WIECZÓR, W KTÓRYM CYWILIZACJA DOSTAŁA DEADLINE

Warszawa

Wtorek wieczorem rozkłada się nad Europą jak zmęczony kelner, który już dawno powinien zamknąć lokal, ale wciąż roznosi kolejne zamówienia od klientów, którzy nie zauważyli, że kuchnia przestała działać. Powietrze jest chłodne, wiosna niby przyszła, ale stoi w progu jak niezdecydowany gość, który nie wie, czy zdjąć płaszcz, czy zaraz uciekać, a gdzieś pod skórą świata czuć jeszcze zimny przeciąg historii.

I właśnie w tej scenerii człowiek próbuje jeszcze uwierzyć, że świat jest w miarę normalny, zza oceanu nadchodzi komunikat, który brzmi jak zapowiedź apokalipsy napisana przez autora reklam suplementów diety, tylko że tym razem nikt nie sprzedaje witamin, tylko strach.

Donald Trump ogłasza, że cała cywilizacja może zginąć tej nocy. Nie jutro, nie kiedyś, tylko najlepiej dziś, do wtorku, do godziny dwudziestej, jakby chodziło o promocję w supermarkecie, a nie o istnienie świata, jakby zagłada była wydarzeniem do wpisania w kalendarz między golfem a kolacją.

Człowiek czyta to zdanie i czuje, że oto geopolityka osiągnęła poziom szkolnego dramatu, w którym główną rolę gra chłopiec, który zabrał piłkę i teraz decyduje, czy jeszcze zagrają, tylko że tym razem boiskiem jest planeta, a piłką – ropa, pieniądze i cudze życie.

Iran, państwo doświadczone sankcjami, paranoją i własnymi demonami, odpowiada w sposób dość racjonalny jak na tę sytuację: zrywa bezpośrednie kontakty ze Stanami Zjednoczonymi. Czyli zamyka drzwi, ale zostawia uchylone przez mediatorów okno – Pakistan, Egipt, Turcję – bo nawet w świecie absurdu ktoś musi pilnować, żeby nie wysadzić wszystkiego przez przypadek, choć przypadek coraz częściej przypomina plan.

W tle tej dyplomatycznej farsy płynie ropa. A właściwie płynęłaby, gdyby nie to, że przepłynięcie przez cieśninę Ormuz zaczęło przypominać ekskluzywną usługę VIP. Dwa miliony dolarów za jeden rejs. Można zapłacić w juanach, można w kryptowalutach, byle zapłacić, jakby globalna gospodarka była klubem nocnym, a dostęp do paliwa – selekcją przy wejściu.

Piętnaście statków dziennie zamiast ponad stu sprzed wojny. Świat nie stoi jeszcze w miejscu, ale już się chwieje, jak pijany, który udaje, że idzie prosto. Europa patrzy na ceny paliw jak pacjent na wyniki badań, które jeszcze nie są tragiczne, ale już niepokojąco czerwone.

Arabia Saudyjska próbuje ratować sytuację, przekierowuje eksport do Yanbu nad Morzem Czerwonym, zwiększa przepływ do pięciu milionów baryłek dziennie, jakby ktoś próbował zatkać dziurę w kadłubie statku plastrem, który wygląda profesjonalnie, ale wszyscy wiedzą, że to tylko prowizorka, która działa do pierwszej większej fali.

Linie lotnicze zaczynają się nerwowo rozglądać, rozważają odwoływanie lotów, bo bez paliwa nawet globalizacja siada jak stary komputer. Turystyka tanieje o jedenaście złotych, co brzmi jak żart księgowego na Titanicu, który właśnie odkrył promocję na lód.

A gdzieś nad tym wszystkim unosi się komunikat z Białego Domu, że to najbardziej utalentowany gabinet w historii.

To trochę jakby kapitan Titanica ogłosił, że załoga nigdy nie była w lepszej formie, podczas gdy orkiestra już zaczyna grać szybciej, a stewardzi sprawdzają, gdzie są najbliższe szalupy. Jednocześnie pojawiają się dymisje, przecieki, kolejne nazwiska szykujące się do opuszczenia pokładu. Najwyraźniej talent w tym gabinecie polega głównie na umiejętności szybkiego pakowania walizek i jeszcze szybszego zmieniania wersji wydarzeń.

Tymczasem w Budapeszcie trwa spektakl, który zasługuje na osobną kategorię w historii polityki: teatr telefonicznej adoracji. Wiceprezydent największego mocarstwa świata stoi na wiecu i dzwoni do swojego szefa jak konferansjer, który chce połączyć się z gwiazdą wieczoru. Tłum bije brawo, Orban promienieje, a Trump przez telefon wyznaje miłość do Węgier, do Orbana i do wszystkiego, co klaszcze wystarczająco głośno.

To już nie jest dyplomacja. To jest teleturniej emocjonalny, w którym nagrodą jest chwilowa uwaga lidera wolnego świata, a stawką – powaga państwa.

Orban w tym wszystkim wygląda jak człowiek, który dawno zrozumiał, że demokracja to scenografia, a prawdziwa władza polega na tym, kto trzyma mikrofon i kto ustawia światło tak, żeby nikt nie zobaczył kulis.

I nagle okazuje się, że ten sam Orbán oferował pomoc Putinowi. Pomoc w każdej sprawie. W każdej.

To już nie jest polityka balansowania. To jest polityka kłaniania się tak nisko, że zaczyna się widzieć własne buty i jeszcze się za nie przeprasza.

Na tym tle Donald Tusk reaguje jak ktoś, kto jeszcze pamięta, że polityka może mieć sens i granice. Zadaje proste pytanie: czy wy to naprawdę popieracie?

I to pytanie wisi w powietrzu jak test na przyzwoitość, którego nikt nie chce rozwiązywać, bo wynik mógłby ujawnić, że cała ta patriotyczna retoryka jest tylko dekoracją dla bardzo dziwnych sympatii.

W Polsce równolegle trwa spektakl listowy, który przypomina konkurs na najpoważniejszą minę przy najmniej poważnych intencjach.

Karol Nawrocki pisze do rządu, żąda natychmiastowego zaskarżenia umowy Mercosur, dołącza gotowy projekt, niemal stawia podpis za premiera i wygląda przy tym jak uczeń, który przyniósł nauczycielowi pracę domową i oczekuje szóstki za sam fakt istnienia, choć jeszcze wczoraj ściągał od kolegi.

Problem polega na tym, że ta sama polityczna rodzina jeszcze niedawno tę umowę współtworzyła, chwaliła, negocjowała i uznawała za sukces. Dziś nagle odkrywa, że to katastrofa, jakby pamięć była opcją, którą można wyłączyć w ustawieniach.

Eksperci mówią o „Polsce skansenowej”. I jest w tym jakaś smutna prawda, bo polityka coraz częściej wygląda jak próba zatrzymania czasu, jakby globalizacja była złym snem, z którego można się obudzić, jeśli wystarczająco głośno się krzyczy i odpowiednio często powtarza słowo „suwerenność”.

PSL, jak zwykle, kręci się w tym wszystkim jak karuzela, która nie tyle wybiera kierunek, co reaguje na wiatr. To nie partia, to zjawisko atmosferyczne, które potrafi być jednocześnie wszędzie i nigdzie.

Lewica z kolei ogłasza, że w Sejmie panuje harmonia, wszyscy się uśmiechają, nikt się nie bije. To brzmi jak raport z sanatorium, w którym pacjentom odebrano ostre narzędzia i uznano to za sukces systemowy.

A gdzieś w tle tej całej operetki naprawdę zaczyna się coś psuć.

Ropa drożeje, transport się kruszy, łańcuchy dostaw zaczynają przypominać stare kable, które jeszcze przewodzą prąd, ale już iskrzą. Ukraina szuka alternatyw dla obrony, Europa liczy baryłki, a świat patrzy na cieśninę Ormuz jak na zawór, który ktoś trzyma ręką i zastanawia się, kiedy puści.

I wtedy wraca to zdanie., że cała cywilizacja może zginąć w nocy.

I człowiek siedzi przy oknie, patrzy na tę wiosnę, która nie może się zdecydować, czy już być, czy jeszcze nie, i dochodzi do wniosku, że może największym problemem świata nie jest nawet głupota, tylko pewność głupoty. Ta pewność, z jaką wypowiada się groźby, składa obietnice i wygłasza przemówienia. Ta pewność, że historia to scenariusz, który można przepisać jednym zdaniem, jednym telefonem, jednym kaprysem.

I nagle robi się cicho. Nie dlatego, że świat się zatrzymał. tylko dlatego, że wszyscy czekają. Na tę noc, na decyzję, na moment, w którym ktoś naciśnie guzik, albo – co gorsza – uzna, że nie musi.

I wtedy człowiek rozumie, że cywilizacja rzadko kończy się hukiem. Częściej kończy się powoli, w takich właśnie wieczorach. Zwyczajnych,  chłodnych, w których wszystko jeszcze działa, ale już nie bardzo wiadomo, dlaczego.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Zwięzły, doskonały opis. Nie rozumiem ostatniego zdania, ze słowami- albo co gorsza, uzna, że nie musi.

  2. Marek Jastrząb

    TEN, KTO UTŁUCZE TRUMPA, ZROBI DOBRY UCZYNEK I ZASŁUŻY NA POKOJOWĄ NAGRODĘ NOBLA

  3. Elzbieta Sabik

    Pisze Pan genialnie. Porównania nie mają równych sobie. To wielka przyjemność, że mogę brać udział w tym ceremoniale twórczości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights