



Minęło kilka godzin od pierwszych wybuchów w Teheranie, a media zdążyły już zrobić to, co robią najlepiej: otworzyć wydania specjalne i zasypać nas armią gadających głów. Te głowy mówią, dudnią, przewidują, machają rękami, wpatrują się w kamery jak prorocy z telezakupów. W tle mapy, strzałki, animacje, czerwone kropki udające rakiety. Cyrk, ale bez foki. Bo foka by się speszyła.
Na ekranach pojawiają się ci sami ludzie, co zawsze: byli generałowie, którzy ostatni raz widzieli front wtedy, gdy mieli włosy; eksperci, którzy wszystko przewidzieli; analitycy, którzy mówią dużo, a nie mówią nic. Każdy z nich zaczyna od „jak mówiłem już w 2014…”, a potem nie da się słuchać, bo ego zagłusza fakty. Po godzinie widz masz wrażenie, że to oni sterują światem, a nie politycy. I to jest dopiero straszna myśl.
W tym czasie świat płonie.
Bahrajn, Abu Zabi, Katar — wszędzie dym, huk i syreny.
Iran strzela w amerykańskie bazy.
Izrael odpowiada.
USA bombardują.
Chamenei ucieka.
A Trump ogłasza, że wszystko idzie zgodnie z planem, choć nikt nie wie, czy on w ogóle ma plan.
Telewizje pokazują zdjęcia satelitarne. Widać czarny dym, ruiny rezydencji ajatollaha, rozwalone budynki, które jeszcze wczoraj służyły jako gabinety i salony władzy. A dziś wyglądają jak po wizycie ekipy wyburzeniowej z programu „Pokochaj swoją działkę na nowo”.
Izraelskie źródła mówią, że Chamenei miał być jednym z głównych celów. Możliwe, że był, ale zdążył uciec. Ajatollah działa jak stary kot — jak usłyszy huk, to natychmiast znika pod wersalką. I potem nikt nie wie, gdzie on jest, aż wysunie nos, gdy uzna, że jest bezpiecznie.
A tymczasem z telewizorów płyną analizy, interpretacje, wykresy, strzałki, wyliczenia, prognozy.
Wszystko w tonie „my wiemy”, choć nikt nic nie wie.
Bo prawda jest taka, że eksperci przewidują przyszłość tylko wtedy, gdy przyszłość już się wydarzyła.
Nieliczni próbują mówić rozsądnie. Jeszcze mniej mówi prawdę. A większość jedzie na autopilocie: „eskalacja”, „retorsje”, „destabilizacja”. Słowa tak wyświechtane, że można by nimi wytapetować ściany Ministerstwa Obrony.
Trump też nie odpoczywa. Siedzi w swoim Mar-a-Lago, jak cesarz w gumowych klapkach, i wydaje oświadczenia. Kiedy mówi „kiedy skończymy, przejmijcie rządy”, człowiek zastanawia się, czy on naprawdę wierzy, że świat jest planszówką, którą można od nowa poukładać po jednym gwałtownym ruchu.
W tle eksplozje w Abu Zabi, korki w Dubaju, panika w bibliotekach, loty odwołane, ludzie na parkingach podziemnych ukrywają się przed pociskami.
A u nas — wydania specjalne i komentarze.
I oczywiście — Rosja.
Oświadczenia, apeli, żale, a do tego Miedwiediew, który wychodzi jak upity wujek na weselu i mówi, że „strażnik pokoju znowu działa”. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Putin w tym czasie patrzy z Kremla, jak świat się pali, i kiwa głową z zadowoleniem. On uwielbia chaos. Chaos to jego biotop.
Jak glonojad w akwarium.
Europa apeluje o spokój.
Ukraina przypomina, że irańskie drony od dawna zabijają ludzi w Kijowie.
Kazachstan stawia wojsko w gotowości.
Turkish Airlines zawiesza loty.
A w Izraelu ludzie chowają się pod mostami.
Tymczasem gadające głowy mówią dalej.
Jedni opowiadają o programie nuklearnym, choć nigdy nie widzieli reaktora.
Drudzy tłumaczą strategię Iranu, choć jedyne, co widzieli w życiu, to mapę z Google Earth.
Trzeci mówią o „historycznym momencie”, tak jakby każdy dzień ostatnich pięciu lat nie był historyczny.
A my — zwykli ludzie — stoimy przy oknie, patrzymy na zimę, na śnieg, na światło latarni i myślimy:
Po co nam to wszystko?
Przecież człowiek chciał tylko spokojnie wypić kawę, sprawdzić prognozę pogody, przeżyć kolejny dzień bez bólu kręgosłupa i bez nowych tragedii na świecie.
Ale świat znowu włącza tryb „specjalny”.
Znowu ktoś gdzieś zdecydował, że lepiej bombardować niż rozmawiać.
Znowu ego jednego człowieka kosztuje życie tysięcy.
I tylko jedno niezmienne:
gadające głowy będą gadać dalej.
Choćby świat się trząsł.
Choćby niebo płonęło.
Choćby Trump ogłosił jeszcze trzy operacje specjalne, pięć ofensyw i jedną promocję na czapki z daszkiem.
Bo w tym cyrku każdy ma swoją rolę.
A my, widzowie, siedzimy na trybunach i próbujemy nie zwariować.

Dodaj komentarz