



Wieczór zapadł nad Warszawą, drzwi Pałacu Prezydenckiego się otworzyły, kamery się zapaliły, mikrofony wysunęły jak anteny ciekawskich chrząszczy – i nagle okazało się, że cały ten polityczny spektakl zakończył się dokładnie tak, jak kończy się większość operetek pisanych w pośpiechu.
Nie wydarzyło się nic.
A właściwie wydarzyło się bardzo dużo – tyle że tylko na papierze. Bo z pałacu wyszła wielka koncepcja, wielka opowieść i wielka liczba zer. Zabrakło tylko jednego drobiazgu, który w finansach bywa czasem przydatny.
Pieniędzy.
Donald Tusk wyszedł przed kamery i w kilku słowach podsumował całą tę operację polityczno‑ekonomiczną z chirurgiczną precyzją człowieka, który widział już wiele cudów gospodarczych, ale rzadko aż tak bezczelnych.
Powiedział krótko: **to jest SAFE zero złotych. **I trudno o trafniejszy opis.
TRZECH WESOŁYCH PANÓW OD WIELKIEGO NIC
Na scenie pojawili się bowiem trzej bohaterowie tej niezwykłej opowieści. Karol Nawrocki – prezydent, który z miną odkrywcy nowego kontynentu ogłosił, że oto znalazł alternatywę dla realnych pieniędzy z Unii Europejskiej.
Adam Glapiński – prezes banku centralnego, który jeszcze niedawno tłumaczył, że NBP ma gigantyczne straty, a teraz z powagą księgowego w operetce ogłasza, że jednak gdzieś w zakamarkach sejfów leży 180 miliardów złotych, tylko trzeba je odpowiednio „wykreować”.
I wreszcie Zbigniew Bogucki – człowiek, który wyszedł do dziennikarzy z miną profesora fizyki kwantowej i oznajmił, że właśnie przedstawiono szczegóły, że wszystko jest jasne, że pieniądze się pojawią, że wystarczy tylko… powołać nowy fundusz.
Nowy fundusz. Nową radę. Nową strukturę. Nową biurokrację. Nowe stołki. Czyli dokładnie to, co w Polsce zawsze powstaje najszybciej. Instytucja.
FUNDUSZ INWESTYCJI OBRONNYCH, CZYLI SZAFKA NA PIENIĄDZE, KTÓRYCH NIE MA
Do Sejmu poleciał więc projekt ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych. Nazwa brzmi potężnie. Brzmi jak coś pomiędzy Pentagonem a skarbcem Fort Knox.
Problem polega na tym, że – jak słusznie zauważył premier – w tej ustawie nie ma pieniędzy. Jest natomiast wszystko inne.
Jest rada. Jest ciało doradcze. Jest system zarządzania. Jest kilkadziesiąt przepisów. Czyli mówiąc prościej – zbudowano piękną, elegancką szafę.
Tylko zapomniano włożyć do niej skarpetek.
EKONOMIA CUDÓW
Najbardziej fascynujący w tej historii jest jednak występ prezesa NBP. Adam Glapiński ogłosił bowiem, że dzięki jego „przewidującej i zapobiegliwej polityce” bank centralny zgromadził środki, które pozwolą finansować armię przez wiele lat.
To jest naprawdę imponujące.
Bo jeszcze dwa miesiące temu ten sam bank centralny wysłał do rządu pismo, w którym informował, że ma około 100 miliardów złotych strat i spodziewa się kolejnych.
A dziś – jak za dotknięciem ekonomicznej różdżki – okazuje się, że jednak gdzieś między sztabkami złota a tabelką w Excelu leży 180 miliardów zysku. Najwyraźniej wystarczyło tylko, żeby prezydent o to poprosił.
To trochę tak, jakby ktoś zajrzał do pustego portfela, pokiwał głową i powiedział: „Nie ma pieniędzy. Ale jeśli bardzo chcemy, to jutro będą.”
POLITYKA ZAMIAST BEZPIECZEŃSTWA
Tusk powiedział wprost: mamy do czynienia ze zwykłą polityczną grą. Bo gdy Polska wreszcie wynegocjowała gigantyczne pieniądze z Europy na przemysł zbrojeniowy, ktoś nagle uznał, że sukces rządu to rzecz niebezpieczna.
I trzeba go zablokować. Więc pojawiła się alternatywa. Alternatywa zbudowana z prezentacji, konferencji prasowych i słowa „może”. Może będą pieniądze. Może będzie zysk. Może bank centralny coś wykreuje. Może fundusz coś wygeneruje.
Polityka w wersji wróżbiarskiej.
WIELKA KONKLUZJA
Tak więc po całym dniu napięcia, konferencji i poważnych min otrzymaliśmy obraz sytuacji tak prosty, że aż komiczny.
Europa oferuje Polsce prawie 200 miliardów złotych realnych pieniędzy.
Pieniędzy policzonych. Pieniędzy podpisanych. Pieniędzy, które można włożyć w stal, elektronikę, rakiety, radary i fabryki.
A Pałac Prezydencki odpowiada projektem funduszu, który ma zarządzać pieniędzmi, które kiedyś – w bliżej nieokreślonej przyszłości – być może pojawią się w wyniku księgowego cudu. To trochę tak, jakby ktoś zaproponował budowę lotniskowca.
Kadłub? Jeszcze nie. Silniki? Zobaczymy. Samoloty? Później. Załoga? W trakcie rekrutacji.
Ale za to rada nadzorcza jest już gotowa.
Jest przewodniczący. Jest zastępca przewodniczącego. Jest sekretarz. Jest komisja. Jest podkomisja.
Brakuje tylko drobiazgu.
Okrętu.
Donald Tusk powiedział po spotkaniu coś jeszcze ważniejszego. Powiedział, że pięć razy pytał o jedno.
Jeżeli NBP ma zysk – proszę wpłacić go do budżetu. Prosta sprawa. Państwowa instytucja zarabia pieniądze. Oddaje je państwu. Państwo kupuje za nie broń. Ale w świecie ekonomii według Glapińskiego sprawy wyglądają inaczej.
Najpierw bank centralny ogłasza gigantyczne straty. Potem – po rozmowie z prezydentem – odkrywa gigantyczny zysk. A następnie proponuje, żeby zamiast pieniędzy stworzyć fundusz, który będzie zarządzał pieniędzmi, które dopiero trzeba wymyślić.
To już nie jest ekonomia. To jest alchemia budżetowa. Średniowieczni alchemicy próbowali zamienić ołów w złoto. Polscy geniusze finansów próbują zamienić zero w dwieście miliardów. I robią to z miną ludzi śmiertelnie poważnych.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak coś innego.
Ci sami ludzie, którzy od lat opowiadają o suwerenności, o powadze państwa, o wielkiej odpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju, dziś proponują konstrukcję finansową, która przypomina raczej szkolny projekt z ekonomii pisany w niedzielę o dwudziestej trzeciej. Najpierw nazwa. Potem konferencja. Potem prezentacja. Potem ustawa. A pieniądze… No cóż., pieniądze się dopisze później.
Dlatego wtorkowy wieczór w Warszawie przejdzie do historii nie jako dzień wielkiej strategii obronnej.
Przejdzie do historii jako dzień narodzin najbardziej osobliwego programu finansowego w dziejach III Rzeczypospolitej.
Programu, który można streścić jednym zdaniem. Europa daje Polsce realne miliardy.
A polska prawica odpowiada projektem szafy na pieniądze, których jeszcze nie ma.
I w tej scenie jest coś niemal literackiego. Bo gdzieś daleko na wschodzie Putin prowadzi prawdziwą wojnę. Rakiety spadają na miasta. Fabryki pracują na trzy zmiany. Armie liczą amunicję.
A w Warszawie, w pięknym pałacu nad Wisłą, trzech poważnych panów z kamiennymi twarzami tłumaczy narodowi, że dwieście miliardów złotych można wygenerować z księgowości, złota i dobrej woli.
To jest moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego historia tak często bywa okrutna dla państw, które traktują politykę jak kabaret.
Bo wojny wygrywa się stalą. Nie prezentacją.
I właśnie dlatego w tej historii najcelniejsze zdanie padło nie z ust ekonomisty, doradcy ani rzecznika.
Padło z ust premiera.
To jest SAFE zero złotych.
I cała reszta jest już tylko dekoracją.

Dodaj komentarz