SKARPETA, PAŁAC I GWIZDY Z TRYBUN

Warszawa

Muszę się do czegoś przyznać.

Umknęła mi jedna wiadomość. Radosna wiadomość. Taka, która powinna dudnić w polskich mediach przez pół dnia jak orkiestra dęta na weselu w Pcimiu, a tymczasem przemknęła gdzieś bokiem, jak student przez bibliotekę przed sesją.

Otóż w Warszawie – pod Pałacem Prezydenckim – zebrało się kilka tysięcy ludzi.

Przyszli z flagami, transparentami i z tą bardzo starą, bardzo polską energią, która pojawia się zawsze wtedy, kiedy ktoś z władz zaczyna przesadzać z fantazją.

Przyszli powiedzieć jedno bardzo proste zdanie:

„Halo, panie prezydencie, może pan już przestanie wygłupiać się kosztem bezpieczeństwa państwa?”.

Powód był oczywisty. Prezydent Karol Nawrocki – rezydent Pałacu Namiestnikowskiego, człowiek o minie szkolnego prymusa, który właśnie odkrył słowo „suwerenność” i postanowił używać go co trzy zdania – postanowił zawetować ustawę dotyczącą programu SAFE.

Program SAFE to nie jest, proszę państwa, dotacja na jarmark pierogów ani grant na festiwal folkloru w Pcimiu Dolnym. To jest europejski program finansowania zbrojeń. 150 miliardów euro. Systemy obrony powietrznej. Rakiety. Drony. Amunicja. Technologie wojskowe. Czyli rzeczy, które w świecie Putina są mniej więcej tak potrzebne jak powietrze.

Polska mogła z tego programu dostać około 43 miliardów euro. Czterdzieści trzy miliardy.

To jest taka suma pieniędzy, że nawet księgowy w Ministerstwie Finansów musi na chwilę usiąść, napić się herbaty i policzyć jeszcze raz. Ale wtedy pojawia się Karol Nawrocki i mówi:

– Nie. Nie podpiszę. Nie chcę. Nie podoba mi się.

I wygłasza orędzie o suwerenności, które brzmi tak, jakby Polska była samotnym imperium stojącym na straży cywilizacji między Bałtykiem a Tatrami.

Tymczasem świat wygląda trochę inaczej. Rosja produkuje amunicję szybciej niż piekarnia produkuje bułki. Chiny produkują wszystko. Ameryka sprzedaje wszystkim.

A Europa – z opóźnieniem godnym pociągu PKP z lat dziewięćdziesiątych – wreszcie próbuje zrobić coś razem. Budować fabryki. Produkcję. Łańcuchy dostaw. Czyli rzeczy śmiertelnie nudne dla polityków, którzy wolą przemawiać niż produkować.

I wtedy w Polsce włącza się romantyzm narodowy w wersji kabaretowej. „Poradzimy sobie sami”.

Zawsze mnie fascynowało to zdanie.

Bo w polskiej polityce oznacza ono mniej więcej tyle, co zdanie wypowiadane przez człowieka, który właśnie wyrzucił przez okno drabinę, a potem ogłasza, że doskonale radzi sobie na dachu. Na szczęście w Warszawie znaleźli się ludzie, którzy postanowili powiedzieć:

– Chwileczkę.

I przyszli pod Pałac Prezydencki. Transparenty były piękne. Jedno z haseł przejdzie zapewne do historii polskiej retoryki ulicznej:

„Śmierdzi to weto ruską skarpetą”.

Muszę przyznać – to jest poezja. Polska ulica bywa wulgarna, ale bywa też niezwykle celna. A w tym przypadku celność była chirurgiczna.

Bo jeśli ktoś w Europie najbardziej cieszy się z blokowania wspólnych projektów obronnych, to nie jest to raczej Portugalia ani Dania.

Ludzie stali między Pałacem Prezydenckim a Ministerstwem Kultury. Polskie flagi. Unijne flagi. Transparenty. Krzyki „Konstytucja”. Krzyki „Chcemy być SAFE”. I to piękne zjawisko: przechodnie spacerujący Krakowskim Przedmieściem zatrzymywali się, patrzyli chwilę i… dołączali.

Bo czasem historia zaczyna się właśnie tak. Od spaceru. Od transparentu. Od kilku tysięcy ludzi, którzy nagle odkrywają, że mają dość.

A tymczasem sam bohater tej historii zrobił to, co wielu polityków robi w chwilach niewygodnych. Zniknął. Nie w sensie fizycznym oczywiście – nie uciekł helikopterem do Budapesztu. Ale symbolicznie. Bo tego samego dnia pojawił się… na meczu. Górnik Zabrze kontra Raków Częstochowa.

Stadion. Trybuny. Kibice. Bezpieczne środowisko – jak można było przypuszczać. W końcu Nawrocki wywodzi się ze środowiska kibicowskiego. I wtedy spiker ogłasza jego obecność.

A stadion odpowiada… **gwizdami. **Nie kilkoma. Nie symbolicznymi. Porządnymi. Stadionowymi. Takimi, które w futbolu oznaczają jedno: publiczność uważa, że coś poszło bardzo nie tak.

I nagle robi się piękna symetria. Pod Pałacem protestują obywatele. Na stadionie gwiżdżą kibice.

A prezydent – człowiek, który jeszcze niedawno liczył na miłość trybun – odkrywa, że trybuny też mają swoje zdanie.

To jeszcze nie jest rewolucja. Ale to jest moment, w którym polityk zaczyna rozumieć, że coś w powietrzu się zmienia.

Bo polityka jest trochę jak pogoda. Najpierw pojawia się lekki wiatr. Potem chmury. Potem nagle ktoś zauważa, że nadciąga burza.

Dlatego patrzę na te zdjęcia z Warszawy z pewną satysfakcją. Bo kilka tysięcy ludzi pod Pałacem to jeszcze nie jest tłum, który zmienia historię. Ale to jest **tłum, który historię zaczyna. **A jeśli to dopiero początek – to dobrze.

Bo Pałac Namiestnikowski widział w swojej historii różne rzeczy. Ale dawno nie widział prezydenta, który w jednym dniu potrafił zostać wygwizdany jednocześnie przez obywateli i przez kibiców.

A to już jest naprawdę rzadki talent polityczny.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights