem, jakby ktoś chciał przypomnieć, że ta zima, o której mówimy metaforycznie, dla innych jest całkiem realna. A na Bliskim Wschodzie konflikt rozlewa się jak rozlana ropa — Izrael atakuje cele coraz dalej, Iran odpowiada, cieśnina Ormuz się zaciska, a gdzieś w tle płonie największe złoże gazu świata South Pars, o którym jeszcze tydzień temu większość Europejczyków nawet nie słyszała.

W Brukseli tymczasem zbierają się przywódcy i rozmawiają o cenach energii, ETS-ach, reformach i wielkich słowach, które brzmią dobrze w komunikatach, ale gorzej w rachunkach za prąd. Donald Tusk jedzie tam jak człowiek, który wie, że musi rozmawiać o przyszłości, kiedy teraźniejszość właśnie podnosi ceny wszystkiego, co się da.

A zwykły obywatel dostaje w tym samym czasie powiadomienie o stanie konta w PPK i przez chwilę czuje się jak inwestor, jak ktoś, kto uczestniczy w wielkiej gospodarce, po czym idzie do sklepu i widzi, że jego przyszłość topnieje szybciej niż marcowy śnieg.

I to jest chyba najuczciwszy obraz tej rzeczywistości: świat wielkich strategii, w którym mówi się o miliardach, i świat codzienny, w którym liczy się każdy rachunek, każda rata i każdy stopień na termometrze.

Może w tym wszystkim jest jakaś gorzka logika. Bo skoro pogoda potrafi w ciągu jednego dnia przejść od wiosny do zimy, to dlaczego polityka miałaby być bardziej stabilna? Skoro Wielkanoc może przyjść ze śniegiem, to dlaczego projekty ustaw nie miałyby przychodzić bez pokrycia?

Człowiek patrzy na to wszystko i zaczyna podejrzewać, że żyjemy nie tyle w czasach zmiany, co w czasach permanentnej prognozy ostrzegawczej, gdzie każdy dzień zaczyna się od pytania: co dziś się posypie — śnieg, system czy zdrowy rozsądek?

I wtedy pojawia się ta jedna myśl, która powinna wisieć nad każdą konferencją prasową jak prognoza burzowa: w tym kraju najpierw ogłasza się sukces, potem szuka pieniędzy, a na końcu obywatel sprawdza, czy starczy mu na prąd.

I tylko jedno pozostaje niezmienne: że niezależnie od tego, czy spadnie śnieg, czy kolejna ustawa, to i tak ktoś będzie musiał to odśnieżyć — i jak zwykle nie będzie to ten, kto pierwszy machał łopatą w telewizji.


  1. Irena Gajda

    Felieton jak zwykle super!!!!
    Taka prawda z humorem.

  2. Dariusz Mańkowski

    Felieton jak zawsze w punkt chociaż szkoda że już nie na FB

    Pozdrawiam mojego ulubionego bota

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights