STAROŚĆ, DEMOGRAFIA I BRAUN NA KANAPIE

Warszawa

Wieczór w domu ma swoją własną, niemal kartograficzną logikę. Każde stworzenie – ludzkie lub futrzaste – zajmuje w nim swoje terytorium tak pewnie, jakby było to państwo narodowe z wielowiekową tradycją i jasno wytyczonymi granicami. Pies, jak zawsze, rozciąga się na dywanie w pozycji, która sugeruje, że od wieków pełni funkcję strażnika porządku światowego, choć w rzeczywistości pilnuje głównie własnego snu. Kot z kolei wybiera strategiczne miejsce na oparciu kanapy, gdzie z miną starożytnego filozofa obserwuje resztę świata, udając, że jest ponad codziennością, choć w gruncie rzeczy czeka tylko na moment, kiedy ktoś wstanie i zwolni mu miejsce.

Córki znikają w swoich pokojach, gdzie prowadzą tajemnicze życie cyfrowe, pełne rozmów, wiadomości i obrazów, których dorośli już nie potrafią do końca zrozumieć, choć z przyzwyczajenia udają, że wciąż nadążają za tempem tej epoki.

A Larysa, która w naszym domu pełni rolę instytucji publicznej najwyższej rangi – opiekunki, organizatorki, cichego centrum logistycznego – kończy wieczorny dyżur i znika u siebie z tą spokojną godnością, jaką mają ludzie wiedzący, że świat i tak będzie funkcjonował tylko dlatego, że oni przez cały dzień dbali o jego drobne, niewidzialne trybiki.

Dom powoli cichnie.

I w tej ciszy zostajemy tylko my.

Ja i moja żona.

Siedzimy obok siebie na kanapie, przytuleni trochę z przyzwyczajenia, trochę z potrzeby, która po latach przestaje być spektakularna, a zaczyna być po prostu naturalna jak oddychanie. Oboje mamy w rękach tablety, które świecą w półmroku salonu jak dwa małe okna do świata – świata wiadomości, analiz, artykułów i absurdów, które codziennie produkuje polityka.

Ona wie, że za kilka dni znowu wyjadę.

Ja wiem, że za dwa dni mija siedemnasta rocznica naszego ślubu.

I wiem jeszcze coś, czego nie mówi się głośno, bo brzmi zbyt banalnie.

Jestem zmęczony.

Nie w sensie dramatycznym, nie w sensie literackim. Zwyczajnie. Coraz mniej chce mi się krążyć między Warszawą a East York jak satelicie między dwiema orbitami, które z jakiegoś powodu nie chcą się spotkać.

Bo tam, w Polsce, mam dwie córki, które choć są już dorosłe, w mojej pamięci wciąż mają osiem i jedenaście lat, i zawsze będą miały. Jest tam także moja była żona, z którą życie napisało kiedyś wspólną historię, a potem postanowiło dopisać do niej osobny rozdział. Jest wreszcie grób rodziców – ten jeden punkt na mapie, który zawsze przypomina człowiekowi, że niezależnie od tego, gdzie mieszka i dokąd podróżuje, jego biografia ma swoje stałe współrzędne.

Są też zobowiązania zawodowe, projekty, spotkania i ludzie, którzy oczekują obecności, decyzji i odpowiedzialności.

A tutaj, w Toronto, jest coś zupełnie innego.

Jest życie.

Nie spektakularne, nie polityczne, nie konferencyjne – tylko zwyczajne.

Kanapa.

Ciepłe światło lampy.

Pies, który chrapie jak stary diesel z lat dziewięćdziesiątych.

Kot, który oddycha z powagą filozofa stoickiego.

I kobieta obok mnie, która patrzy na mnie czasem z tym lekkim uśmiechem, który mówi więcej niż całe wykłady z psychologii: wie, że kiedy zaczynam analizować świat, to w gruncie rzeczy próbuję nie powiedzieć wprost, że starość zbliża się powoli, ale konsekwentnie.

ANALITYK STAROŚCI

Oczywiście ja nie zamierzam się nad sobą rozczulać.

Rozczulanie jest dla ludzi bez wyobraźni. Ja wolę podejść do sprawy naukowo. To stara metoda: kiedy coś zaczyna dotykać nas osobiście, zamieniamy to w analizę systemową. Człowiek przestaje wtedy mówić „starzeję się”, a zaczyna mówić: „obserwuję proces starzenia się społeczeństw w kontekście zmian instytucjonalnych i ekonomicznych”.

Brzmi znacznie poważniej. I znacznie mniej boleśnie.

A przecież fakty są proste. Polska starzeje się w tempie, które ekonomiści opisują chłodno, a które w rzeczywistości przypomina powolne przesuwanie się całego społeczeństwa w stronę wieku emerytalnego.

Średni wiek przekroczył już czterdzieści lat. Za ćwierć wieku zbliży się do pięćdziesięciu. Liczba urodzeń spada.

Roczniki, które jeszcze niedawno liczyły niemal dwa miliony dzieci, dziś są o połowę mniejsze.

Za piętnaście lat wielkie pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków zacznie wchodzić w wiek emerytalny, a młodszych będzie znacznie mniej. To nie jest teoria. To matematyka.

A matematyka – jak wiadomo – jest jedną z tych dziedzin, które nie interesują się emocjami.

DOM STARZEJĄCEGO SIĘ KRAJU

Czasami mam wrażenie, że Polska zaczyna przypominać wielki dom rodzinny, w którym coraz rzadziej słychać dziecięcy hałas.

Za to coraz częściej słychać rozmowy o zdrowiu, lekarzach, ciśnieniu, lekach i rehabilitacji.

Wyludniają się gminy.

Szkoły stoją puste.

Państwo zaczyna zastanawiać się, czy nie zamieniać budynków szkolnych w centra aktywności dla seniorów, bo w niektórych miejscowościach dzieci jest już mniej niż nauczycieli.

To brzmi jak paradoks. Ale to nie jest paradoks. To demografia.

A demografia działa trochę jak grawitacja: można o niej nie myśleć, można ją ignorować, ale i tak w końcu daje o sobie znać.

I WTEDY POJAWIA SIĘ BRAUN

I właśnie w tej spokojnej, niemal statystycznej opowieści o starzeniu się społeczeństw, pustych przedszkolach i pełnych przychodniach nagle pojawia się postać, która wygląda jak bohater z zupełnie innej historii.

Grzegorz Braun.

Człowiek, który w polskiej polityce działa trochę jak granat wrzucony na środek uporządkowanego stołu.

Przez dwadzieścia lat scena polityczna była stosunkowo stabilna. Dwa wielkie obozy – PO i PiS – różniły się temperamentem i stylem, ale w wielu fundamentalnych sprawach mówiły podobnym językiem. NATO, Unia Europejska, zachodnia orientacja, kapitalizm z lekką domieszką socjalnej korekty – wszystko to tworzyło pewien konsensus, który sprawiał, że polska polityka była przewidywalna jak program telewizyjny nadawany codziennie o tej samej porze.

Aż nagle pojawia się ktoś, kto mówi: a może jednak wszystko odwróćmy do góry nogami.

Wyjście z Unii. Flirt z Rosją. Histeryczny antyukraiński ton. Antysemickie aluzje. Skrajny wolny rynek.

To jest trochę tak, jakby ktoś w środku spokojnej kolacji rodzinnej nagle wstał od stołu i oznajmił, że najlepiej byłoby zburzyć cały dom, bo dach przecieka.

DEMOGRAFIA SPOTYKA POLITYKĘ

Najbardziej fascynujące jest jednak to, że starzejące się społeczeństwa z reguły stają się bardziej ostrożne, bardziej przywiązane do stabilności i mniej skłonne do politycznego hazardu.

Tak jest w Japonii. Tak jest w wielu krajach Europy Zachodniej.

A Polska zdaje się iść w odwrotnym kierunku. Demografia mówi: będziecie spokojniejsi. Polityka odpowiada: spróbujmy jeszcze większego chaosu.

Czasem mam wrażenie, że starzejący się kraj zachowuje się jak nastolatek po dwóch puszkach energetyka.

EKONOMIA ABSURDU

Wystarczy spojrzeć na niektóre pomysły ekonomiczne, które pojawiają się w debacie publicznej.

Na przykład pomysł finansowania ogromnych wydatków państwa pieniędzmi z banku centralnego, jakby był to magiczny bankomat, z którego można wypłacać dowolne sumy bez konsekwencji.

Ekonomiści patrzą na takie pomysły z miną lekarzy, którzy właśnie usłyszeli reklamę cudownego leku z telezakupów.

Bo mechanizm jest stary jak świat.

Jeśli państwo zaczyna finansować swoje wydatki poprzez drukowanie pieniędzy, prędzej czy później pojawia się inflacja.

A inflacja działa jak podatek, którego nikt nie uchwalił, ale wszyscy go płacą.

Po pandemii w Polsce ceny rosły momentami w tempie bliskim dwudziestu procent rocznie.

I nagle wszyscy przypomnieli sobie starą prawdę ekonomii:

pieniądz nie powstaje z patriotyzmu.

KANAPA, DEMOKRACJA I ABSURD

Podnoszę wzrok znad tabletu. Żona czyta coś swojego. Kot przesunął się o kilka centymetrów – to jego wersja aktywności fizycznej. Pies śpi.

I wtedy dociera do mnie jeszcze jedna rzecz. Starzejące się społeczeństwa mają jedną szczególną cechę.

Wieczorami coraz więcej ludzi siedzi na kanapach. A kiedy ludzie siedzą na kanapach, mają dużo czasu, żeby oglądać politykę.

A kiedy oglądają politykę…

…polityka coraz bardziej zaczyna przypominać kabaret.

NA KONIEC

Za dwa dni mamy rocznicę ślubu. Siedemnasty rok.

To już nie jest romantyczna historia z pierwszych lat. To raczej stabilna koalicja. Z poprawkami. Z aneksami.

Z momentami zmęczenia. Z podróżami między kontynentami.

Ale jednak stabilna.

I czasami myślę, że państwa mogłyby działać trochę jak dobre małżeństwa. Mniej wielkich przemówień. Mniej bohaterów z pochodniami.

Więcej cierpliwości. Więcej rozsądku. I odrobina czułości dla rzeczy zwyczajnych. Bo prawdziwe życie rzadko dzieje się na konferencjach prasowych.

Prawdziwe życie dzieje się wieczorem na kanapie.

Między śpiącym psem.

Kotem.

I kobietą, która wie, że człowiek analizuje demografię tylko po to, żeby nie powiedzieć głośno jednego zdania:

że najbardziej na świecie chciałby po prostu zostać w domu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights