
Środa, poranek. Kraj jak z mema: niby w środku Europy, a mentalnie na przedmieściach średniowiecza. Ludzie stoją w korkach, politycy miotają się w bałaganie, a państwo dryfuje w stronę zapaści. Onet i reszta mediów dostarczają opowieści, które przypominają, że rzeczywistość w Polsce to połączenie brazylijskiej telenoweli, niemieckiej dyscypliny i czeskiego absurdu — tylko wszystkie te elementy działają w wersji testowej.
Zacznijmy od spraw „najważniejszych”, czyli tanecznych wygibasów Victorii Beckham. Była Spice Girl zakręciła biodrem i złamała internet. Memy płyną szerzej niż Wisła po roztopach. Internauci komentują, bo to jedyna brytyjska saga, którą da się jeszcze śledzić bez tłumacza. Gorzej ma sama Victoria, bo jej syn skręcił w stronę życia bardziej tabloidowego niż cała jej kariera. Roztrzęsiona matka, roztańczony internet i rozum, który dawno wyjechał do Kanady.
Ale przejdźmy do polityki, czyli narodowego sportu masochistów.
Szymon Hołownia — jeszcze niedawno polityczna gwiazda z TikToka, dziś żałosny bohater sejmowych memów. PSL już rozważa jego polityczny pogrzeb, ale z godnością — na wiejską nutę, z wieńcem z koniczyny i przemową Pawlaka odczytaną z laptopa. Polska 2050 dryfuje w kierunku 0,5%, a Szymon wciąż wierzy, że wystarczą dobra stylizacja i kaznodziejski ton, by przekonać naród. Niestety, polityka to nie telewizja śniadaniowa. Choć coraz trudniej to rozróżnić.
Z obozu rządowego płyną nowe wieści. Paulina Hennig-Kloska ma przejąć stery po Hołowni i zasiąść w fotelu wicepremiera. Dobry ruch? Może. Ale też ryzykowny. Koalicja to delikatna konstrukcja, a PSL to wciąż najbardziej obrotowy mebel w polskiej polityce. Kto wie, czy jutro nie ogłoszą sojuszu z husarią konną i Kołem Gospodyń Wiejskich z Sokołowa.
Na lewicy cisza przed burzą. Czarzasty milczy, bo kiedy tylko się odezwie, ktoś przypomina mu, że jego partia istnieje głównie w tabelach subwencji. Zandberg z kolei przeżywa kolejny zwrot ideowy — ostatnio był socjalistą, teraz flirtuje z pozytywistycznym oburzeniem. Gdyby miał lepszy PR, mógłby być drugim Che Guevarą. A tak, to tylko kolejny hipster z ulotką.
A co u nacjonalistycznej menażerii, czyli Konfederacji? Braun pewnie dziś rano wznosił toast wodą święconą. Bosak nadal wygląda, jakby ktoś nie wpuścił go do klubu z powodu wieku. A Mentzen publikuje swoje „mądrości” na X (czyli Twitterze po lobotomii), broniąc wolności gospodarczej jak szlachta chłopskiego głodu. Ich pomysły to mieszanka koktajlu Mołotowa i prezentacji z PowerPointa dla inwestorów z Dubaju. Obie Konfederacje — ta od brody i ta od brokera — są równie żenujące, co groźne.
W obozie PiS-u również ferment. Ziobryści przemykają między komisjami jak szczury z tonącego okrętu. A gdzieś w tle snuje się Kaczyński, z twarzą jak smutny kocur, który znów nie dostał mleka. Propaganda PiS nadal działa, ale tylko na tych, którzy od lat nie zmieniali kanału z TVP Info. Teraz czekają na cud, czyli kolejny kryzys. Ale ten już ich nie uratuje. Ludzie się budzą. Nie wszyscy, ale wystarczająco wielu, by zaczęli się bać.
Wróćmy do sfery publicznej. Kazimierz Marcinkiewicz, niegdyś „yes, yes, yes”, dziś raczej „nie, nie, nie” — głównie w kontekście płacenia alimentów. Usłyszał wyrok i przeprasza, jakby to coś zmieniało. Kaziu, pieniądze, nie słowa. Przyszłość byłych premierów w Polsce wygląda jasno: albo komisja śledcza, albo tabloidy.
Sprawa Iwony Wieczorek wraca jak bumerang bez ostrzeżeń. Śledczy patrzą na okolice Pucka, Władysławowa i inne miejsca, gdzie cywilizacja spotyka polską patologię wakacyjną. Nowy trop, nowy kierowca, nowa nadzieja. I niestety — stare błędy.
Rosja pogrążona w lodowatej desperacji. Ludzie marzną, domy pękają z zimna, a Kreml, jak zawsze, pozostaje najcieplejszym miejscem w kraju. Ale spokojnie — Putin jeszcze zaprosi mieszkańców na paradę zwycięstwa w marcu. Bez prądu, ale z orkiestrą.
W międzyczasie Donald Trump, człowiek, który chciałby kupić Grenlandię tak, jak Janusz kupuje działkę pod Radomiem, powołał „Radę Pokoju” z Putinem, Łukaszenką i Kimem. Ktoś powinien mu powiedzieć, że to nie jest Rada Pokoju, tylko potencjalna ekipa z „Mad Maxa 5: Świat bez mózgu”. A propos: Trump znów grozi Europie cłami, bo jego ego nie mieści się już nawet w Air Force One.
I właśnie w tym klimacie absurdu odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne w Davos — alpejski karnawał w garniturach. Ursula von der Leyen, z powagą nauczycielki na wywiadówce, ogłosiła, że Europa ma wykorzystać „geopolityczne wstrząsy” do budowy nowej niezależności. W skrócie: będzie więcej regulacji, ale tym razem „pro-biznesowych”. Brukselska wersja „zrobię to lepiej, bo tym razem się postaram”.
Tymczasem delegacje z całego świata debatują nad przyszłością Grenlandii, jakby to był nowy startup do przejęcia. Trump nie odpuszcza — nadal wierzy, że przejdzie do historii jako człowiek, który „powiększył” Amerykę. Po Alasce, Grenlandia ma być kolejnym trofeum. Czekamy tylko, aż ogłosi ofertę na Islandię i Lofoty.
Co nas czeka w środę?
- Liga Mistrzów, czyli jedyne prawdziwe starcia na poziomie, w przeciwieństwie do posiedzeń Sejmu.
- Nowe decyzje rządu — możliwe, że Hennig-Kloska rzeczywiście zostanie wicepremierką. PSL będzie negocjował, głównie z własnym sumieniem.
- Netflix rzuca miliardy, chcąc przejąć Warner Bros. Discovery. Może w końcu ktoś zrobi film o polskiej polityce. Byle nie dokument.
- Rosjanie nadal marzną, a świat klaszcze. Bo jeśli nie można pomóc, to przynajmniej nie warto przeszkadzać.
Podsumowując: Wtorek był tragiczną operą mydlaną, której reżyser miał kaca. Środa? To będzie sequel. Trochę śmiechu, trochę grozy, mnóstwo żenady. Polska — kraj, w którym „dzień dobry” znaczy: „czy już coś się zawaliło?”.
Do przeczytania później. O ile znowu czegoś nie wysadzą.

Dodaj komentarz