
Kiedy Karol Nawrocki spotyka się z Radosławem Sikorskim, a obaj szczerzą się do siebie jak kot do myszki na lekach uspokajających, można być pewnym, że oto Polska wchodzi w kolejną fazę dyplomatycznego teatru lalek. Tym razem scena: Pałac Prezydencki, akt pierwszy – bal maskowy. Temat: reforma Unii Europejskiej. Nastrój: „gasnąca gwiazda” – tak bowiem opisał Unię sam prezydent.
Tak. UE, według prezydenta Nawrockiego, nie tyle świeci przykładem, co dogasa jak świeczka w toalecie po wigilijnej kolędzie. I teraz Polska, niczym gwiazda Betlejemska w trybie patriotycznego turbo, ma stanąć na czele nowej reformy. Bo czemu nie? W końcu kto ma przewodzić Europie, jak nie facet, który boi się podpisać nominację ambasadora, ale z chęcią funduje uścisk dłoni gangsterowi o pseudonimie „Dragon”?
Podczas spotkania z Korpusem Dyplomatycznym Nawrocki ogłosił, że „Polska przekroczyła 1 bilion dolarów PKB” i że jesteśmy „w gronie 20 największych gospodarek świata”. Tak, Karolu. Jesteśmy też w gronie 20 najbardziej absurdalnych państw, w których prezydent traktuje podpis jak artefakt z gry RPG. Zbieraj runy, rozważ, skonsultuj z lożą – może podpiszesz. Może nie.
Na tej samej uroczystości obok prezydenta pojawił się Radosław Sikorski – polityk, który zna Europę jak własną kieszeń, nawet tę z drobniakami z Brukseli. I o dziwo – atmosfera jak na rodzinnym grillu. Uśmiechy, śmiechy, żarciki. Czyżbyśmy byli świadkami pojednania? Nie. To tylko rytualna uprzejmość przed kolejną medialną sieczką o tym, jak bardzo nie zgadzają się w sprawie ambasadorów. Karol „Weto” Nawrocki nie widzi bowiem na stanowisku ambasadora Bogdana Klicha – byłego ministra obrony, doświadczonego dyplomaty, człowieka z dorobkiem. I tu nie chodzi o merytorykę – chodzi o politykę. A właściwie o małostkową personalną vendettę.
Niech nikogo nie zmyli elegancka sceneria i błysk fleszy – Nawrocki z Sikorskim mogą się śmiać do zdjęć, ale to polityczna pantomima, w której każdy gest ma ukryty kontekst. Ot, teatr iluzji, w którym nie padają żadne konkretne deklaracje, ale za to rozdaje się uściski dłoni jak wizytówki w hurtowni.
A skoro już mowa o uściskach – warto przypomnieć serdeczne przywitanie prezydenta z Tomaszem P., znanym jako „Dragon”, wielokrotnie karanym liderem kibolskiego gangu. Miejsce: Jasna Góra. Czas: Pielgrzymka Kibiców. Kontekst: głowa państwa ściskająca rękę człowieka z kartoteki. Czy to przypadek? Nie. To pokaz siły i cynizmu w jednym. Jakby Nawrocki chciał powiedzieć: „Patrzcie, mogę wszystko. Nawet to, czego nie wypada.”
Tymczasem za oceanem – reality show pt. „Trump i jego lodowe fantazje” wszedł w nowy sezon. Prezydent USA, Donald J. Trump, odebrał medal Pokojowej Nagrody Nobla. Tak. Dostał go z rąk Marii Coriny Machado – wenezuelskiej działaczki, której najwyraźniej pomyliły się galaktyki. Medal wręczono mu w Białym Domu, jakby ktoś pomyślał: „hej, przecież nic nie symbolizuje pokoju lepiej niż facet, który grozi Iranowi, chciałby kupić Grenlandię i obwinia Ukrainę za to, że nie chce przegrać wojny”.
Maria Corina, być może zmęczona tropikalnym upałem i politycznym chaosem, postanowiła przekazać symbol pokoju człowiekowi, który myśli, że demilitaryzacja Hamasu zaczyna się od konferencji prasowej, a kończy wpisem na X. W tym czasie Zełenski, człowiek realnie żyjący w kraju bombardowanym przez Rosję, musiał oglądać, jak Trump – człowiek w złotym krawacie – pozoruje moralne przywództwo świata. I tak, znów okazało się, że rzeczywistość nie musi być wiarygodna, by była prawdziwa.
Trump oznajmił, że Putin „jest gotów na pokój”, tylko „Zełenski musi się zgodzić”. To mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że napastnik w ciemnej uliczce jest gotów przestać dźgać nożem – wystarczy, że ofiara sama upadnie.
W tle – Zbigniew Ziobro. Człowiek, który od miesięcy ucieka przed sprawiedliwością, teraz z pomocą swoich prawników zamienia każdy termin sądowy w maraton formalności. A to brak dokumentów, a to wniosek o wyłączenie sędziego, a to aura niekorzystna. Dzień świstaka z togą. I nic się nie dzieje. Ziobro gra na czas, licząc, że może czas sam go uniewinni.
Tymczasem posłanka Maria Kurowska, wielbicielka teorii spiskowych i osobistej lojalności wobec Ziobry, obiecywała pozwy i walkę z „manipulacją medialną”. Efekt? Zero pozwów. Za to jeden zaskakujący SMS. Kiedyś mówiono: „po owocach ich poznacie”. W tym przypadku – po braku działań.
A Grenlandia? Nadal zimna. Nadal surowa. Nadal bogata w pierwiastki ziem rzadkich, których nikt nie może wydobyć, bo warunki przypominają klimatyczny escape room. Ale Trump już planuje bazę. W końcu – jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o interesy. Cudze.
Na tym tle Marta Nawrocka – pierwsza dama w welurowej sukni – wygląda jak jedyna osoba, która widzi, że cały ten bal przebierańców to kabaret. Szkoda tylko, że dla niej to dramat rodzinny. Gdy Nawrocki z uśmiechem przemawia do dyplomatów, ściska ręce gangsterów i wetuje ambasadorów, ona przypomina aktorkę uwięzioną w roli, której nikt jej nie wyjaśnił.
Tak minął kolejny dzień w Polsce 2026. Państwo istnieje teoretycznie, gospodarka błyszczy w PowerPointach, a prezydent roztacza wizje Europy, w której my będziemy liderem reform, chociaż nie potrafimy zreformować własnej poczty.
Następny felieton już niebawem. Prawdopodobnie jeszcze bardziej absurdalny, bo w tej produkcji nie ma dna – tylko kolejne sezony.

Dodaj komentarz