PONIEDZIAŁEK, W KTÓRYM ŚWIAT PODROŻAŁ 

Warszawa

Poniedziałki mają złą reputację od czasów, kiedy człowiek wymyślił kalendarz. Już starożytni podejrzewali, że coś z tym dniem jest nie tak. W niedzielę człowiek jeszcze wierzy w sens świata, w poniedziałek włącza radio i dowiaduje się, że sens świata właśnie zdrożał.

Ten poniedziałek zaczął się od baryłki.

Nie od tej stojącej gdzieś w piwnicy, w której kiszą się ogórki, tylko od tej drugiej, znacznie droższej – baryłki ropy. Kiedy człowiek jeszcze przecierał oczy po kawie, gdzieś w Londynie, Nowym Jorku i kilku innych miejscach, gdzie ludzie w garniturach patrzą w ekrany szybciej niż mrugają, licznik nagle przekroczył magiczną granicę.

Sto dolarów.

Ekonomiści mówią z powagą lekarzy: „została przekroczona bariera psychologiczna”.

Psychologiczna – czyli taka, po której człowiek zaczyna się nerwowo drapać po portfelu.

Chwilę później baryłka podskoczyła jeszcze wyżej. W pewnym momencie niemal dobiła do stu dwudziestu dolarów. Na Bliskim Wschodzie ktoś strzela, ktoś odpowiada, ktoś zamyka cieśninę, ktoś wysadza instalację naftową, a na końcu i tak rachunek trafia do kierowcy w Radomiu albo w Zielonej Górze.

Cieśnina Ormuz została zamknięta.

To jest wąski kawałek morza, o którym większość ludzi przypomina sobie tylko wtedy, gdy nagle drożeje benzyna. Przez tę wąską szyjkę butelki przepływa ogromna część światowej ropy. Kiedy ktoś ją zamyka, gospodarka świata zaczyna kaszleć jak stary diesel w styczniowy poranek.

Na rynkach pojawiło się więc słowo, które ekonomiści lubią szczególnie: panika.

G7 zaczęło rozważać wypuszczenie rezerw strategicznych. To trochę tak, jakby podczas oblężenia miasta otworzyć magazyny z jedzeniem. Pomaga. Ale wszyscy wiedzą, że to nie jest rozwiązanie na zawsze.

I wtedy poniedziałek przeniósł się na polską stację benzynową.

Można sobie wyobrazić tę scenę nawet z zamkniętymi oczami. Zapach benzyny, lekki chłód poranka, ktoś ziewa, ktoś kopie w oponę, ktoś patrzy na licznik, który rośnie szybciej niż ciasto drożdżowe u babci na Wielkanoc.

Benzyna przekroczyła sześć złotych. Diesel siedem. Analitycy mówią spokojnie, że będzie drożej.

Analitycy zawsze mówią spokojnie. To jest część ich zawodu.

W tym momencie pojawia się polityka. Premier Donald Tusk został zapytany o ceny paliw. Odpowiedział z właściwą sobie elegancją, że pytania należy kierować do… Donalda Trumpa.

To bardzo ciekawa konstrukcja polityczna. Bo oto okazuje się, że w Polsce za benzynę odpowiada Donald.

Pytanie tylko który.

Premier zapewnił również, że Orlen nie będzie zarabiał na kryzysie i że paliwa w Polsce nie zabraknie. Polacy słuchają takich zapewnień z doświadczeniem ludzi, którzy pamiętają jeszcze kartki na cukier i czasy, kiedy benzyna była, ale trzeba było wiedzieć gdzie.

Ale polityka – jak wiadomo – nie znosi próżni.

Dlatego chwilę później pojawił się Przemysław Czarnek. Świeżo ogłoszony kandydat PiS na premiera wyruszył w poniedziałkowy poranek na stację benzynową niczym rycerz na turniej. I zaproponował rozwiązanie.

Obniżyć VAT na paliwo z 23 do 8 procent.

Zmniejszyć akcyzę.

Brzmi pięknie. Prosto. Prawie jak obietnica, że od jutra będzie taniej. Eksperci policzyli jednak szybko, że taka operacja kosztowałaby budżet dziesiątki miliardów złotych. Budżet państwa jest w tej chwili w stanie podobnym do portfela po długim weekendzie – jeszcze coś w nim jest, ale lepiej nie zaglądać zbyt często.

Czarnek przypomniał też, że za czasów PiS paliwo było najtańsze w Europie. Co jest prawdą.

Choć przez pewien czas było tak tanie, że zaczęło znikać ze stacji szybciej niż świeże pączki w tłusty czwartek.

Poniedziałek jednak nie składa się wyłącznie z benzyny i polityków.

W Pałacu Prezydenckim Karol Nawrocki podpisał dziesięć ustaw. Dziesięć podpisów jednego dnia to wynik imponujący. Trochę jak podpisywanie kartek świątecznych w grudniu.

W Koalicji Obywatelskiej odbyły się wybory przewodniczącego. Donald Tusk zdobył prawie sto procent głosów. To wynik tak wysoki, że starsi ludzie przypomnieli sobie czasy zjazdów partii komunistycznych, gdzie wynik dziewięćdziesiąt dziewięć procent uznawano za przejaw skromności.

W Sejmie wyznaczono też termin wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a prawnicy zaczęli dyskutować o prawyborach do Krajowej Rady Sądownictwa. Polska demokracja jest w tym względzie niezwykle twórcza. Prawnicy wybierają prawników, którzy będą wybierać prawników. To trochę jak turniej szachowy, w którym wszystkie figury są sędziami.

Tymczasem świat nie pomaga.

Z Iranu poleciał pocisk balistyczny, który wpadł w przestrzeń powietrzną Turcji. W dyplomatycznym języku oznacza to „incydent”. W normalnym języku oznacza to, że świat znowu robi się nerwowy.

A kiedy świat robi się nerwowy, baryłka ropy znowu patrzy w górę.

W Zielonej Górze wydarzyła się też tragedia. Balon zahaczył o blok i spadł na ulicę. Zginęła pilotka aeroklubu. To jedna z tych wiadomości, które nagle wyrywają człowieka z politycznego teatru i przypominają, że życie bywa kruche jak cienka powłoka balonu.

Pod wieczór poniedziałek wrócił na drogi.

Policja zapowiedziała wzmożone kontrole kierowców. Choć przy obecnych cenach paliwa wielu kierowców i tak jedzie wolniej – z czysto ekonomicznych powodów.

Ruszyła też sprzedaż biletów na mecz Polska–Albania. Jeśli ktoś chce zobaczyć prawdziwe emocje, może pójść na stadion. Albo po prostu zatankować samochód.

I tak minął poniedziałek.

Świat trochę się pokłócił. Politycy trochę się poprzepychali. Baryłka trochę podrożała.

A zwykły człowiek, stojąc przy dystrybutorze i słuchając cichego tykania licznika, zrozumiał jedną starą prawdę ekonomii:

na świecie wszystko jest skomplikowane – wojny, rynki, geopolityka – ale rachunek na stacji benzynowej jest zawsze brutalnie prosty.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights