PIASTOWIE NA CZASOWYM PESELU — CZYLI KTO NAM ZAŁOŻYŁ POLSKĘ?

Warszawa

No i proszę. Tysiąc lat budowania mitu „Piast kołodziej, swój chłop, z pola, z ziemi, z kapusty i gliny słowiańskiej”, a potem przychodzi kilku naukowców z PAN-u, wyciąga stare zęby z katedry i robi narodowi test DNA. I nagle okazuje się, że nasza ukochana dynastia mogła być bardziej importowana niż banany w PRL-u. Polska właśnie odkryła, że jej dynastia założycielska mogła być bardziej „europejska” niż dopłaty do rowerów elektrycznych. Historycy płaczą, memiarze świętują.

To jest cios szczególnie brutalny, bo Polacy kochają dwie rzeczy: cierpienie i autochtoniczność. Lubimy wierzyć, że siedzieliśmy tu od zawsze. Że już mamuty przepraszały nas za rozjeżdżanie błota pod Biskupinem. Tymczasem badania sugerują, że Piastowie mogli być przybyszami z Zachodu, może nawet jakimiś wikińskimi menedżerami projektu „Polska Sp. z o.o.”. Wyobrażam sobie ten moment w Gnieźnie:

— Dzień dobry, przyjechaliśmy z północy optymalizować państwowość. — A mają państwo appointment? — Nie, ale mamy drużynę z toporami.

I poszło.

Najpiękniejsze jest jednak to, co teraz musi się dziać w głowach patriotycznej prawicy. Bo przez dekady budowano narrację o „rdzennym słowiańskim państwie”, a tu nagle wychodzi, że fundament państwowości mogli postawić jacyś obcy konsultanci od grodów i handlu ludźmi. Historia Polski okazuje się trochę startupem założonym przez ekspatów. Tragiczne.

Wyobrażam sobie Jarosława Kaczyńskiego siedzącego wieczorem przy lampce herbaty i wpatrującego się w chromosom Y jak w rachunek za gaz. Człowiek przez pół życia walczył z „wpływami zewnętrznymi”, a tu się okazuje, że sam Mieszko mógł być wpływem zewnętrznym. To trochę tak, jakby odkryć, że Smok Wawelski był franczyzą z Danii.

A Karol Nawrocki? Człowiek całe życie rekonstruuje wielką opowieść narodową, a tu archeogenetycy przychodzą i mówią: — Panowie, ten Piast Kołodziej to może bardziej Piast Kierownik Regionalny.

To musi boleć. Szczególnie że badania są opublikowane w „Nature Communications”, czyli nie w „Zeszytach Parafialnych Miłośników Słowiańszczyzny”, tylko w piśmie, gdzie raczej nie drukują teorii po trzech piwach i kiełbasie z grilla.

A Grzegorz Braun? Och, Braun musi być w stanie duchowego wrzenia. Człowiek, który wszędzie tropi obce wpływy, dowiaduje się, że samo państwo polskie mogło być jednym wielkim obcym wpływem. To trochę tak, jakby odkrył, że husaria miała leasing. Widzę go, jak próbuje zgasić świecą aparat do sekwencjonowania DNA.

Sławomir Mentzen ma tu problem natury logistycznej. Bo jeśli Piastowie byli przybyszami, to czy przeszli kontrolę graniczną? Czy mieli pozwolenie na pobyt? Czy odprowadzali podatki? Naród czeka na konferencję: — Nie jesteśmy przeciwko Piastom. Jesteśmy przeciwko nielegalnej monarchii.

Krzysztof Bosak natomiast prawdopodobnie siedzi nad mapą haplogrup i próbuje ustalić, od którego pokolenia można już uznać człowieka za „naszego”. Po ilu latach wikiński przybysz staje się swojakiem? Dwóch pokoleniach? Trzech? Czy trzeba zjeść określoną ilość żuru?

Cała sytuacja jest zresztą komiczna również dlatego, że przez lata internetowi turbo-Sarmaci opowiadali, iż „Polska była imperium od zawsze”, a teraz nauka mówi coś znacznie bardziej realistycznego: państwo powstało szybko, brutalnie i prawdopodobnie dzięki ludziom, którzy mieli know-how w zarządzaniu przemocą. Czyli dokładnie tak, jak większość państw w historii. Szokujące odkrycie dla ludzi wychowanych na obrazkach z Mieszkiem głaszczącym żubra.

Najbardziej rozczarowujący jest jednak los biednego Piasta Kołodzieja. Ten człowiek przez tysiąc lat robił za symbol swojskości. Chłop prosty, uczciwy, lokalny. Polski do szpiku cepa. A teraz się okazuje, że legenda może być równie autentyczna jak „góralski oscypek” sprzedawany nad Bałtykiem przez człowieka z Radomia.

I jeszcze ten handel ludźmi jako źródło dochodów Piastów. To już kompletnie rozwala romantyczny obraz początków państwa. W szkole człowiek słyszał o „budowie struktur państwowych”, a tu wychodzi, że średniowieczny biznesplan wyglądał mniej więcej tak:

Spalić grody. Przejąć teren. Pobierać haracz. Sprzedawać ludzi. Otworzyć katedrę.

To nie jest legenda o początkach narodu. To jest pilot do serialu HBO. Ale oczywiście za tydzień wszystko wróci do normy. Polacy mają niezwykły talent ignorowania faktów, które psują im narrację. Zaraz pojawią się filmiki na YouTube z tytułami: „PRAWDA O PIASTACH UKRYWANA PRZEZ ELITY” albo: „Czy chromosom Y został zmanipulowany przez Niemców?”

Ktoś wrzuci grafikę Mieszka I w hełmie wikinga z podpisem „STOP NORDYFIKACJI HISTORII”. Ktoś inny zacznie dowodzić, że R1b to tak naprawdę pradawna słowiańska haplogrupa, tylko „naukowcy tego nie chcą przyznać”. Internet wykona swoje zwyczajowe salto przez płonące obręcze absurdu.

A prawda? Prawda jest dużo zabawniejsza od legendy. Polska — jak niemal każde państwo w Europie — powstała z mieszanki ludów, ambicji, przemocy, mariaży i przypadku. Nie z bajki o dobrym kołodzieju, tylko z wielkiego średniowiecznego chaosu, w którym jedni przypływali łodziami, drudzy handlowali niewolnikami, trzeci budowali grody, a czwarty pisał potem kronikę tak, żeby wszystko wyglądało godniej.

I może właśnie to jest najbardziej polskie ze wszystkiego. Że nawet nasz mit założycielski okazał się importowany. Jak kebab po imprezie.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Wszyscy maja wymieszane geny. Ale jak ta wymieniona przez Pana ferajna dowiedziala sie o tym nie czytajac „Nature Communications”? (Ja tez nie czytam, sledze tylko legendy dotyczace pierwszych panstw tureckich, lub jak teraz wypada mówic, „turkijskich”.)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights