SUWERENNOŚĆ NA SMYCZY, CZYLI EUROPA W KOSZULCE Z ORŁEM, SZYTEJ W TEKSASIE (WERSJA DLA TYCH, KTÓRZY JESZCZE WIERZĄ W BAJKI)

Warszawa

Europejska prawica zjechała się do Brukseli, by stoczyć „bitwę o duszę Europy”. Brzmi podniośle, wyglądało jak rekonstrukcja historyczna: XIX-wieczni prorocy w garniturach z sieciówki, bredzący o upadku cywilizacji, jakby właśnie odkryli, że w Paryżu można kupić hummus. Było wszystko: walka z marksizmem, tęsknota za tradycją, strach przed migracją, i oczywiście – płacz o wolność słowa, który kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się krytyka prawicy. Jednego zabrakło: prawdy.

Bo oto wielcy wojownicy z Brukseli, ci samozwańczy rycerze suwerenności, po cichu układają się z amerykańskimi konserwatystami, big techami i petrobaronami. Chcą Europy silnej? Nie. Chcą Europy posłusznej. Tyle że nie Brukseli – tylko Teksasowi, Waszyngtonowi i fundacji Heritage. To nie suwerenność – to kolonializm mentalny w wersji 2.0.

A w Polsce? Kaczyński – nasz lokalny papież populizmu – całe życie marzył, by Europa wyglądała jak Polska jego snów: szara, przestraszona, z religią jako systemem operacyjnym i TVP jako jedynym oknem na świat. Jarosław nie lubi Unii, bo nie potrafi jej kontrolować. Tam są procedury, budżety, odpowiedzialność. On woli świat, gdzie decyzje zapadają w piwnicy na Nowogrodzkiej, przy cienkiej herbacie i głębokim braku kontaktu z rzeczywistością.

Jego wizja świata to mentalny bunkier. Europa – źródło zgorszenia. Zachód – moralna zgnilizna. Kobieta – potencjalna groźba. LGBT – ideologia. Opozycja – zdrajcy. Dzieci – jak najwięcej, ale cudze. Państwo – jego, ale nie na długo. To wszystko zatopione w sentymentach z PRL-u i traumach z lat 90., z których nigdy się nie wyleczył. Polskę widzi jako węgierską prowincję, w której premier jeździ do Moskwy, a prezydent czeka na telefon z Mar-a-Lago.

A propos prezydenta – Karol Nawrocki. Ten człowiek jest jak polityczna kopia zapasowa: niby istnieje, ale nikt nie wie, po co. Ma tytuł, fotel i dostęp do mikrofonu, ale mówi rzeczy, które sprawiają, że nawet Braun wygląda na stabilnego emocjonalnie. Prezydent bez wizji, bez planu, za to z wielkim żalem do świata, że nie traktuje go jak poważnego gracza. Zakochany w słowie „partnerstwo”, chociaż sam przypomina bardziej nadgorliwego ucznia, który wciąż podnosi rękę, ale nikt go nie pyta.

Nawrocki rozmawia z Trumpem (czyli twarzą politycznego fast foodu), wzdycha do Kaczyńskiego i gani Tuska – a wszystko to z miną dziecka, które nie rozumie, dlaczego nikt go nie zabiera na poważne zebrania. Gdy Ukraina spotyka się z liderami Zachodu, on skarży się, że nie dostał „dziękuję”. Gdy Europa planuje pokój, on planuje wpis na Facebooku. A gdy MON wysyła myśliwce, on dowiaduje się z gazet. To nie prezydent. To bohater tragikomedii, którego nikt nie chciał obsadzić, ale się uparł.

W Brukseli populistyczna prawica opowiadała o wielkiej kulturze europejskiej, opartej na greckiej filozofii, rzymskim prawie i chrześcijańskiej moralności. Pomijając, że większość z nich ledwo ogarnia współczesną konstytucję, to rozumieją kulturę jak muzeum: wolno patrzeć, ale nie dotykać. Żadnego oświecenia, żadnego postępu, żadnej różnorodności. Europa ma być jak XIX-wieczny pensjonat dla bogatych wdów – cicho, biało, chrześcijańsko i bez pytań.

Populiści mówią, że chcą wolności słowa – ale tylko swojej. Mówią, że walczą z elitami – ale są nimi od dawna. Mówią, że chronią narody – ale najchętniej zamknęliby je w konserwie. Mówią o gospodarce – i natychmiast proponują model feudalny z Uberem w roli pana.

Polska już tam była. PiS przez osiem lat pokazał, jak wygląda świat bez Unii: z TVP zamiast debaty, z Ordo Iuris zamiast konstytucji, z CBA zamiast sądu. Teraz Konfederacja próbuje to kontynuować, tylko szybciej i z mniejszą ilością rozumu.

Bosak to Kaczyński w wersji fit. Mentzen – młodszy Balcerowicz po kursie marketingu. Braun – pirotechnik z pretensjami. Bąkiewicz – watażka od delegacji państwowych na Marsz Niepodległości. Każdy z nich chce rewolucji, ale nikt nie mówi, co będzie po niej – bo wie, że po wszystkim zostanie tylko dym, lament i występ w „Pytaniu na Śniadanie”.

Suwerenność to odpowiedzialność. Wersja populistyczna to patriotyzm na pokaz, polityka jak cosplay. Polska w ich wydaniu ma być wielka, ale tania. Głośna, ale głucha. Wolna – ale tylko na własnym podwórku. I najlepiej, żeby się nie zadawała z tymi z Europy, bo mogą się zorientować, że król jest nagi, a prezydent… cóż, nawet nie król.

A kiedy wszystko się rozpadnie – bo się rozpadnie – usłyszymy, że to wina elit. Że Unia nie rozumiała. Że Tusk przeszkadzał. Że Soros. I że trzeba budować od nowa – oczywiście z tymi samymi ludźmi. W końcu nikt nie zna tak dobrze gruzu jak ci, którzy go zrobili.

To był felieton dla tych, którzy nie chcą się dać ogłupić. Dla tych, którzy pamiętają, że wolność to więcej niż prawo do krzyczenia. I dla tych, którzy nie chcą Europy na smyczy – nawet jeśli smycz jest z haftowanym orłem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights