
Jarosław Kaczyński, niczym papież w kościele jednego wyznania, znów ogłosił światu, że ma w sercu tajemnicę. Tajemnicę tak wielką, tak doniosłą i tak owianą mgłą patosu, że — jak sam mówi — nie może jeszcze jej ujawnić.
W praktyce oznacza to, że prezes PiS po raz kolejny trzyma w dłoni zatrute jabłko: kandydata na premiera, którego nikt nie zna, nikt nie widział i który jeszcze nawet nie wie, że będzie musiał ruszyć w Polskę w roli politycznego zderzaka.
Ale prezes — jak to prezes — uwielbia ten teatr.
PAPIEŻ NOWOGRODZKIEJ I JEGO „IN PECTORE”
W Watykanie „in pectore” oznacza kardynała ukrywanego przed światem, by nie skrzywdził go zły reżim. W PiS oznacza działacza, którego trzeba ukryć przed… innymi działaczami.
Bo przecież nikt nie nienawidzi pisowca tak żarliwie, jak drugi pisowiec, któremu odmówiono awansu.
Kaczyński mówi więc z namaszczeniem o swoim wybrańcu, tym jednym jedynym, który dostąpi zaszczytu bycia kandydatem na premiera w partii, która spada w sondażach szybciej niż kurs rubla po kolejnych sankcjach.
Prezes przy tym mruga do dziennikarzy, jakby chciał powiedzieć: „Wiem, ale nie powiem. Poczekacie. W marcu zdradzę sekret wszech czasów.”
Oczywiście nikt się nie boi o zdrowie tajemniczego nominata. Bać może się co najwyżej on sam — bo taka nominacja to zatrute jabłko, które wcześniej wykończyło Glińskiego, czyniąc go „premierem z tabletu”, memem narodowym i legendą nieudanych rekonstrukcji.
BOGUCKI, CZYLI CZŁOWIEK OD DWÓCH PANÓW
Najbliżej namaszczenia był przez chwilę Zbigniew Bogucki, prezydencki bulterier, który rzuca się na Tuska z taką pasją, że aż szkoda, iż nie przekuwa tego w sport wyczynowy.
Bogucki twierdzi, że służy dwóm panom — prezydentowi i prezesowi. Biblia jasno mówi, że nie da się służyć dwóm, ale Biblia nie znała Boguckiego. On potrafi, a jak trzeba — to i trzem.
Gorzej, że prezydent Nawrocki — zresztą jedyny człowiek, który w tym towarzystwie zachowuje jeszcze jakieś poczucie realności — powiedział: „Nie oddam.”
Bo trudno kierować kancelarią, pisać weta i jednocześnie jeździć po Polsce, machając ludowi jak kandydat z westernu.
TRZEJ MAŚLARZE I DWÓCH SKREŚLONYCH PRZEZ KOMISJĘ ETYKI
Zanim przejdziemy do tradycyjnego przeglądu maślarzy, warto przypomnieć fakt fundamentalny: Mateusz Morawiecki i Patryk Jaki zostali przez samego prezesa odesłani do komisji etyki partyjnej. A w PiS wysłanie do komisji etyki to odpowiednik politycznego czyśćca — stamtąd się nie wraca, tam się idzie przeczekać do końca świata.
Jak pisałem w poprzednich felietonach: komisja etyki w PiS ma tyle wspólnego z etyką, ile kebab o 4 rano z kuchnią francuską. Ale ma jedną funkcję, którą pełni perfekcyjnie: usuwa z pola gry każdego, kto podpadł prezesowi.
Morawiecki – były premier, wycieraczka własnych ambicji – trafił tam, bo za głośno próbował wracać na szczyt. Jaki – samozwańczy wizjoner – trafił tam, bo jego ego rosło szybciej niż cierpliwość prezesa.
Obaj dostali polityczną żółtą kartkę, która w PiS równa się czerwonej.
Dlatego ich nazwiska w tym castingu są teoretycznie rozważane, ale praktycznie można je wyrzucić do kosza razem z resztkami po miesięcznicy.
PRETENDENCI W WYŚCIGU PO ŁASKĘ PREZESA
Czas na rzetelny i uporządkowany przegląd kandydatów, bo lista pretendentów w PiS jest jak pudełko po czekoladkach – niby każdy coś znaczy, ale tak naprawdę liczy się tylko decyzja jednego starszego pana z Żoliborza.
Przemysław Czarnek
Czarnek to nie żaden maślarz – to osobna kategoria zjawiskowa. W PiS uchodzi za polityka, który potrafi porwać elektorat żarem słów i intensywnością przekonań, choć zwykle porywa tylko tych, którzy i tak stoją najbliżej sceny. Ma poparcie twardego jądra i naturalną charyzmę wykładowcy, który nie pyta o zdanie – on je ogłasza. Prezes „przez pomyłkę” nazwał go premierem, a w PiS takie pomyłki nigdy nie są przypadkowe.
Tobiasz Bocheński
Bocheński to zupełnie inna bajka: technokrata z ambicją i manierą, która elektoratowi PiS kojarzy się bardziej z urzędnikiem z zaboru pruskiego niż z trybunem ludowym. Badania zlecone przez partię wykazały, że wyborcy widzą w nim postać „zbyt wyniosłą”. W PiS to poważna wada – tam trzeba umieć klękać, ale tak, żeby wyglądało na marsz.
Patryk Jaki
Jaki od miesięcy orbituje wokół Nowogrodzkiej, próbując trafić w okno, w którym prezes łaskawie spojrzy w stronę jego ambicji. Jednak po skierowaniu go do komisji etyki – czyli politycznego czyśćca – jego pozycja mocno się zachwiała. Wciąż wierzy, że pielgrzymki na Żoliborz przyniosą cud, ale cuda w PiS zdarzają się rzadko i zwykle tylko jednemu człowiekowi.
Mateusz Morawiecki
Były premier, były bankier, obecnie – były faworyt. Wróciłby na szczyt nawet jutro, gdyby nie to, że prezes odesłał go do komisji etyki. A w PiS komisja etyki działa jak twilight zone: wchodzisz, ale nie wiesz, czy i kiedy wyjdziesz. Morawiecki chodzi jednak uparcie z sondażami i powtarza teksty motywacyjne, jakby wciąż prowadził rząd, tylko wszyscy o tym zapomnieli.
To jest rzeczywista czwórka graczy, którzy – przynajmniej w teorii – mają do czego startować.
Czarnek błyszczy na pisowskich wiecach jak pomnik polerowany trzy razy dziennie. Prezes „przez pomyłkę” nazwał go premierem, co w PiS oznacza coś pomiędzy objawieniem a bierzmowaniem.
Jaki pielgrzymuje do siedziby prezesa jak do Lourdes, choć jego pomysły są równie odklejone, jak cena ropy w najczarniejszych scenariuszach.
Bocheński — sztywny jak gargulec na katedrze — jest lubiany mniej więcej tak, jak kontrola ZUS o 7:30 rano.
Morawiecki natomiast wciąż wierzy, że wystarczy wyprasować garnitur i podnieść brwi, by prezes znów uwierzył w jego gwiazdę.
PREZES I JEGO CASTING NA PREMIERA-OFIARĘ
Zatem zaczyna się casting.
Nie na lidera. Nie na wizjonera. Na zderzak.
Prezes szuka kogoś, kto przyjmie ciosy kampanii, umrze politycznie przed wyborami, a po wszystkim zostanie schowany do szafy na zapleczu Nowogrodzkiej.
Bo taki jest los kandydatów na premiera z PiS: żyją krótko, cierpią długo, zapamiętywani są wyłącznie jako bohaterowie memów.
KOMEDIA PIELGRZYMEK DO NOWOGRODZKIEJ
Do gabinetu prezesa ciągną więc tłumy:
- Jaki z sondażami,
- Morawiecki z pretensjami,
- Kurski z ambicjami,
- Bocheński z nadzieją,
- Czarnek z uśmiechem szerokim jak jego poglądy.
Każdy z nich wierzy, że to właśnie on zostanie namaszczony. Każdy z nich wie, że nominacja może okazać się śmiertelna. A mimo to wszyscy ustawiają się grzecznie w kolejce, jak po jagodziankę w cukierni modnej tylko w lipcu.
A ŚWIAT SIĘ KRĘCI… BEZ PREZESA
W tym czasie:
- ropa szykuje się na skok do 150 dolarów,
- wojna na Bliskim Wschodzie wybucha kolejnymi odnogami,
- Iran zmienia układ sił,
- Trump marzy o własnym Mount Rushmore,
- Putin traci sojuszników jak starą protezę.
Świat stoi na krawędzi, ale Kaczyński ma ważniejszą misję:
Wybrać premiera na 20 miesięcy przed wyborami.
To trochę tak, jakby w trakcie pożaru lasu zastanawiać się, kto poprowadzi wycieczkę szkolną w przyszłoroczne wakacje.
PREMIER Z TABLETU, PREMIER Z KAPELUSZA, PREMIER Z PRZYPADKU
W marcu prezes ogłosi nazwisko. Nazwisko, które będzie brzmiało jak zaskoczenie nawet dla samego zainteresowanego.
I zacznie się najdłuższa kampania, w której kandydat nie będzie miał ani mocy, ani wpływu, ani szans — ale za to będzie miał prezesa za plecami, co jest w polityce ciężarem porównywalnym z noszeniem szafy trzydrzwiowej po schodach.
Bo w PiS premier nie ma rządzić. Premier ma świecić.
A kiedy świat czeka na poważnych ludzi, PiS szykuje kolejnego premiera z tabletu — edycja 2026, ulepszoną, choć nadal z ograniczoną funkcjonalnością.
I tylko jedno pytanie unosi się nad Nowogrodzką:
Czy zatrute jabłko znów znajdzie frajera, który je ugryzie?

Dodaj komentarz