PIĄTEK W TORONTO, CZYLI FELIETON PISANY MIĘDZY PRZEKĄSKĄ A ZAGRYZKĄ

Warszawa

Wieczór w Toronto ma swój rytm. Zaczyna się niewinnie: jezioro Ontario mruga jak stary kumpel z ławki, pies udaje, że nie był karmiony od trzech dni, a kot patrzy z godnością profesora, którego nikt nie słucha. Potem wchodzi Larysa – generał domowy, marszałek kuchenny i najwyższy trybunał rodzinny w jednym. I nagle człowiek wie, że oto zebrała się Rada Gabinetowa, a on – palący na tarasie przybłęda – jest tu tylko w roli konsultanta od rzeczy zbędnych.

LARYSA – ARCHITEKTKA PORZĄDKU I POSTRACH ZAPALNICZEK

Larysa ma słuch absolutny. Słyszy zapalniczkę przez dwie ściany, trzy dywany i kota. Gdy tylko klikam, ona już stoi w drzwiach tarasu z miną mówiącą: „Chcesz żyć? Gaś to.” Po latach w Kanadzie, z ukraińską duszą i wojskową dyscypliną, stała się tu instytucją. Dla mojej żony jest matką. Dla dziewczynek babcią. Dla mnie – teściową z funkcją nadzoru strategicznego.

I tak, ma rację: gdyby Larysy nie było, dom dawno wyglądałoby jak magazyn po przeprowadzce i nikt nie wiedziałby, gdzie są klucze, paszporty, skarpetki i sens życia.

ŻONA W NOWYM YORKU – MIEŚCIE, KTÓRE KRADNIE ŻONY

Żona utknęła w Nowym Jorku. A to miasto ma jedną dobrze znaną wadę: kradnie mężom żony. Wciąga je w swoją energię, światła, sklepy i ten diabelski urok, który każe kobiecie mówić: „Jeszcze tylko jeden dzień…”.

Ale ja wierzę, że wróci. Bo w domu czekają dzieci, ja i Larysa, która potrafi wyciągnąć człowieka z każdej metropolii, jeśli tylko uzna to za konieczne.

DZIECI, PIKO I POWRÓT DO ŚWIATA, KTÓREGO JUŻ NIE MA

Obiecałem dziewczynkom kolejkę elektryczną. A obietnicę – szczególnie ojcowską – trzeba spełnić, nawet jeśli sklep wygląda jak laboratorium NASA, a instrukcja montażu jest grubsza niż ustawa budżetowa.

Wszystko zaczęło się w Warszawie, kiedy pokazałem im moją starą Piko. Cud NRD-owskiej inżynierii. Parowozy, wagoniki, rozjazdy, budynki – wszystko to cudem przetrwało w piwnicy moich nieżyjących już rodziców. Pachniało kurzem, historią i dzieciństwem, którego nie da się przeliczyć na dolary ani cła.

Dziewczynki chciały ją zabrać do Kanady, ale ustaliliśmy, że logistycznie to nierealne: za dużo tego, zbyt delikatne, zbyt nostalgiczne.

Obiecałem więc, że tu dostaną nową. I dziś dotrzymałem słowa.

Rozłożyliśmy ją. Parowozy ruszyły. Tory się skręcały. Dziewczynki piszczały. Ja próbowałem udawać, że wiem, co robię. I że wszystko działa tak, jak powinno.

Nie mogłem ich zapędzić do łóżek. Na szczęście zrobiła to Larysa, wypowiadając swoje słynne: „Zasypać marsz, zakończyć zabawę, jest po godzinie dwudziestej drugiej!”.

A TERAZ – CZAS NA FELIETON I POLITYCZNY CHAOS

Gdy dom ucichł, otworzyłem lodówkę, zgarnąłem coś do chrupania i zasiadłem na tarasie, skąd widzę jezioro i świat. Toronto nocą wygląda jak miasto, które wie, że polityką zajmować się musi ktoś inny.

A tymczasem w USA… cyrk rozłożył namiot, rozwinął linę, wypuścił klownów i kazał orkiestrze grać hymn na kazoo.

TRUMP – CZŁOWIEK, KTÓRY OBRAZIŁBY NAWET WŁASNE ODBICIE W LUSTRZE

Trump znów wszedł na podium i znów zaatakował Sąd Najwyższy. Tym razem dlatego, że sześciu sędziów – w tym z jego własnej nominacji! – odważyło się powiedzieć: „Panie Donaldzie, stop. Prawo istnieje.”

I tu zaczęło się widowisko.

Trump nazwał sędziów tchórzami. Hańbą. Ludźmi działającymi pod wpływem zagranicznych mocarstw. Czy miał dowody? Ależ oczywiście, że nie. Jak zwykle odpowiedział: „Dowiecie się.”

To jego wersja: „Może mam, może nie mam, ale patrzcie, jak groźnie marszczę brwi.”

Wściekł się szczególnie na Barrett i Gorsucha – swoich własnych nominatów.

Człowiek, który sam zatrudnił ekipę, teraz obraża ją za to, że wykonuje swoją pracę.

TARYFY, TARYFKI I TARYFISKA

Sąd powiedział: cła Trumpa? Nielegalne. Trump powiedział: „To ja zrobię nowe!”

I zrobił. Bo przecież logika w wykonaniu Trumpa jest jak kanadyjskie zimy — ostra, mroźna i czasem prowadzi do odmrożeń mózgu. Wprowadził więc nową 10-procentową globalną taryfę, jakby odklejał naklejkę z banana i myślał, że właśnie rozwiązał kryzys gospodarczy.

A jego sekretarze, ministrowie, doradcy stoją obok i kiwają głowami jak te psy z kiwającą głową w starych taksówkach, bo wiedzą, że sprzeciw oznacza wylot szybszy niż tweet o czwartej nad ranem.

Trump tłumaczył, że nowe cło to „wzmocnienie prezydenckich uprawnień”, co w jego ustach brzmi jak: „nikt mnie nie powstrzyma, nawet jakbym miał podpalić własny gabinet”.

A za kulisami Republikanie przewracają oczami tak intensywnie, że można by nimi nakręcić wiatrak.

I CO Z TYM PIENIĄDZEM?

Sąd nie powiedział, co zrobić z 130 miliardami dolarów, które firmy już zapłaciły.

To oznacza jedno: bałagan. Taki prawdziwy, amerykański, z pozwami, krzykami i importerami, którzy siedzą teraz nad dokumentami, mówiąc: „Czy ja to kiedyś odzyskam?”.

Trump, zapytany o zwroty, odpowiedział: „Będziemy spotkać się w sądzie przez pięć lat.”

Brzmi znajomo? Oczywiście. Bo wszystko u niego kończy się w sądzie.

EUROPA TEŻ MIAŁA SWÓJ PIĄTEK, CZYLI ORBAN TAŃCZĄCY NA LINIE

A Europa? Też ma swoją operetkę, w której główny tenor — Viktor Orban — śpiewa arię o tym, że „nie damy Ukrainie ani euro, dopóki nie popłynie rosyjski gaz!”

Wyobraźcie sobie tę scenę: sala w Brukseli, poważni dyplomaci, notatki, procedury… a nagle wchodzi Orbán, cała UE milknie, a on ogłasza, że nie poprze pożyczki 90 miliardów euro, bo „Ukraina nas szantażuje!”.

Kto zna historię Europy, ten wie, że Węgry były często po złej stronie ustaleń. Ale to, co robi Orban, to już kabaret. Od lat stoi w rozkroku między Brukselą a Moskwą, ale teraz już nawet nie udaje — stoi obiema nogami w rosyjskim gównie i udaje, że pachnie lawendą.

UE przeciera oczy. Ukraina liczy dni. A Orban przebiera nogami w rytmie, który słyszy tylko on i Putin.

ROZMOWY POKOJOWE W GENEWIE – TEATR Z TANIEGO KARTONU W GENEWIE

USA, Rosja, Ukraina. Negocjacje. Dużo słów, mało treści.

Trump oczywiście chwali siebie za sam fakt rozmów.

Putin udaje, że chce pokoju.

Ukraina mówi: „Chcemy bezpieczeństwa.”

Wszyscy wychodzą bez przełomu.

Czyli klasyka gatunku.

MERZ Z NIEMIEC – CZŁOWIEK, KTÓRY POWIEDZIAŁ GŁOŚNO TO, CO WSZYSCY MYŚLĄ

Kanclerz Merz stwierdził, że przywództwo USA „może już nie istnieć”.

Publiczność zamarła. A ja nie.

Bo trudno wierzyć w przywództwo kraju, w którym prezydent grozi własnym sędziom, a polityka zagraniczna zależy od tego, czy Trump wstał lewą nogą, czy może potknął się o własne ego.

Merz mówił dalej, że Europa musi przygotować się na świat bez amerykańskiego parasola. I patrząc na to, co wyprawia Trump, ten parasol jest dziś bardziej dziurawy niż dach w PRL-owskiej przychodni.

Merz wspomniał nawet o europejskim odstraszaniu nuklearnym. I tu zaczyna się prawdziwa powaga — bo jeśli Niemcy zaczynają mówić o broni atomowej, to świat naprawdę skręca w kierunku, którego nikt nie ma w GPS-ie.

Ale trzeba oddać Merzowi jedno: mówi prawdę. Europa nie może polegać na kraju, w którym prezydent uważa, że handel międzynarodowy to gra w Monopoly, a politykę zagraniczną prowadzi jak negocjacje o zakup gruntu pod pole golfowe.

A TERAZ… SOBOTA W POLSCE

Kiedy Ty to czytasz, w Polsce jest sobotnie przedpołudnie. Pewnie kawa, może drożdżówka, może śnieg za oknem.

A ja siedzę w Toronto, nad jeziorem, z Larysą czuwającą kilka metrów dalej i z poczuciem, że świat zwariował – ale czasem w tym chaosie jest miejsce na coś pięknego.

Jak dziewczynki bawiące się kolejką. Jak wspomnienia o Piko. Jak to, że mimo Trumpa, Putina, Orbana i reszty tej wesołej bandy destruktorów, nadal potrafimy wstać rano i zrobić kawę.

I to jest największy luksus XXI wieku.

Normalny dzień w nienormalnym świecie.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights