
Poranek przyszedł dziś dość nieśmiało, jak kelner w prowincjonalnej restauracji, który wie, że goście jeszcze śpią, ale kawa już powinna parować na stole, więc stawia ją ostrożnie, żeby nie obudzić świata, który i tak za chwilę zacznie swoje codzienne przedstawienie.
Za oknem wiatr kręci się po ulicach jak bezrobotny filozof, który szuka sensu życia między przystankiem tramwajowym a kioskiem z gazetami, przelotny deszcz spada z nieba jak krótkie, nerwowe zdania w rozmowie małżeńskiej, a prognozowana temperatura, te skromne dziesięć stopni, przypomina pogodę charakterów polskich polityków — niby wiosna, ale człowiek i tak zakłada płaszcz ostrożności.
Na biurku stoi kawa, papieros pali się spokojnie jak mnich zen, dom jeszcze śpi, a internet już nie śpi, bo internet nigdy nie śpi i przypomina raczej karczmę na rozdrożu historii, gdzie od rana siedzą wszyscy bohaterowie naszego publicznego teatru i przekrzykują się jak pijani wędrowcy przy stole pełnym ogórków kiszonych i politycznych ambicji.
I w tej karczmie pierwszym bohaterem poranka jest oczywiście Karol Nawrocki, człowiek, który wygląda trochę tak, jakby historię Polski studiował nie w bibliotece, tylko w szatni stadionowej między jedną a drugą rozmową o tym, kto komu zabrał szalik.
Prezydent zawetował ustawę dotyczącą programu SAFE, czyli europejskich pieniędzy na zbrojenia, a chodzi o kwotę tak potężną, że gdyby ją rozsypać po polskich drogach, to każdy powiat miałby nową obwodnicę, dwa mosty i jeszcze zostałoby na rondo imienia rozsądku.
Ale nie, suwerenność — powiedział prezydent z powagą człowieka, który właśnie odkrył w sobie ducha wielkiej historii, choć w praktyce wygląda to raczej tak, jakby ktoś w karczmie przewrócił stół tylko dlatego, że nie podoba mu się menu.
Problem polega na tym, że w polityce PiS słowo „suwerenność” działa trochę jak zaklęcie w bajce o czarodziejach: kiedy pieniądze przychodzą z Ameryki, jest to przyjaźń strategiczna, kiedy przychodzą z Korei, jest to mądra współpraca, ale kiedy przychodzą z Unii Europejskiej, nagle zamieniają się w zdradę narodową i pachną Brukselą tak intensywnie, jak kiszona kapusta w piwnicy babci.
Rząd Donalda Tuska, który od pewnego czasu przypomina raczej ekipę strażaków gaszących pożar w magazynie fajerwerków, zrobił więc to, co robią strażacy w sytuacji, gdy ktoś obok wylewa benzynę i krzyczy o patriotyzmie — wyciągnął wąż ogrodowy i zaczął gasić sprawę inną drogą.
Plan B.
Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, Bank Gospodarstwa Krajowego, umowy z Komisją Europejską i cały ten wielki aparat państwa, który działa czasem jak stara lokomotywa: długo się rozpędza, głośno sapie, ale kiedy już ruszy, to trudno ją zatrzymać nawet najbardziej patriotycznym wetem.
I tak oto, mimo teatralnego gestu prezydenta, Polska weźmie pożyczkę z europejskiego instrumentu SAFE, kupi Borsuki, amunicję, rakiety Piorun i różne inne przedmioty, które w świecie Putina są niestety równie potrzebne jak parasol w czasie ulewy.
Bo gdzieś na wschodzie siedzi Władimir Putin, człowiek o duszy księgowego imperium i moralności mafijnego notariusza, który od lat próbuje przekonać świat, że historia jest jego prywatnym ogródkiem działkowym.
Na szczęście Europa powoli rozumie, że z takim sąsiadem trzeba mieć nie tylko płot, ale też psa i solidną latarkę.
Tymczasem w polskiej karczmie politycznej nad wszystkim unosi się duch Jarosława Kaczyńskiego, który politykę traktuje jak partię szachów rozgrywaną na stole kuchennym, gdzie wszystkie figury powinny należeć do niego, a jeśli nie należą, to znaczy, że ktoś oszukuje.
Kaczyński w tej historii przypomina starego gospodarza, który siedzi w kącie, głaszcze kota historii i wysyła swoich ludzi do wykonywania ruchów tak subtelnych, jak kopnięcie w drzwi stodoły.
A Nawrocki?
Nawrocki wygląda w tym spektaklu jak młody parobek, który dostał zadanie wyciągnięcia gorących kasztanów z ognia i zrobił to z miną człowieka przekonanego, że właśnie uratował Rzeczpospolitą przed zdradą, choć w praktyce uratował tylko polityczny plan starego mistrza z Nowogrodzkiej.
Na drugim końcu tej karczmy siedzi Konfederacja, która wygląda trochę jak stolik studentów ekonomii po trzecim piwie, kiedy nagle wszyscy zaczynają wierzyć, że odkryli sens gospodarki światowej.
Sławomir Mentzen przemawia tam z powagą młodego księgowego, który w Excelu właśnie policzył, że jeśli obniżyć wszystkie podatki do zera, to pieniądze zaczną rosnąć na drzewach, a państwo samo się utrzyma dzięki sile przedsiębiorczości i entuzjazmowi obywateli.
Mentzen mówi o wolności tak, jak handlarz dywanów mówi o perskich wzorach — z przekonaniem, że klient i tak nie zauważy, iż połowa nici jest syntetyczna.
Bosak siedzi obok i kiwa głową z powagą młodszego kuzyna ideologii, który przeczytał dużo książek, ale większość z nich kończy się gdzieś w okolicach roku 1935.
A Braun krąży między stołami jak średniowieczny kaznodzieja, który zgubił klasztor i znalazł mikrofon.
Nad tym wszystkim jednak, jak duch starego gospodarza karczmy, unosi się postać Jarosława Kaczyńskiego.
Kaczyński nie siedzi przy stole.
On siedzi w półmroku przy piecu historii, popija herbatę z małej szklanki i patrzy na całą tę scenę z miną człowieka, który wie, że w tej karczmie wszystkie krzesła są w gruncie rzeczy jego własnością.
Jest w nim coś z właściciela starego teatru objazdowego.
On nie musi grać.
On ustawia aktorów.
Nawrocki jest więc w tej sztuce trochę jak chłopak od podawania kufli, który nagle dostał rolę bohatera narodowego i biega między stołami z miną człowieka przekonanego, że właśnie prowadzi szarżę husarii, choć w rzeczywistości tylko potknął się o dywan historii.
A Kaczyński siedzi spokojnie i patrzy.
Czasem coś szepnie. Czasem ktoś przewróci stół. Czasem ktoś zawetuje ustawę. W tej karczmie wszystko ma swój porządek.
Świat jednak nie kończy się na polskiej karczmie.
W Ameryce Donald Trump znowu patrzy na mapę Bliskiego Wschodu tak, jak dziecko patrzy na planszę gry strategicznej i zastanawia się, czy przypadkiem nie nacisnąć przycisku, który robi największy hałas.
Iran odpowiada, świat się napina jak struna w skrzypcach historii, a eksperci mówią o pięciu scenariuszach, z których każdy wygląda mniej więcej tak samo: dużo ognia, dużo pieniędzy i bardzo mało rozsądku.
Na szczęście gdzieś w tym wszystkim zdarzają się rzeczy piękne.
Polak zdobywa Oscara za animację, młody piłkarz strzela gola w Porto, a Iga Świątek znowu walczy ze swoim sztabem komunikacyjnym, który przypomina orkiestrę grającą jednocześnie trzy różne symfonie.
I wtedy w tej naszej karczmie dzieje się rzecz najzabawniejsza.
Wieczorem zaczyna się polityczna biesiada, taka prawdziwa, staropolska, z rozmachem godnym obrazu Bruegla, gdzie na jednym płótnie mieści się pół wsi, trzy kłótnie, pięć beczek piwa i siedem prawd objawionych. Stoły skrzypią pod ciężarem kiełbasy, ogórków, śledzi i wielkich słów o ojczyźnie, które zawsze najlepiej smakują po drugim kieliszku. Ktoś nalewa wódkę do grubych kieliszków historii.
Mentzen siedzi przy stole jak młody profesor ekonomii z karczmy pod wezwaniem „Niewidzialna Ręka”, tłumaczy z zapałem, że gdyby tylko zlikwidować podatki, ZUS, połowę państwa i trzy czwarte rozsądku, to każdy chłop w tej wsi miałby własny browar, trzy fabryki śrub i eksportowałby wolność do Szwajcarii.
Bosak kiwa głową z powagą kronikarza cywilizacji łacińskiej, który właśnie odkrył, że historia Europy skończyła się gdzieś w okolicach husarii.
Braun wstaje nagle od stołu i próbuje zgasić świeczkę, ponieważ podejrzewa ją o postępowe poglądy oraz niebezpieczne związki z Oświeceniem.
I wtedy zaczyna się pierwsza kłótnia.
Mentzen tłumaczy Braunowi, że świeczka jest prywatna i należy do wolnego rynku. Braun odpowiada, że ogień powinien służyć cywilizacji chrześcijańskiej. Bosak próbuje mediować, powołując się na tradycję.
A w tym momencie drzwi karczmy otwierają się z hukiem.
Najpierw wchodzi Karol Nawrocki.
Wchodzi szerokim krokiem człowieka przekonanego, że oto wkroczył do kronik narodowych, choć w rzeczywistości wszedł tylko do zadymionej karczmy, w której połowa gości już dawno straciła orientację między patriotyzmem a drugim kieliszkiem.
Zatrzymuje się w drzwiach, rozgląda się po sali z miną kustosza historii, który właśnie odkrył, że muzeum zamieniło się w remizę strażacką.
Mentzen na chwilę przerywa wykład o podatkach, Bosak poprawia mankiety cywilizacji łacińskiej, Braun patrzy podejrzliwie, jakby sprawdzał, czy prezydent nie przyniósł ze sobą jakiegoś świeckiego wynalazku.
Nawrocki podchodzi do stołu i z powagą oznajmia, że zawetował ustawę w obronie suwerenności, co w tej karczmie brzmi trochę tak, jakby ktoś ogłosił, że wylał beczkę piwa w imię trzeźwości narodu.
Na chwilę zapada cisza. Potem ktoś chrząka. Ktoś nalewa kolejny kieliszek.
A z kąta, gdzie siedzi Kaczyński, słychać tylko ciche stuknięcie łyżeczki o szklankę herbaty, jak sygnał dyrygenta, który daje orkiestrze znak, że spektakl może toczyć się dalej.
I dopiero wtedy drzwi karczmy otwierają się po raz drugi.
Do środka wchodzi proboszcz, który przyszedł sprawdzić, czy patriotyzm przy stole nie przekroczył już granic teologii.
Proboszcz patrzy na scenę przez chwilę w milczeniu, wzdycha jak człowiek, który widział już wiele zebrań rady parafialnej, i siada spokojnie przy końcu stołu, bo wie, że historia Polski najlepiej rozwija się właśnie w takich miejscach.
Nad wszystkim jednak, jak nadzorca tej sceny, siedzi Jarosław Kaczyński. Nie bierze udziału w biesiadzie. Siedzi w półmroku przy piecu historii jak stary właściciel teatru objazdowego. Patrzy na aktorów. Czasem coś szepnie. Czasem ktoś wstanie od stołu i wygłosi manifest. Czasem ktoś przewróci ławę. Ale spektakl trwa.
Tusk tymczasem stoi przy drzwiach jak gospodarz gospody, który próbuje utrzymać porządek, kiedy pół wsi śpiewa pieśni patriotyczne w trzech różnych tonacjach i dwóch różnych epokach.
Za oknem wiatr dalej chodzi po drodze jak nocny stróż historii. Karczma rozgrzewa się od sporów, śmiechu i polityki. I nagle cała ta scena wygląda jak stary obraz Bruegla.
Stoły, kufle, twarze czerwone od emocji, wielkie słowa unoszące się nad stołem jak dym nad ogniskiem.
A gdzieś z boku siedzi zwykły człowiek. Ma przed sobą kubek kawy, który dawno już wystygł.
Patrzy na tę biesiadę i myśli spokojnie, że historia Polski zawsze wyglądała właśnie tak. Trochę poważnie.
Trochę groteskowo. Trochę jak karczma na końcu świata. Pełna ludzi przekonanych, że mają rację. Pełna sporów. Pełna życia.
Rzeczpospolita bowiem nigdy nie była eleganckim salonem. Rzeczpospolita była, jest i chyba długo jeszcze będzie karczmą.
I może właśnie dlatego ta opowieść wciąż się nie kończy.

Dodaj komentarz