ŚRODA, PIĄTA TRZYDZIEŚCI RANO, LAS POD TORONTO I POLITYKA, KTÓRA JUŻ NIE ŚPI

Warszawa

Jest piąta trzydzieści rano.

Dom jeszcze śpi. Śpi spokojnie, głęboko i niewinnie, jak śpią domy, które nie wiedzą jeszcze, że za chwilę w ich mieszkańców wleje się świat ze swoimi wiadomościami, głupotami i politykami.

Siedzę na przeszklonym tarasie. To jest moje miejsce. Mały posterunek obserwacyjny cywilizacji. Z tego miejsca obserwuję świat tak, jak dawniej obserwowało się morze z latarni – z lekkim niepokojem, czy przypadkiem nie płynie w naszą stronę kolejny statek pełen idiotyzmów.

Przede mną las. Mieszkamy na obrzeżach Toronto, właściwie już w lesie, gdzie cywilizacja kończy się nagle jak zdanie urwane przez redaktora w redakcji zbyt oszczędnej w papier.

Pada lekki deszcz.

Wiatr przesuwa gałęzie drzew tak, jak bibliotekarz przesuwa książki na półce – spokojnie, metodycznie, z lekką pogardą dla czytelników.

W oddali szumi coś, co w Kanadzie zawsze szumi – albo wiatr, albo las, albo ogrom świata, który tu jest trochę większy niż w Europie i przez to bardziej obojętny na ludzką politykę.

Na stole stoi kubek kawy. Obok komputer. Telewizor mruga wiadomościami jak stary latarnik, który już dawno przestał wierzyć, że ktoś jeszcze potrafi czytać mapy. I jest jeszcze papieros.

Papieros o świcie ma w sobie coś filozoficznego. To moment dnia, kiedy człowiek jeszcze nie wie, czy świat będzie dzisiaj bardziej absurdalny czy tylko zwyczajnie głupi.

Jedyna istota w domu, która już pracuje, to Larysa. Larysa jest naszym domowym generałem. Dowódcą. Zarządcą. Opoką. Krąży teraz po kuchni i przeprowadza poranną inspekcję. Z powagą oficera sztabowego sprawdza miski, podłogę, lodówkę i wszystko, co może mieć związek z żywnością.

Larysa ma głębokie przekonanie, że świat istnieje głównie po to, żeby produkować jedzenie.

I trzeba powiedzieć uczciwie: jest w tym przekonaniu więcej sensu niż w połowie programów politycznych Europy Środkowej.

Za pół godziny wstanie żona. O siódmej obudzą się dziewczynki. Dom zacznie mówić, chodzić, trzaskać drzwiami i pytać o śniadanie.

Ale teraz jest cisza. Ta piękna cisza, w której człowiek może jeszcze przez chwilę udawać, że świat jest logiczny.

Odpalam wiadomości. I jak zawsze zaczyna się spektakl. Bo współczesna polityka przypomina kabaret, w którym aktorzy są przekonani, że grają tragedię narodową.

Na scenę wchodzi liczba. Sto osiemdziesiąt pięć miliardów złotych. To jest suma tak wielka, że przeciętny człowiek przestaje ją rozumieć, podobnie jak przestaje rozumieć temperaturę w jądrze Słońca albo sens niektórych wystąpień polityków PiS.

Sto osiemdziesiąt pięć miliardów złotych z programu SAFE. Europejskie pieniądze na uzbrojenie. Na fabryki. Na stal. Na bezpieczeństwo. Na wszystko to, co sprawia, że państwo nie wygląda jak rekonstrukcja historyczna z czasów zimnej wojny.

Dwanaście tysięcy polskich firm mogłoby na tym pracować. Dwanaście tysięcy. To jest właściwie cały przemysł rozłożony na stole jak atlas gospodarczy. I w tym miejscu zaczyna się najpiękniejsza część tej opowieści.

Europa mówi: „Proszę bardzo, tu są pieniądze”.

A w Warszawie rozpoczyna się dyskusja, czy pieniądze nie są przypadkiem podstępem.

Na scenę wchodzi Karol Nawrocki. Prezydent. Człowiek, który w polityce przypomina kierowcę stojącego na skrzyżowaniu i zastanawiającego się, czy zielone światło to aby nie prowokacja Brukseli.

Wyobrażam sobie tę scenę w Pałacu Prezydenckim.

Jest wielki stół. Na stole leży kartka z napisem: 185 miliardów. Obok siedzą doradcy i patrzą na nią jak archeolodzy na kość dinozaura.

Jeden mówi:

— To mogą być pieniądze.

Drugi odpowiada:

— Albo podstęp.

Trzeci nachyla się nad kartką i mówi poważnie:

— Sprawdźmy najpierw, czy to nie jest Unia.

Europa mówi: bierzcie pieniądze. Pałac Prezydencki odpowiada z powagą księgowego badającego fałszywe banknoty:

„Musimy się zastanowić”.

To trochę tak, jakby ktoś podczas ulewy dostał parasol i zapytał, czy deszcz przypadkiem nie jest liberalną propagandą. Tymczasem pojawia się projekt alternatywny. Polski SAFE zero procent.

Brzmi dumnie. Brzmi patriotycznie. Brzmi trochę jak plan budowy okrętu podwodnego z dykty i narodowej dumy.

Plan polega na tym, że pieniądze na obronność będą pochodziły z przyszłego zysku Narodowego Banku Polskiego.Przyszłego. Czyli takiego, którego jeszcze nie ma. NBP tymczasem ma dziś stratę wielkości około stu miliardów złotych. Sto miliardów. Czyli mniej więcej tyle, ile kosztuje spotkanie politycznej fantazji z księgowością.

W tym momencie na scenę wchodzi Włodzimierz Czarzasty.

Marszałek Sejmu wyglądał jak nauczyciel matematyki, który po raz setny tłumaczy klasie, że dwa plus dwa naprawdę daje cztery. Nawet jeśli ktoś bardzo chce, żeby dawało siedem, patriotyzm i konferencję prasową.

Czarzasty powiedział spokojnie, że Sejm nie będzie zajmował się ustawą prezydenta, dopóki prezydent nie zdecyduje, czy bierze europejskie pieniądze.

Powiedział też zdanie bardzo egzotyczne w polskiej polityce. Za decyzje trzeba brać odpowiedzialność.

W tym momencie w telewizorze zapadła cisza podobna do tej, jaka zapada w klasie, gdy nauczyciel mówi coś oczywistego.

Bo odpowiedzialność w polityce pojawia się rzadko. Trochę jak rozsądek na konferencji Konfederacji.

Gdzieś obok tej historii stoi jeszcze Adam Glapiński. Prezes NBP. Człowiek, który wygląda dziś jak pianista grający jednocześnie dwa koncerty. Jedną ręką dla Pałacu Prezydenckiego. Drugą dla rządu Donalda Tuska.

A orkiestra gra coraz głośniej. Gdzieś z boku sceny kręci się jeszcze Przemysław Czarnek.Człowiek, który niedawno odkrył nową dziedzinę energetyki o nazwie „OZE‑sroze”.

Brzmi to trochę jak zaklęcie z podręcznika magii gospodarczej albo diagnoza stanu polskiej debaty publicznej.

Czarnek aspiruje do roli premiera PiS. Trzeba przyznać, że gdyby historia była kabaretem, byłby to numer wieczoru.

Ale świat nie kończy się na Polsce.

Na Bliskim Wschodzie znowu wrze. W Moskwie odcina się internet, bo władza boi się własnych obywateli bardziej niż NATO.

W Waszyngtonie wysłannik Donalda Trumpa tłumaczy, że Rosjanom można wierzyć na słowo.

To zdanie jest tak piękne w swojej naiwności, że aż poetyckie. Wierzyć Rosji na słowo to tak, jak wierzyć lisowi pilnującemu kurnika.

A jednocześnie CIA prowadzi dochodzenia w sprawie syndromu hawańskiego, Iran zaprasza Polskę do rozmów, a świat toczy się dalej jak wielka maszyna, w której część trybów kręci się w przeciwną stronę.

Czytam to wszystko i myślę, że współczesna polityka przypomina powieść pisaną przez autora o bardzo czarnym poczuciu humoru.

Na szczęście są jeszcze rzeczy normalne. Iga Świątek gra w Indian Wells. Koszykarz Bam Adebayo zdobywa osiemdziesiąt trzy punkty.

Sport przypomina, że ludzie potrafią robić rzeczy wielkie. Nie tylko głupie.

Kończę kawę. Larysa kończy inspekcję kuchni. Las szumi. Deszcz dalej pada.

Za chwilę obudzi się dom.
A ja siedzę na tarasie i patrzę na ten cały świat.

I przychodzi mi do głowy zdanie, które powinno wisieć nad wejściem do wielu instytucji państwowych.

Państwo zaczyna się tam, gdzie kończy się polityczna fantazja o tym, że matematyka jest opinią.

I myślę tylko jedno. Świat naprawdę nie jest taki głupi. To tylko politycy robią wszystko, żeby sprawiał takie wrażenie.

W tym momencie Larysa kończy inspekcję kuchni, patrzy na mnie z miną starego generała i wzrokiem mówi jasno, że w jej świecie wszystko jest prostsze: miska ma być pełna, decyzje szybkie, a kto nie potrafi liczyć – nie powinien dowodzić.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights