






Środa rano. Temperatura spadła, ale nie za nisko, ręce po szczepionkach bolą tylko trochę, czyli sukces. Siedzę w domu jak relikt epoki analogowej, drapię się po tyłku, z namysłem filozofa i liczę zapasy. Lodówka świeci pustką jak sumienie po kampanii wyborczej. Papierosy są. Zawsze są. To jedyna logistyka, która w moim domu działa bez zakłóceń. Do sklepu trzeba iść, ale jeszcze nie teraz. Najpierw RBN. Cyrk Narodowy w porze śniadaniowej.
Rada Bezpieczeństwa Narodowego miała być miejscem powagi. Jest miejscem ambicji, urazów i min godnych zdjęcia klasowego po kłótni o kredki. Na środku stoi Karol Nawrocki, prezydent w trybie „prezes marki osobistej”. Człowiek, który najwyraźniej uznał, że skoro jego wielki mistrz zza oceanu może sprzedawać wszystko – od czapek po kłamstwo – to i on nie będzie gorszy. Koszulki „NOWROCKY” leżą na nim jak reklama na autobusie: niby jedzie do celu, ale wszystkim zasłania widok.
Prezydent zapewnia, że nie ma żadnych relacji marketingowych. Oczywiście. Tak samo jak deszcz nie ma relacji z mokrym chodnikiem. Siostra rejestruje znak, zaprzyjaźniony prawnik pomaga, młody deweloper sprzedaje, a głowa państwa przypadkiem nosi. Przypadki w Polsce są jak grzyby – pojawiają się masowo po każdej burzy medialnej.
Nawrocki w tej historii nie jest jednak tylko ofiarą przypadku. To polityk, który uwierzył, że prezydentura to trampolina do wszystkiego: do wpływów, do biznesu, do budowania dworu. Otoczenie dobrał sobie na wzór i podobieństwo ambicji – wiernych giermków, którzy mylą państwo z folwarkiem, a urząd z profilem na Instagramie. Cenckiewicz, Przydacz, Bogucki i reszta tej drużyny wyglądają momentami jak rada nadzorcza własnych frustracji. Każdy z nich wie lepiej, każdy ma misję, a razem produkują hałas, w którym ginie sens. Małpowanie pomarańczowego idola zza oceanu to ich jedyny program. I nawet w tym są nieudolni.
RBN ma jednak temat poważny: SAFE. Czterdzieści cztery miliardy euro. Pieniądze tańsze niż kredyt na pralkę, rozłożone na dekady, z myślą o tym, żebyśmy nie musieli bronić się powerpointem. Rząd chce podpisać. Prezydent ma „realne wątpliwości”. PiS bije na alarm, bo nie zna szczegółów, choć przez osiem lat nie znał wielu rzeczy i jakoś to nie przeszkadzało. W rządzie cicha wojna resortów: MON chce wydawać, MF chce liczyć. Klasyka. Jak w małżeństwie, tylko stawką jest bezpieczeństwo państwa.
Ten spór w rządzie nie jest jednak drobną sprzeczką o paragrafy. To realne ryzyko, że ktoś komuś wyjmie wtyczkę z gniazdka w złym momencie. MON boi się, że jeśli koszty obsługi SAFE spadną na jego barki, to zamiast modernizacji armii będzie księgowanie długów. Ministerstwo Finansów boi się z kolei, że jeśli nie będzie kontroli, to worek pieniędzy się rozpruje. Obie strony mają rację i obie przesadzają. A czas leci. Bez kompromisu zostaniemy z planami, prezentacjami i poczuciem, że znów zabrakło dorosłych w pokoju.
Kosiniak-Kamysz tłumaczy spokojnie, że pieniądz z SAFE jest tańszy niż wszystko, co braliśmy dotąd. PSL patrzy na to jak na pogodę: nie zachwyca, nie przeraża, po prostu trzeba zabrać parasol. Zespół obrotowy kręci się dalej, pilnując, by nie spaść z osi. Pragmatyzm w czystej postaci, choć czasem aż za czystej.
Tusk gra na czas i na fortepianach. Wie, że nie wolno oddać dnia Pałacowi. Wie też, że trzeba robić swoje, bo terminy gonią, a bezpieczeństwo nie poczeka, aż ktoś się namyśli. Sikorski szykuje argumenty jak szermierz przed pojedynkiem, bo Rada Pokoju Trumpa to gorący kartofel. Wchodzić – źle. Nie wchodzić – też źle. Najlepiej, żeby temat umarł śmiercią naturalną. W polskiej dyplomacji to częsty sposób leczenia.
Lewica kręci nosem, słusznie. Asertywność wobec Ameryki nie jest antyamerykanizmem, tylko dorosłością. Czarzasty, cały na ironicznie, znów mówi głośno to, co inni myślą po cichu. I znów PiS urządza show, bo „będzie show”. Tajne posiedzenia, insynuacje, Rosjanki od hoteli w Spale. Gdyby energia z tych awantur zasilała sieć, mielibyśmy atom bez atomu.
Ambasador Rose poucza Polaków jak surowy wujek na imieninach. Ton kolonialny, obrażony majestat i zdziwienie, że ktoś śmie mieć własne zdanie. Zaufanie do USA spada nie dlatego, że Polacy są niewdzięczni, tylko dlatego, że patrzą. Widzą czerwone dywany dla Putina, groźby wobec Danii, Kanady, huśtawkę wobec Ukrainy. To nie jest zdrada sojuszu. To jest zdrowy rozsądek.
Ambasador Rose zdaje się tego nie rozumieć. Zachowuje się jak influencer, który pomylił soft power z twardym fochowaniem. Najpierw grozi wycofaniem wojsk w mediach społecznościowych, potem obraża się na marszałka Sejmu, a na końcu poucza całe społeczeństwo, że powinno bardziej kochać Amerykę. Dyplomacja w jego wydaniu przypomina rozmowę z obsługą infolinii: dużo skryptu, mało słuchania. Efekt jest odwrotny od zamierzonego. Każdy taki wywiad i każdy taki tweet sprawia, że Polacy czują się nie partnerem, tylko klientem, którego trzeba ustawić do pionu.
A w tle Rosja. Remontuje garnizony przy granicy z Finlandią, straszy, mruczy, testuje. Putin milczy, Miedwiediew straszy jak pijany wuj na weselu historii. Wojna hybrydowa idzie jak pleśń po ścianach – powoli, ale wszędzie. I dlatego SAFE jest potrzebny. Dlatego RBN powinien być poważny. A jest targiem próżności.
Kończę kawę. Papieros dopalony do filtra. Trzeba iść do sklepu, bo lodówka nie zapełni się od felietonu. Wkładam kurtkę, myśląc, że państwo jest trochę jak ten dom: można się kłócić, można marudzić, ale jak zabraknie podstaw, to wszyscy będą głodni. I wtedy żadne koszulki z logo NAWROCKY nie pomogą.

Dodaj komentarz