POWRÓT ŻOLIBORSKIEGO NAPOLEONA, CZYLI BUT, JASZCZUR I RESZTA ORKIESTRY

Warszawa

Wczoraj w podsumowaniu dnia celowo pominąłem jeden wątek. Bo gdy tylko o nim pomyślałem, zaczęło mi drżeć oko. A jak drży oko, to znaczy, że wraca klasyka. I wróciła.

Jarosław Kaczyński wyszedł ze szpitala i od razu postanowił wyjść także z XXI wieku.

Konferencja prasowa była jak spektakl objazdowego teatru grozy. Na scenie prezes, obok wierny Mariusz Błaszczak, w tle duch przeszłości i zapach politycznej naftaliny. Temat? Niemcy. SAFE. Przywództwo w Europie. Niemiecki but.

I nagle słyszymy, że Niemcy powinni „siedzieć w kącie i przepraszać, że żyją”.

To nie jest język polityki. To jest język sfrustrowanego wychowawcy z kolonii letnich w 1968 roku.

BUT, KTÓRY ISTNIEJE GŁÓWNIE W GŁOWIE

Kaczyński straszy „niemieckim butem”. Ten but jest w jego opowieściach jak potwór z Loch Ness. Nikt go nie widział, ale on przysięga, że tam jest. I że za chwilę nadepnie Polskę.

Problem polega na tym, że Polska jest dziś w Unii z własnej woli. Ma głos. Ma wpływ. Ma swoich ludzi w instytucjach. Ale w narracji prezesa jesteśmy jak sierota przy płocie, którą każdy chce kopnąć.

To jest stała metoda. Świat jest wrogi. Berlin knuje. Bruksela spiskuje. A tylko Żoliborz czuwa.

I tak od dwudziestu lat.

PAMIĘĆ SELEKTYWNA I AMNEZJA TAKTYCZNA

Najbardziej fascynujące jest to, że program SAFE kilka miesięcy temu był przez ludzi PiS przedstawiany jako szansa dla polskiej armii. A teraz nagle stał się narzędziem niemieckiej dominacji.

Polityczna logika PiS działa jak pilot do telewizora. Jeden przycisk i zmienia się kanał. Wczoraj film akcji o wzmacnianiu armii. Dziś dramat historyczny o okupacji mentalnej.

Błaszczak stoi obok i mówi poważnie o zagrożeniach. Ten sam Błaszczak, który jeszcze niedawno widział w SAFE fundusz rozwojowy. Polityczna konsekwencja w wydaniu PiS przypomina plastelinę w lipcu.

O JASZCZURACH I BURLESCE

A potem prezes przeszedł do Brauna i jego towarzystwa. Mówił o „jaszczurach”, ludziach prorosyjskich, ludziach, których w życiu publicznym być nie powinno. I tu przez chwilę człowiek miał wrażenie, że słucha komentarza z drugiej strony barykady.

Bo przecież to PiS przez lata pompował balon radykalizmu. To PiS flirtował z teoriami spiskowymi, podgrzewał nastroje, hodował gniew jak roślinę doniczkową. A teraz dziwi się, że z doniczki wyrosło coś z zębami.

Prezes mówi, że współpraca z Braunem byłaby kompromitująca. Byłaby. Oczywiście, że byłaby. Tyle że to właśnie język permanentnej wojny, pogardy dla przeciwników i obsesji na punkcie „niepodległości zagrożonej przez wszystkich” stworzył przestrzeń, w której takie byty rosną.

Kiedy przez lata karmisz publiczność strachem, nie możesz się dziwić, że ktoś inny zacznie sprzedawać strach w wersji turbo.

NAPOLEON W KASZKIECIE

Kaczyński występuje dziś jak żoliborski Napoleon. Ma wizję. Ma wrogów. Ma mapę Europy w głowie. Tylko że armia coraz mniejsza, a żołnierze coraz bardziej zmęczeni.

On straszy, krzyczy, obraża. I nie myśli o skutkach. Bo w polityce międzynarodowej słowa nie są felietonem. One krążą. Są czytane. Są zapamiętywane.

Gdy mówi o „państwie postnazistowskim” i o siedzeniu w kącie, to nie jest tylko retoryka na krajowe potrzeby. To jest paliwo dla wszystkich, którzy chcą Polskę widzieć jako wiecznie obrażone dziecko Europy.

A potem dziwimy się, że ambasada w Moskwie apeluje do Polaków o opuszczenie Rosji. Że napięcia rosną. Że świat robi się coraz mniej przewidywalny.

W tym samym czasie prezes opowiada o „rządzie niepodległościowym” i o tym, że inni sprowadzają życie publiczne do poziomu burleski dla niezbyt wymagającej publiczności.

Tu akurat muszę się zgodzić.

Tyle że jeśli gdzieś jest burleska, to właśnie w tym nieustannym spektaklu oblężonej twierdzy. W tym teatrze, w którym każda decyzja Brukseli to zamach, a każdy niemiecki polityk to potencjalny hegemon.

DLACZEGO WCIĄŻ GO SŁUCHAJĄ?

Najbardziej boli nie to, że on mówi. Boli to, że wciąż jest spora grupa ludzi, która tego słucha jak kazania objawionego.

Może dlatego, że strach jest prosty. Łatwiejszy niż złożoność świata. Łatwiejszy niż przyznanie, że polityka to kompromisy, negocjacje i szara strefa między czernią a bielą.

Kaczyński daje prostą opowieść: my dobrzy, oni źli. My suwerenni, oni pod butem. My obrońcy, oni zdrajcy.

To się dobrze sprzedaje.

Ale sprzedaje się kosztem powagi państwa.

I sprzedaje się kosztem przyszłości, w której Polska mogłaby być krajem pewnym siebie, a nie krajem wiecznie krzyczącym na sąsiadów przez płot.

Poniedziałek miał być zwykłym dniem politycznych przepychanek. Stał się kolejnym odcinkiem serialu o oblężonej twierdzy Żoliborz.

A ja naprawdę mam już dość życia w kraju, w którym były premier i wieloletni lider największej partii opozycyjnej zachowuje się jak komentator internetowego forum z 2009 roku. Dziś wieczorem wyjeżdżam z Polski, odetchnę, ale wieści z kraju i tak mnie dopadną.

Historia uczy, że wielkie imperia upadają przez megalomanię.

Na szczęście Żoliborz to nie imperium.

To tylko dzielnica.

I oby tak zostało.

A GDYBY JESZCZE ZAKAZAĆ EDA SHEERANA

Bo kiedy żoliborski Napoleon straszy niemieckim butem, a ambasada w Moskwie apeluje, żeby pakować walizki, gdzieś równolegle w diecezji włocławskiej toczy się inna wojna. Wojna z Edem Sheeranem.

Tak, dobrze czytacie. „Perfect” zakazany na ślubach. Bo to Pan Bóg ma być w centrum. Nie uczucia. Nie estetyka. Nie piosenka, przy której dwoje ludzi się poznało.

Wyobrażam sobie tę scenę. Świat płonie, granice drżą, politycy przerzucają się oskarżeniami o postnazizm, a w tym samym czasie komisja ds. muzyki liturgicznej siedzi nad kartką i mówi: „Sheeran? Nie przejdzie”.

To jest właśnie ten kraj w pigułce.

Z jednej strony prezes, który widzi niemieckie buty w każdej europejskiej inicjatywie. Z drugiej strony ksiądz, który widzi zagrożenie w gitarowym intro romantycznej ballady.

Tu nie wolno zaśpiewać „Perfect”, bo sacrum. Tam nie wolno powiedzieć, że Niemcy to partner, bo suwerenność.

A pomiędzy tym wszystkim zwykli ludzie, którzy chcą tylko wziąć ślub przy swojej piosence i żyć w kraju, który nie brzmi jak komentarz z sekcji „najbardziej wściekłe”.

Kościół tłumaczy, że trzeba oddzielić sacrum od profanum. Kaczyński oddziela Polskę od reszty Europy. W obu przypadkach ktoś uznaje, że wie lepiej, co jest w centrum.

I może właśnie dlatego coraz mniej ludzi chce brać ślub w kościele. Coraz mniej ludzi chce słuchać o butach, hegemoniach i wiecznym siedzeniu w kącie. Coraz więcej ma ochotę po prostu wyjść. Z kościoła. Z sali konferencyjnej. Czasem – z kraju.

Bo jeśli w państwie jednocześnie zakazuje się piosenek na ślubach i produkuje kolejne odcinki oblężonej twierdzy Żoliborz, to naprawdę trudno się dziwić, że człowiek zaczyna przeglądać oferty lotów w jedną stronę.

Może problem nie w tym, że młodzi chcą Eda Sheerana.

Może problem w tym, że władza – świecka i kościelna – wciąż chce, żebyśmy wszyscy śpiewali jedną, starą pieśń. O strachu. O wrogach. O zakazach.

A ja naprawdę wolałbym już usłyszeć coś nowego.

Nawet jeśli to tylko trzy proste akordy i refren o tym, że „we are perfect”.

Bo w kraju, w którym polityka brzmi jak wojenny werbel, a liturgia jak regulamin konkursu recytatorskiego, każda nuta normalności jest dziś na wagę złota.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights