ŚWIAT W TRYBIE DEMO, CZYLI TRUMP, PUTIN I AMUNICJA Z WYOBRAŹNI

Warszawa

Przysiadłem, jak człowiek, który po porannej burzy komentarzy wietrzy głowę przy otwartym oknie, a świat wygląda jak niedomyta filiżanka po kawie – niby czysta, a jednak zostaje osad, cienki jak ironia i uparty jak ludzka pewność siebie. Jestem sam z tym lekkim skrzypieniem codzienności, które zna każdy, kto żyje wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że dzień nie zaczyna się od budzika, tylko od myśli, która nie chce wyjść z łóżka.

Odstawiłem pyskówkę z panią Manuelą Gretkowską jak talerz po kolacji i zabrałem się do przeglądu prasy, bo gazety, w przeciwieństwie do komentarzy, przynajmniej udają, że mają redakcję, a nie tylko odruch. I trafiłem na tekst Sławomira Sierakowskiego o Trumpie, który czyta się jak list pisany do rozsądku – trochę elegancki, trochę zgryźliwy, a przede wszystkim uparty w tym, żeby myśleć, kiedy inni wolą krzyczeć.
https://www.newsweek.pl/opinie/sierakowski-putin-agentem-usa-przejrzyjmy-tylko-jego-dokonania/k824kq8?smclient=23971a3d-48c0-4ac5-8835-6a48a405320e&utm_source=salesmanago&utm_medium=email&utm_campaign=default

Sierakowski bierze na warsztat modną obsesję naszych czasów, tę chorobę podejrzeń, która każe widzieć w każdym polityku czyjegoś agenta, najlepiej obcego, najlepiej złego, najlepiej takiego, który potwierdzi nasze najgorsze przeczucia, i odwraca ją jak stary płaszcz na drugą stronę, pytając z chłodnym uśmiechem: a co, jeśli – patrząc na skutki – to Putin wygląda jak ktoś, kto od lat niechcący pracuje na sukces Ameryki.

Bo proszę spojrzeć na bilans, ten nudny, księgowy, beznamiętny rachunek strat i zysków, który nie nadaje się na wiec, ale nadaje się na prawdę: rosyjska armia obnażona jak cesarz bez ubrania, elity wyjeżdżające jak goście z bankietu, który nagle przestał być elegancki, NATO wzmocnione jak mięsień po treningu, amerykańska broń sprzedawana jak świeże bułki w dniu kryzysu, a wpływy Kremla topniejące jak śnieg w marcu.

I nagle okazuje się, że jeśli ktoś miałby tu być czyimś agentem, to raczej przez przypadek niż przez spisek, raczej przez serię błędów niż przez genialny plan, bo polityka – i to jest najciekawsze u Sierakowskiego – nie jest koncertem dyrygenta, tylko orkiestrą bez nut, w której każdy gra swoje, a publiczność udaje, że słyszy symfonię.

To jest myśl niebezpieczna, bo odbiera komfort. Łatwiej wierzyć w tajemne układy niż w jawny chaos, łatwiej wyobrazić sobie „onych” przy jednym stole niż przyznać, że nikt przy tym stole nie wie, co będzie na deser.

I wtedy, jak w teatrze, wchodzi on, cały w świetle reflektorów, z gestem większym niż scena i głosem, który nie potrzebuje mikrofonu.

Donald Trump.

Postać, która jednego dnia prosi sojuszników o pomoc jak klient w restauracji, który zamówił za dużo, a następnego dnia ogłasza, że w zasadzie niczego nie potrzebuje i nigdy nie potrzebował, bo jest kucharzem, kelnerem i właścicielem w jednym, a rachunek i tak zapłacą inni.

Najpierw wojna z Iranem, potem obraza na NATO, które nie chce tej wojny współfinansować, potem deklaracja pisana wielkimi literami, że Ameryka nikogo nie potrzebuje, jakby samotność była strategią, a nie stanem emocjonalnym, a na deser – ujawnianie cudzych chorób jak anegdot przy lunchu, w którym etyka siedzi w kącie i udaje, że nie słyszy.

Gdzieś obok tego spektaklu rezygnuje człowiek od antyterroryzmu, mówiąc, że sumienie nie jest dodatkiem do stanowiska, tylko jego warunkiem, i to zdanie brzmi dziś jak archaizm, jak łacińska sentencja na murze, który zaraz zostanie pomalowany reklamą.

A świat? Świat patrzy jak widz na przedstawieniu, które dawno wymknęło się reżyserowi, ale aktorzy grają z takim przekonaniem, że nikt nie ma odwagi zapytać, czy to jeszcze sztuka, czy już tylko improwizacja z budżetem państwowym.

Europa siedzi przy tym wszystkim jak gość na weselu, który nie wie, czy jest jeszcze zaproszony, czy już tylko przyzwyczajony, czy ma tańczyć, czy tylko klaskać, czy może już wychodzić, zanim zgasną światła.

A Polska, jak to Polska, organizuje własny spektakl w bocznej sali, gdzie muzyka gra głośniej niż sens.

Bo u nas, proszę Państwa, wraca temat, który nie chce umrzeć, jak refren złej piosenki – wybory i ich wynik.

Wraca, bo po serii wet prezydenta Nawrockiego, po tej demonstracyjnej polityce stawiania się w drzwiach i mówienia „nie, bo nie”, ktoś w końcu zapytał głośno: a właściwie na jakim fundamencie to wszystko stoi.

I nagle znów wyciąga się worki z kartami, znów liczy się głosy, znów patrzy się na protokoły jak na stare rachunki, które miały się zgadzać, a zaczynają się rozjeżdżać jak drogi po zimie.

Bo sprawa jest prosta, choć niewygodna.

Nie chodzi o teorię spiskową. Chodzi o wynik. O to, czy to, co ogłoszono, rzeczywiście odpowiada temu, co wrzucono do urn. O te kilkaset komisji, w których coś się nie zgadzało. O te liczby, które – jak pokazują analizy – potrafią nagle zmienić kierunek jak wiatr przed burzą.

O te śledztwa, które raz przyspieszają, raz zwalniają, a czasem znikają w ciszy, jakby ktoś przykrył je gazetą.

I w tym wszystkim stoi prezydent, który wygrał minimalnie, stoi opozycja, która przegrała minimalnie, i stoi państwo, które powinno być maksymalnie pewne. A nie jest.

I może dlatego to wszystko zaczyna przypominać objazdowy teatr, w którym aktorzy zmieniają kostiumy, scenografia skrzypi, a publiczność zaczyna się domyślać, że ktoś pomylił scenariusze.

Bo jeśli wynik wyborów trzeba co jakiś czas sprawdzać jak rachunek w barze, to znaczy, że nie mamy demokracji pewnej. Mamy demokrację na słowo. A słowo, jak wiadomo, w polityce jest najtańszą walutą.

I tu jest zdanie, które można sobie powiesić nad biurkiem, nad telewizorem albo nad sumieniem:

Demokracja zaczyna się tam, gdzie wynik wyborów nie wymaga wiary, tylko dowodu.

Bo demokracja to nie jest tylko ogłoszenie wyniku.

Demokracja to jest pewność wyniku.

A kiedy tej pewności zaczyna brakować, kiedy pojawia się cień, choćby niewielki, choćby statystyczny, to nie wystarczy powiedzieć „idźcie do domu, wszystko jest dobrze”, bo to nie jest uspokajanie.

To jest zamiatanie.

I dlatego temat wraca. Nie dlatego, że ktoś chce rozgrzewać emocje. Tylko dlatego, że ktoś w końcu zaczął liczyć dokładnie.

A dokładne liczenie w Polsce bywa najbardziej polityczne. Bo liczby, w przeciwieństwie do ludzi, nie mają poglądów. Ale mają konsekwencje.

Czytam o wyborach, o komisjach, o liczbach, które nie chcą się zgodzić z rzeczywistością, o śledztwach, które zaczynają się z rozmachem, a kończą jak rozmowa przy drzwiach: „to jeszcze sprawdzimy”, „to się zobaczy”, „to nie takie proste”.

Demokracja przypomina tu trochę liczenie pieniędzy po weselu, kiedy wszyscy są zmęczeni, ktoś zgubił kopertę, ktoś pomylił sumę, ktoś wpisał coś na kolanie, a na końcu wszyscy uznali, że w zasadzie się zgadza, bo przecież nie będziemy teraz wszystkiego od początku.

A statystyka stoi z boku jak księgowy, który wie, że liczby nie kłamią, ale ludzie bardzo chcą, żeby jednak trochę skłamały, choćby dla świętego spokoju.

I wracam do Sierakowskiego, bo jego felieton jest jak lustro ustawione pod kątem – nie pokazuje twarzy wprost, tylko odbicie, które nagle wydaje się bardziej prawdziwe niż oryginał.

On mówi coś prostego i przez to nie do zniesienia: że największym złudzeniem naszych czasów jest wiara w kontrolę, w plan, w rękę, która wszystko prowadzi, podczas gdy w rzeczywistości mamy raczej splot interesów, ambicji i błędów, który tylko z daleka wygląda jak strategia.

A politycy? Politycy coraz częściej przypominają aktorów teatru objazdowego, którzy przyjeżdżają do miasteczka, rozstawiają scenę, grają dramat o losach świata, a potem pakują dekoracje i jadą dalej, zostawiając publiczność z poczuciem, że to wszystko było ważne.

I może dlatego felieton jeszcze ma sens, bo felieton nie musi udawać proroka, nie musi mieć racji na zawsze, wystarczy, że potrafi zobaczyć absurd i nazwać go po imieniu, zanim stanie się normą.

A absurd dzisiaj jest jak pogoda – zmienny, wszechobecny i coraz trudniejszy do przewidzenia.

Ma twarz. Czasem pomarańczową. Czasem znajomą. Zawsze pewną siebie.

I to jest najgorsze, bo świat nie rozpada się wtedy, kiedy ktoś się myli, tylko wtedy, kiedy ktoś myli się z przekonaniem godnym prawdy objawionej. A my zaczynamy się do tego przyzwyczajać, jak do hałasu za oknem, który najpierw drażni, potem przeszkadza, a na końcu staje się tłem. I w tym tle żyjemy.

I to już nie jest felieton. To jest opis rzeczywistości, która udaje, że jest pod kontrolą.

A nie jest.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights