PONIEDZIAŁEK, CZYLI TRIUMF KAPCI NAD ŚWIATEM

Warszawa

Poranek jest zimny jak spojrzenie urzędnika skarbowego i śliski jak obietnice składane w kampanii. Chodniki wyglądają, jakby ktoś je celowo polukrował złośliwością. Wystarczy jeden krok, by człowiek przypomniał sobie, że pionowa postawa to chwilowa fanaberia ewolucji. Zostaję więc w domu. W kapciach, które pamiętają lepsze czasy. Z kawą czarną jak sumienie świata. Z papierosami, które nie oceniają.

Nie wychodzę. To decyzja filozoficzna, nie logistyczna. Nie mam psa, więc nie muszę udawać, że lubię spacery. PanKota moja była nie podrzuci, więc nie ma pretekstu. Śmieci? Śmieci są cierpliwe. One wiedzą, że i tak po nie wrócę, jak po stare wyrzuty sumienia.

Telewizor włącza się sam, jakby też nie miał nic lepszego do roboty. Gada. Zawsze gada. Mówi o świecie, który płonie, tonie albo właśnie się obraża. Prezenterzy mają twarze ludzi, którzy wiedzą wszystko, ale nie bardzo rozumieją po co. Igrzyska lecą w tle. Sportowcy biegną, skaczą, rzucają. Patrzę na nich z czułością archeologa: podziwiam wysiłek wymarłych cywilizacji.

Jestem stary. To znaczy: pamiętam czasy, gdy poniedziałek był tylko dniem tygodnia, a nie stanem ducha. Jestem leniwy, ale to lenistwo wysokiej jakości. Takie, które przeszło wszystkie etapy: od buntu, przez ambicję, po rezygnację pełną godności. Leniwy nie dlatego, że mi się nie chce. Leniwy, bo już wiem.

Polityka dziś mnie nie złości. Ona mnie męczy. Jak sąsiad, który od lat opowiada ten sam dowcip i wciąż się śmieje w tym samym miejscu. Te same twarze, te same pozy, te same klęknięcia i oburzenia. Płyta zacięta, igła zdarta, a orkiestra gra dalej, bo nikt nie pamięta melodii alternatywnej.

Przez chwilę myślę, żeby pójść do lekarza. Nie dlatego, że coś boli. Właśnie dlatego, że nic. Lubię poczekalnie. Ten cichy konkurs cierpień. Ludzie opowiadają o swoich chorobach z dumą weteranów. A ja siedzę i notuję w głowie: tego nie mam, tamtego nie mam, to jeszcze działa. Wychodzę zwykle lżejszy, jak po dobrej spowiedzi bez księdza.

Ale dziś nie pójdę. Za zimno. Za ślisko. Za poniedziałkowo.

Podchodzę do okna. Okno patrzy na mnie jak świadek koronny. – No? – zdaje się pytać. – Wychodzisz?

Za oknem świat w kolorze brudnej bieli. Samochody suną ostrożnie jak pingwiny po kredycie. Ludzie idą, ale tak, jakby żaden nie był do końca przekonany do tej decyzji. Zamykam okno. Świat zostaje na zewnątrz. My dochowujemy sobie wierności.

Kaloryfer wzdycha. Stary, żeliwny, z charakterem. Grzeje nierówno, ale szczerze. – Robię, co mogę – mówi bez słów. – Wystarczy – odpowiadam.

Myślę, że wypadałoby podlać kwiatki. Ale dwa dni temu już podlewałem. Poza tym to pnącza. Proste organizmy. Takie, które przetrwają wszystko. Suszę. Brak zainteresowania. Moje nastroje.

One są jak ja. Nie wymagają troski. Wystarczy im spokój.

Wypadałoby posprzątać. Ale kurz nigdzie nie ucieknie. On też ma swoje tempo. Obiad mam z wczoraj. Sprawdzony. Bez niespodzianek. Idealny na poniedziałek.

Porządek może poczekać. Świat też.

Próbuję porozmawiać z sobą, ale szybko rezygnuję. – O czym? – pytam. Cisza odpowiada rozsądnie.

Więc gadam z telewizorem. – No i co? – pytam go z wyrzutem. Telewizor pokazuje kolejnego eksperta. – A ty co wiesz? – mówię. Ekspert kiwa głową. – Właśnie – odpowiadam sam sobie. Rozmowa kończy się remisem. Jak zwykle.

Czytam. Felietony. Analizy. Teksty mądre i te mniej. Widzę wyraźnie, że głupota ludzka ma się znakomicie. Jest odporna na mróz, inflację i argumenty. Wychodzi bez czapki i krzyczy. Wchodzi do internetu w kapciach i poucza świat. I zawsze jest zdziwiona, że ktoś się z niej śmieje.

Ja się śmieję cicho. Z fotela. Jak stary kot, który widział już zbyt wiele, by się zrywać na byle hałas. Bo poniedziałek to nie dzień na bohaterstwo. To dzień na przetrwanie z ironią. Na wkurzenie się umiarkowane. Na starość, która nie udaje młodości. Na lenistwo, które okazuje się ostatnią formą wolności.

I jest w tym wszystkim optymizm. Prawdziwy, nie z telewizji. Skoro mogę nie wychodzić. Skoro mogę nie słuchać. Skoro mogę się nie przejmować. To znaczy, że jeszcze nie wszystko stracone.

Świat niech się kręci. Ja dolewam kawy. Poniedziałek może poczekać.

Bo czasem największym luksusem nie jest zmieniać świata, tylko pozwolić mu się chwilę pokręcić bez naszego udziału.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights