

Śnieg padał powoli, tak jak pada śnieg w marcu – trochę z przyzwyczajenia, trochę z melancholii, trochę z poczucia obowiązku wobec klimatu umiarkowanego. Nie był to śnieg dramatyczny ani widowiskowy, żaden tam syberyjski żywioł, który wyrywa drzewa i zamyka drogi. Raczej taki spokojny, trochę znudzony, jak urzędnik w starostwie powiatowym, który od trzydziestu lat podbija te same pieczątki i już dawno przestał się emocjonować światem.
Rodzina po śniadaniu rozeszła się do swoich zajęć. Żona siedziała z laptopem na kolanach, telefon obok. Klik, klik, stuk, stuk – praca do odrobienia. Mną nikt się nie interesował. Po kilku tygodniach pobytu w domu przestałem być atrakcją. Stałem się elementem wyposażenia wnętrza. Takim raczej solidnym, ale niekoniecznie dekoracyjnym, czymś pomiędzy kredensem a starą lampą stojącą w kącie.
To w gruncie rzeczy bardzo wygodna sytuacja. Człowiek może wtedy spokojnie wycofać się do swojej przeszklonej jaskini, zaparzyć kawę, otworzyć komputer i oddać się temu, co Polacy robią najlepiej od kilku stuleci.
Rozmyślaniu nad losem ojczyzny.
Bo proszę państwa, Polacy mają niezwykły talent: potrafią siedzieć przy stole, pić herbatę, patrzeć przez okno na padający śnieg i jednocześnie prowadzić w głowie wielką debatę historyczno‑polityczną obejmującą trzy stulecia wstecz i dwa w przód.
I właśnie wtedy przypomniała mi się rozmowa z piątku. Z panem Andrzejem z Toronto.
Pan Andrzej jest Polakiem, który wyjechał z kraju prawie czterdzieści lat temu. Przyjeżdża czasem do Polski, odwiedza rodzinę, chodzi po ulicach swojego dawnego miasta, ale – jak sam mówi – czuje się już bardziej Kanadyjczykiem niż Polakiem.
Zapytałem go w którymś momencie, czy nigdy nie myślał o powrocie.
Zaśmiał się.
– Myślałem – powiedział spokojnie. – Kilka razy nawet poważnie.
Zrobił chwilę przerwy.
– Ale potem przypominam sobie Polskę.
Nie tę z wakacji. Nie tę z restauracji, kawiarni i rodzinnych spotkań. Tę prawdziwą.
Polskę sporów, które zaczynają się od drobiazgu, a kończą wojną religijną. Polskę polityków, którzy potrafią pokłócić się nawet o pogodę, o przecinek w ustawie i o to, kto pierwszy wstał z krzesła przy okrągłym stole trzydzieści lat temu. Polskę, w której prawo traktuje się jak sugestię, a nie zasadę.
Polskę, w której zdrowy rozsądek bywa uznawany za postawę podejrzaną.
– I wtedy – powiedział pan Andrzej – przypominam sobie, że w Kanadzie życie jest spokojniejsze.
Nie powiedział nic więcej. Nie musiał.
Bo przecież my sami wiemy, jacy jesteśmy.
Polacy mają niezwykłą zdolność do komplikowania rzeczy prostych. Potrafimy zbudować autostradę do sukcesu, a potem z wielkim zapałem ustawić na niej serię barykad, żeby przypadkiem ktoś nie przejechał za szybko.
Nasza polityka przypomina czasem wesele na wsi około drugiej w nocy. Stoły jeszcze stoją, wódka jeszcze jest, ogórki kiszone też, ale rozmowy dawno przestały być racjonalne. Jeden gość krzyczy o honorze, drugi o zdradzie, trzeci śpiewa hymn narodowy, czwarty próbuje tłumaczyć wszystkim geopolitykę, a piąty właśnie próbuje bić się z wujem o historię XVII wieku.
I w tym całym hałasie nikt już nie pamięta, o co właściwie chodziło.
Tak właśnie wygląda dziś polska rozmowa o Europie.
Od kilku lat trwa bowiem w Polsce niezwykłe widowisko polityczne. Najpierw przez wiele lat tłumaczono Polakom, że Unia Europejska to właściwie wielki bankomat. Drogi, mosty, dopłaty do rolnictwa i fundusze na wszystko, co się tylko rusza.
A potem nagle zaczęto opowiadać, że ten sam bankomat jest wrogiem narodu. Że Bruksela nas okrada. Że chce nam zabrać państwo. Że planuje zniszczyć polską kulturę, rolnictwo, gospodarkę i zapewne jeszcze pierogi ruskie.
W którymś momencie wyborcy zaczęli więc zadawać bardzo logiczne pytanie. Jeśli Unia jest taka straszna, to po co w niej jesteśmy?
I tak powoli, krok po kroku, pojawiło się słowo, które jeszcze kilka lat temu brzmiało jak political science fiction. Polexit.
Nie oznacza to oczywiście, że ktoś jutro ogłosi wyjście z Unii. Takie rzeczy nie dzieją się nagle. Najpierw pojawia się opowieść. Potem propaganda. Potem emocje. A dopiero potem referendum.
Brytyjczycy przeszli tę drogę już wcześniej.
Najpierw mówiono o suwerenności. Potem o migrantach. Potem o złej Brukseli. A potem pewnego dnia okazało się, że kraj handlujący z całym światem właśnie opuścił największy rynek na świecie.
Ekonomiści do dziś liczą skutki tej decyzji i robią to z miną lekarzy oglądających pacjenta, który sam postanowił amputować sobie nogę, bo bolało go kolano.
Dochód narodowy Wielkiej Brytanii jest dziś wyraźnie niższy niż byłby bez brexitu. Inwestycje spadły. Tysiące firm do dziś próbują zrozumieć nowe bariery handlowe. Ale emocje wygrały z rachunkiem.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się polski problem.
Bo Polska przez ostatnie dwadzieścia lat rozwijała się między innymi dlatego, że stała się częścią wielkiej europejskiej sieci gospodarczej. Czterysta pięćdziesiąt milionów ludzi, tysiące firm, miliony powiązań, ciężarówki, pociągi, statki, kontenery – jeden wielki gospodarczy organizm.
Czterdzieści procent naszego wzrostu gospodarczego pochodzi właśnie z tej integracji. Nie z dotacji. Z rynku.
Polskie rolnictwo eksportuje dziś żywność wartą setki miliardów złotych właśnie dlatego, że granice są otwarte. Firmy inwestują w Polsce dlatego, że jesteśmy częścią europejskiej gospodarki.
A jednak w Polsce coraz częściej słychać polityków, którzy mówią o Unii tak, jakby była okupacją.
Wyobraźmy sobie na chwilę scenę groteskową.
Przy wielkim stole siedzą politycy. Jeden macha flagą suwerenności, drugi trzyma konstytucję, trzeci wymachuje traktatem lizbońskim, czwarty właśnie odkrył, że w Brukseli produkują ogórki o zakrzywieniu strategicznym, a piąty tłumaczy wszystkim, że najlepiej byłoby wyjść z Unii, ale jednocześnie zostawić wszystkie pieniądze, rynek i dotacje.
I tylko kelner stoi z boku i pyta cicho:
– A może panowie najpierw przeczytają rachunek?
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że propaganda zaczyna żyć własnym życiem. Sondaże pokazują dziś, że wśród wyborców PiS niemal połowa uważa, że Polska powinna opuścić Unię Europejską.
To dokładnie ten moment, który Brytyjczycy przeżyli kilka lat temu. Moment, kiedy politycy przestają panować nad opowieścią, którą sami stworzyli.
Siedziałem w swojej przeszklonej jaskini, patrzyłem na padający śnieg i myślałem o tej rozmowie z panem Andrzejem z Toronto.
Czterdzieści lat temu wyjechał z Polski. Dziś przyjeżdża tu tylko w odwiedziny. I za każdym razem, gdy zaczyna poważnie myśleć o powrocie, przypomina sobie jedną rzecz.
Polacy mają niezwykły talent. Potrafimy wspiąć się bardzo wysoko. A potem z wielkim entuzjazmem zaczynamy kopać pod sobą dół.
A historia uczy, że narody najczęściej nie wpadają w przepaść dlatego, że ktoś je popchnął.
Najczęściej dlatego, że same postanowiły zrobić krok naprzód.

Dodaj komentarz