
W polityce, tej niekończącej się telenoweli o przewidywalnych zwrotach akcji i bohaterach, którzy nie chcą zejść ze sceny, nawet gdy kurtyna dawno opadła, bywają momenty, w których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie ogląda parodii parodii. Ale to nie parodia. To Polska. A dokładniej: to PiS w stanie pełnego, samonapędzającego się rozpadu.
Od tygodni w tej partii narasta napięcie, które można by porównać do skrzypienia starych schodów w pałacu strachów – każdy kolejny krok brzmi jak zapowiedź katastrofy. Ludzie, którzy jeszcze niedawno powtarzali z dumą o „żelaznej dyscyplinie”, dziś chodzą po korytarzach jak bohaterowie thrillera psychologicznego, sprawdzając, kto z kim rozmawia i co to może oznaczać. A oznaczać może wszystko.
Słowo „psychoza” – użyte przez jednego z działaczy PiS – nie jest przesadą. To doskonała diagnoza. W partii wybuchła polityczna schizofrenia: jedni widzą spiski, drudzy zdrady, trzeci – szanse na awans, czwartych bolą plecy od ciągłego pochylania się przed prezesem.
I w tym właśnie stanie wewnętrznego wrzenia Jarosław Kaczyński zaplanował swój wielki pokaz siły w Krakowie. Hala „Sokół” – miejsce, które ma być sceną „nowego otwarcia” – świeciła od świateł jak na konwencji popkulturowej. Prezes ma ogłosić nazwisko kandydata PiS na premiera w 2027 roku. Może Czarnek, może Nadbereżny, może ktoś całkiem nowy, wyciągnięty z politycznej zamrażarki.
Ale zanim prezes zdążył odchrząknąć, żeby rozpocząć swoje przedstawienie, w Warszawie rozległ się drugi dzwon. I był głośniejszy.
To Mateusz Morawiecki odpalił konfetti.
Były premier, który – jeśli wierzyć Nowogrodzkiej – „jest już odcięty”, postanowił zorganizować własny show. Nie dzień później. Nie dzień wcześniej. Dokładnie wtedy, gdy prezes szykował się do swojego przemówienia. Konferencja „Powered by Poland” była demonstracją siły albo desperacji – trudno dziś rozróżnić te dwie rzeczy w PiS.
Nowogrodzka dostała szału. Próbowano naciskać, przesuwać, przekładać, wstrzymywać. Morawiecki jednak stał przy swoim jak akwizytor, który wierzy, że jeśli pokaże slajdy wystarczającej liczbie ludzi, świat uwierzy, że zna drogę do jutra.
Ludzie z PiS pytali półgłosem: „Co on odwala?”. I drugie, już bez półgłosu: „Są w d***e”.
A tu niespodzianka: to nie był koniec.
Bo dokładnie w dzień konwencji PiS – tę samą sobotę, w samo południe – poseł Krzysztof Szczucki, czyli jeden z Morawieckiego harcerzy, zorganizował w Sejmie wielkie konsultacje konstytucyjne z młodzieżą. Sto osób, sala, dyskusje o ustawie zasadniczej. A o czternastej – konwencja PiS w Krakowie.
Przypadek? Na papierze – owszem. W rzeczywistości – idealne wcięcie się na tor kolumny prezesowskiej limuzyny.
Dla Nowogrodzkiej był to sygnał. Nie gest. Nie zbieg okoliczności. Sygnał. Jak błysk światła zza firanki w domu sąsiada, którego zawsze podejrzewa się o niecne zamiary.
Emocje były już tak rozkręcone, że każda drobnostka wyglądała jak wypowiedzenie wojny. Ktoś wstrzymał się przy głosowaniu SAFE – zdrada. Ktoś nie pojechał do Krakowa – bunt. Ktoś jednak pojechał – intryga. Ktoś zmienił termin konferencji o godzinę – sabotaż. Dzisiaj w PiS nawet przejście z jednego fotela na drugi jest interpretowane jako ruch na szachownicy.
Tyle że to nie są szachy. To bardziej warcaby rozgrywane przez ludzi, którzy myślą, że grają w go.
Morawiecki, Szczucki, Jabłoński i reszta „harcerzy” tworzą dziś w PiS równoległą rzeczywistość. Mówią o nowoczesności, gospodarce, konstytucji, wielkich projektach – jakby nie zauważyli, że ich partia już dawno odpłynęła w stronę konserwatywnego skansenu, gdzie największą innowacją jest zmiana czcionki w komunikacie o zdradzie narodowej.
Kaczyński zaś próbuje utrzymać kontrolę nad partią, która zaczęła mu się osypywać jak suchy piach. Jego autorytet działa już tylko na tych, którzy albo nic w życiu nie ryzykowali, albo ryzykowali tak dużo, że teraz nie mają dokąd pójść.
PiS dziś to namiot harcerski po burzy: płótno podarte, szwy puszczają, a każdy kolejny podmuch wiatru sprawia, że namiot zatańczy jak w cyrku objazdowym. W środku siedzą politycy, którzy udają, że wiedzą, co robią. Jedni trzymają mapę, inni latarkę, trzeci próbują rozwiązać supeł w linie, czwarty przeszukuje kieszenie, żeby znaleźć własne ambicje.
A namiot faluje, wiatr rośnie, a każdy głos z zewnątrz brzmi jak zbliżająca się katastrofa.
Czy to już koniec? Oczywiście, że nie.
W polityce nic się nie kończy. Wszystko się tylko przetasowuje.
Dzisiejsza psychoza stanie się jutrzejszą narracją o „wewnętrznym oczyszczeniu”. Dzisiejsi buntownicy będą jutra bohaterami albo zdrajcami – zależnie od humoru prezesa. Dzisiejsze frakcje staną się pozostałością po wojnie, którą potem opisze historyk w przypisie: „partia w stanie zaawansowanego samozagłady”.
A my? My siedzimy, patrzymy i wiemy, że to dopiero początek. Bo PiS dopiero zaczyna grać własnym ogonem jak rozkręcony metronom.
Psychoza dopiero się rozkręca.
A najlepsze – albo najgorsze – dopiero przed nami.

Dodaj komentarz