TELEFON PRZEZ OCEAN I ŚWIAT, KTÓRY ZNOWU PRZYŚPIESZYŁ

Warszawa

W Toronto było po szóstej wieczorem. Po kolacji zszedłem na dół, na taras. To moje małe stanowisko obserwacyjne świata: biurko, telewizor, kubek kawy, popielniczka i komputer, na którym powstają te felietony. Tam można palić, patrzeć na odległe miasto i udawać przez chwilę, że człowiek rozumie, co się właściwie dzieje z tym całym światem.

Za kilka dni wracam do Polski, więc wieczory mają w sobie coś z pakowania walizki – trochę wspomnień, trochę refleksji i odrobina sentymentalnej nostalgii.

Siedziałem więc na tarasie, zapaliłem papierosa, nalałem kawy i zadzwoniłem do pani Elżbiety w Sztokholmie.

U mnie był wieczór. U niej noc.

Atlantyk między nami działa jak wielki zegar z przesuniętymi wskazówkami – kiedy jedno z nas kończy dzień, drugie jeszcze spokojnie zaczyna rozmowę.

Pani Elżbieta jest tłumaczką z tureckiego. Zna Turcję, Bliski Wschód i całą tę skomplikowaną geografię ludzkich ambicji lepiej niż większość dyplomatów. Napisała wiele prac naukowych – niektóre bardzo dobre, inne wręcz fascynujące – ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Jej dzieci rozsiane po Europie jak dobrze rzucone nasiona współczesnej historii: trochę Londynu, trochę Niemiec, trochę Skandynawii. Wnuki oczywiście też są, ale jak to bywa – żyją tam, gdzie pracują rodzice, więc babcia ogląda je czasem na żywo, a częściej przez ekran telefonu, który w naszych czasach zastąpił rodzinny stół.

Zanim przeszliśmy do wielkiej polityki, pani Elżbieta opowiedziała o spacerze po sztokholmskiej Starówce. Wiosna przyszła tam wcześniej niż do Kanady. Słońce nad Gamla Stan, wąskie uliczki i archipelag błyszczący jak rozsypane srebro.

Sztokholm wiosną wygląda podobno tak, jakby ktoś otworzył wielkie okno po długiej zimie.

Toronto w marcu przypomina natomiast człowieka po ciężkiej chorobie – jeszcze trochę osłabiony, ale już zaczyna się uśmiechać.

Po obowiązkowej części rozmowy – czyli po omówieniu zdrowia, znajomych i dzieci, które dorosły szybciej niż człowiek się spodziewał – przeszliśmy do świata.

Bo polityka jest jak pogoda.

Nawet jeśli człowiek się nią nie interesuje, to i tak pada.

Zaczęliśmy od wizyty króla Szwecji w Polsce.

Karol XVI Gustaw przyjeżdża do Warszawy. Oficjalnie – dyplomacja, kurtuazja, eleganckie przemówienia i zdjęcia w pałacowych salach. W praktyce chodzi o coś znacznie poważniejszego. O Bałtyk. O bezpieczeństwo. I – jak zwykle w tej części świata – o Rosję.

Strach przed Rosją jest w Szwecji czymś starym jak tamtejsze granitowe skały. Szwedzi pamiętają Połtawę z 1709 roku, kiedy imperium Karola XII dostało bolesną lekcję od Piotra Wielkiego. Polska pamięta trzy wieki rosyjskiej dominacji.

Historia obu krajów przypomina dwie różne powieści napisane przez tego samego autora.

Dziś Szwecja jest w NATO i bardzo poważnie przygotowuje się na najgorsze scenariusze. W całym kraju rozdaje się obywatelom broszury z instrukcją, co robić w razie wojny. Jak zabezpieczyć wodę. Jak przygotować zapasy. Jak zachować się podczas mobilizacji.

To nie jest panika. To skandynawski rozsądek.

Pani Elżbieta powiedziała spokojnie:

– My się Rosji nie boimy. My się na nią przygotowujemy.

I rzeczywiście – Szwecja od kilku lat wraca do starej szkoły bezpieczeństwa. Rozbudowuje armię, zwiększa wydatki obronne, produkuje własne myśliwce Gripen i okręty podwodne. Niewiele jest na świecie dziesięciomilionowych państw, które potrafią same zbudować nowoczesne samoloty bojowe.

Ale Szwecja to nie tylko wojsko i polityka.

To także kraj o niezwykłej kulturze społecznej. Państwo spokojne, uporządkowane, trochę powściągliwe jak dobrze wychowany profesor. Szwedzi nie lubią wielkich słów. Nie krzyczą. Nie gestykulują.

W ich świecie wszystko powinno działać cicho i rozsądnie – pociągi, administracja, szkoły, podatki, a nawet kłótnie.

Dlatego czasem trudno im zrozumieć południowy temperament Europy, gdzie polityka przypomina mecz piłkarski, a debaty parlamentarne brzmią jak awantura na bazarze.

Pani Elżbieta śmieje się, że Szwecja jest krajem, w którym nawet rewolucje odbywałyby się po wcześniejszym umówieniu terminu.

Ale ten spokojny kraj przeżywa też swoje trudne momenty.

Przez lata Szwecja była jednym z najbardziej otwartych państw Europy dla imigrantów. Do kraju przyjechały setki tysięcy ludzi – z Bliskiego Wschodu, Afryki, Bałkanów. W ostatnich latach zaczęto jednak zadawać pytanie, czy integracja naprawdę działa tak dobrze, jak wszyscy chcieli wierzyć.

Rząd zaostrza więc zasady przyznawania obywatelstwa. Trzeba dłużej mieszkać w kraju, znać język, zdać egzamin z wiedzy o społeczeństwie i mieć stałą pracę.

– Obywatelstwo musi coś znaczyć – tłumaczą szwedzcy politycy.

To zmiana w kraju, który przez dekady był symbolem liberalnej otwartości.

Ale jednocześnie Szwecja pozostaje miejscem niezwykle nowoczesnym. To jeden z najbardziej innowacyjnych krajów świata. Ma jedną z największych liczb technologicznych „jednorożców” na mieszkańca – firm wartych ponad miliard dolarów.

Spotify, Klarna, Ericsson – to wszystko produkty tej spokojnej, północnej kultury pracy i pomysłowości.

I właśnie dlatego relacje polsko‑szwedzkie zmieniają się dziś bardzo szybko.

Jeszcze dwadzieścia lat temu wielu Szwedów patrzyło na Polskę z lekką wyższością. Byliśmy krajem z Europy Wschodniej, taniej siły roboczej i emigracji zarobkowej.

Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Polska gospodarka jest prawie dwa razy większa od szwedzkiej. Polskie firmy współpracują ze szwedzkimi koncernami przy nowych technologiach, energetyce i przemyśle obronnym. Saab buduje dla Polski nowoczesne okręty podwodne A26, a rozmowy o wspólnych projektach wojskowych dopiero się zaczynają.

Bałtyk przestaje być morzem między nami.

Staje się wspólną przestrzenią bezpieczeństwa.

Polska coraz częściej patrzy na północ – ku Szwecji, Finlandii i krajom bałtyckim – zamiast na dawną Grupę Wyszehradzką, która powoli rozpada się pod ciężarem prorosyjskich sympatii Budapesztu i politycznych eksperymentów Bratysławy.

– W Europie musimy się trzymać razem – powiedział niedawno szwedzki król.

I chyba pierwszy raz od wielu lat brzmi to naprawdę poważnie.

Rosja Putina przypomina dziś sąsiada z piętra wyżej, który nocami tłucze meblami i co jakiś czas grozi, że wpadnie na dół z wizytą.

Europa zaczyna więc zamykać drzwi na dwa zamki.

A przy okazji – jak to zwykle bywa – przygląda się sobie w lustrze.

Bo Szwecja to także kraj, w którym od dziesięcioleci żyje spora polska diaspora. Około stu tysięcy ludzi z polskimi korzeniami. Jedni przyjechali jeszcze w czasach „Solidarności”, inni w latach dziewięćdziesiątych, a ostatni – już w epoce tanich linii lotniczych i wspólnego rynku pracy.

Pani Elżbieta opowiadała mi kiedyś historię znajomego hydraulika z Gdyni, który w latach dziewięćdziesiątych pojechał do Szwecji „na chwilę”. Ta chwila trwa już trzydzieści lat. Człowiek nauczył się języka, kupił dom pod Uppsala i – jak sam mówi – jedyną rzeczą, której nigdy nie zrozumiał, jest szwedzka cisza.

– W Polsce – opowiada – sąsiad zawsze coś wierci, remontuje albo przynajmniej krzyczy na telewizor. W Szwecji sąsiad istnieje głównie w spisie ludności.

Jest też druga historia. Młody informatyk z Krakowa, który przyjechał do Sztokholmu do pracy w firmie technologicznej. Po kilku miesiącach powiedział kolegom w biurze, że w Polsce dyskusja polityczna przy stole potrafi trwać cztery godziny i kończyć się awanturą.

Szwedzi spojrzeli na niego z autentycznym przerażeniem.

– A kiedy jecie deser? – zapytał jeden z nich.

Takie są różnice cywilizacyjne.

My kłócimy się głośno i żywiołowo. Oni dyskutują cicho i długo, aż wszyscy się zgodzą.

Czasem mam wrażenie, że gdyby Polacy i Szwedzi wspólnie napisali konstytucję świata, powstałby dokument idealny: z jednej strony rozsądek północy, z drugiej energia południowego Bałtyku.

Ale świat w tym samym czasie wariuje gdzie indziej.

Na Bliskim Wschodzie wojna z Iranem rozkręca się jak stary silnik diesla – powoli, głośno i z coraz większym dymem.

Ajatollah Ali Chamenei zginął w nalotach, a władzę przejął jego syn Mojtaba Chamenei. Po raz pierwszy w historii islamskiej republiki najwyższa władza przechodzi z ojca na syna. Rewolucja z 1979 roku miała znieść dziedziczne rządy.

Historia ma wyrafinowane poczucie humoru.

Tymczasem Donald Trump ogłosił, że Iran powinien po prostu skapitulować i wybrać przywódcę, który będzie akceptowalny dla Stanów Zjednoczonych.

Trump ma niezwykły talent do upraszczania świata. W jego wizji geopolityka przypomina nieco konkurs piękności albo odcinek reality show. Najpierw eliminacje, potem szybkie głosowanie i na końcu nowy lider, który powinien – najlepiej jeszcze przed reklamą – zadzwonić do Waszyngtonu z podziękowaniami.

Czasem mam wrażenie, że gdyby Trump prowadził konferencję jałtańską, to zakończyłaby się po czterdziestu minutach, a Churchill dostałby od niego wizytówkę z napisem: „Zadzwońcie, jak będziecie potrzebowali lepszego planu”.

Problem polega tylko na jednym drobiazgu.

Iran istnieje od dwóch i pół tysiąca lat. Przeżył Persów, Arabów, Mongołów, Brytyjczyków, Amerykanów i kilku innych samozwańczych architektów świata.

I ma bardzo grubą instrukcję obsługi własnej dumy.

Ropa natomiast drożeje jak taksówka w sylwestra. Baryłka przekroczyła sto dolarów i wszystko wskazuje na to, że rachunek za tę wojnę zapłacą jak zwykle zwykli ludzie.

Czyli my.

Siedziałem więc na tarasie w Toronto, paliłem papierosa, piłem kawę i rozmawiałem przez ocean z panią Elżbietą, a świat – jak to ma w zwyczaju – w tym czasie przyspieszał.

A kiedy już wydawało się, że to wystarczy na jeden wieczór, wróciła wiadomość z Polski.

Jarosław Kaczyński namaścił Przemysława Czarnka na potencjalnego kandydata PiS na premiera.

To decyzja bardzo logiczna – przynajmniej z punktu widzenia logiki PiS.

Skoro wyborcy uciekają na prawo do Konfederacji, to zamiast iść do centrum, należy skręcić jeszcze bardziej w prawo i krzyczeć jeszcze głośniej. W tej strategii Czarnek jest idealny.

Ma energię czołgu, retorykę megafonu i subtelność młota pneumatycznego o szóstej rano.

W PiS mówią, że to „twardy zawodnik”. Co jest prawdą. Czarnek w polityce zachowuje się trochę jak człowiek, który wchodzi do biblioteki z piłą mechaniczną i mówi, że przyszedł uporządkować księgozbiór.

Plan jest prosty: skoro prawica się radykalizuje, trzeba być jeszcze bardziej radykalnym. Jeśli ktoś krzyczy, trzeba krzyczeć głośniej. Jeśli ktoś przesadza, trzeba przesadzić jeszcze bardziej.

To trochę tak, jakby ktoś próbował ugasić pożar benzyną – ale z bardzo poważną miną i patriotyczną flagą w ręku.

Pani Elżbieta się roześmiała.

– W Polsce polityka zawsze była barwna – powiedziała.

Barwna to dobre słowo. Bo kiedy patrzy się na świat z dystansu kilku tysięcy kilometrów i wielu dekad życia, wszystko zaczyna przypominać ogromny teatr.

Na jednej scenie wojny. Na drugiej politycy przekonani, że sterują historią. A gdzieś z tyłu zwykli ludzie, którzy po prostu próbują przeżyć dzień.

I nagle człowiek orientuje się, że najważniejsze rzeczy wcale nie dzieją się w wiadomościach. Najważniejsze rzeczy to rozmowa przez ocean. Spacer po starej ulicy w Sztokholmie. Wiosna w Toronto.

I przyjaźń, która – w przeciwieństwie do polityki – nie zmienia się co cztery lata. Reszta to tylko historia. A historia – jak wiadomo – jest trochę jak pogoda nad Bałtykiem.

Zmienia się szybko, potrafi być gwałtowna, czasem zupełnie absurdalna, ale w gruncie rzeczy zawsze chodzi w niej o to samo: o ludzi, którzy próbują przeżyć swoje życie trochę spokojniej, niż pozwala im na to świat.

Dlatego siedząc tej marcowej nocy na tarasie w Toronto pomyślałem, że mimo wszystkich wojen, politycznych błaznów i wielkich strategii świata najważniejsze rzeczy nadal pozostają zadziwiająco proste.

Rozmowa z przyjacielem. Spacer w wiosennym mieście. I odrobina zdrowego rozsądku.

Bo bez niego – jak pokazuje historia – nawet najpotężniejsze imperia kończą jak stary okręt w muzeum.

Na przykład szwedzka „Waza”, która miała kiedyś zatopić polską flotę, a dziś stoi spokojnie w muzeum i uczy turystów pokory.

Świat jest pełen takich ironii. I całe szczęście. Bo gdyby historia była naprawdę logiczna, felietoniści nie mieliby o czym pisać w poniedziałkowy poranek.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights