
Niedzielny poranek ma w sobie coś podejrzanego, coś z ciszy przed burzą i coś z reklamy margaryny, w której wszyscy są szczęśliwi, bo jeszcze nie sprawdzili maila.
Kawa paruje leniwie, jajecznica wygląda jak plan minimum życiowego sensu, a człowiek siedzi przy stole i przez krótką chwilę wierzy, że świat da się jeszcze ogarnąć rozumem, kartką i ołówkiem.
I właśnie wtedy, między jednym kęsem chleba a drugim, przychodzi myśl, która ma w sobie elegancję wyroku i bezczelność komornika.
Czy ja jeszcze w ogóle jestem potrzebny.
Nie jako ojciec, nie jako partner, nie jako znajomy od opowieści przy winie. Jako pracownik.
Bo oto pojawiła się sztuczna inteligencja, nie w postaci robota z błyszczącymi oczami, tylko jako cichy księgowy rzeczywistości, który nie narzeka, nie choruje i nie ma ambicji, co czyni go kandydatem idealnym do świata, który ambicję uważa za koszt.
Zaczęło się niewinnie, jak większość katastrof. Od kliknięć. Od tej całej drobnicy biurowej, od kopiuj-wklej, od przesuwania danych między systemami, od czynności tak powtarzalnych, że człowiek wykonywał je z pamięci mięśniowej, jak pacierz albo przekleństwo.
I nagle ktoś tę pamięć przejął.
RPA – brzmi jak skrót od choroby albo partii politycznej, a to po prostu maszyna, która robi dokładnie to, co robiliśmy my, tylko bez refleksji, bez zmęczenia i bez tej cichej nienawiści do Excela, która łączyła pokolenia. Nie myśli. Nie rozumie. Ale robi. I robi dobrze.
A to, proszę państwa, w kapitalizmie jest ważniejsze niż myślenie. Bo myślenie jest ryzykowne. Myślenie rodzi pytania. A pytania spowalniają proces.
Firmy patrzą więc na AI jak na objawienie. Pracownik, który się nie myli, nie spóźnia, nie bierze urlopu i nie ma zdania. Ideał. Marzenie każdego przełożonego, który najbardziej w życiu boi się człowieka.
I tu zaczyna się dowcip, który nie jest śmieszny. Bo AI nie zabiera pracy. AI zabiera najprostsze fragmenty pracy. A zostawia człowieka z resztą, która nagle przestaje mieć sens. Księgowy przestaje księgować i zaczyna pilnować, czy maszyna się nie pomyliła. Analityk przestaje analizować i zaczyna poprawiać błędy, których nie rozumie, bo powstały w procesie, którego nie kontroluje. Specjalista przestaje być specjalistą, a staje się dozorcą algorytmu, takim nocnym stróżem cyfrowej stajni.
To nie jest awans. To jest elegancka degradacja. Podana w powerpointowej formie, z wykresem i słowem „optymalizacja” napisanym czcionką, która udaje przyszłość.
A w tle, jak zawsze, orkiestra gra starą melodię. Będziesz bardziej kreatywny. Będziesz się rozwijał. Będziesz robił rzeczy ważniejsze.
Tylko nikt nie mówi, jakie to rzeczy i kto za nie zapłaci. Bo równolegle, gdzieś poza kadrem tej pięknej opowieści, siedzą ludzie i wykonują pracę, której nie widać. Oznaczają dane. Poprawiają błędy. Karmią system, który potem występuje jako „inteligentny”.
To jest ten moment, w którym sztuczna inteligencja zaczyna przypominać restaurację. Na górze elegancka sala, światło, menu, zachwyty. A na dole kuchnia, pot, krzyk i ktoś, kto myje naczynia za minimalną stawkę.
I nikt nie chce o nim słyszeć. Za to wszyscy chcą słuchać o bohaterach sukcesu. O ludziach, którzy wstają o piątej rano, jedzą raz dziennie i pracują 18 godzin, jakby byli hybrydą człowieka i ekspresu do kawy.
Opowiadają nam, że wystarczy chcieć. Że wystarczy się zdyscyplinować. Że każdy może.
To jest najpiękniejsza bajka naszych czasów.
Bo w tym samym kraju ktoś inny wstaje o czwartej, jedzie dwie godziny do pracy, pracuje dwanaście i wraca tak zmęczony, że nie ma siły marzyć, ale jego historia nie ma potencjału marketingowego.
Nie sprzedaje książek. Nie inspiruje. Jest niewygodna.
I wtedy wchodzi AI, całe na biało, jak bohater z reklamy banku. Mówią: będzie szybciej, będzie taniej, będzie efektywniej.
I mają rację. Tylko zapominają dodać: dla kogo. Bo AI nie jest rewolucją technologii. AI jest rewolucją władzy.
Zmienia relację między tym, kto pracuje, a tym, kto tę pracę sprzedaje. I robi to z uśmiechem, który przypomina uśmiech kasjera informującego, że promocja się skończyła.
A potem przychodzi moment najbardziej niedzielny. Siedzisz przy stole. Kawa stygnie. Telefon leży obok jak mały wyrok. I patrzysz.

I nic. Nie ma odpowiedzi. Nie ma zaproszenia. Nie ma nawet odrzucenia. Bo twoje CV przeczytał algorytm.
I uznał, że nie warto.
I wtedy zaczynasz rozumieć. Że nie przegrałeś z człowiekiem. Przegrałeś z filtrem. Z listą słów kluczowych. Z maszyną, która nie ma złego dnia i dlatego nie daje drugiej szansy.
I wtedy pojawia się pytanie, które nie daje spokoju nawet w niedzielę. Nie czy AI zabierze pracę. Tylko czy ktoś jeszcze potrzebuje człowieka.
Nie jako funkcji. Nie jako kosztu. Nie jako zasobu. Tylko jako człowieka. Bo jeśli odpowiedź brzmi: tak, ale taniej i ciszej, to znaczy, że nie mamy problemu z technologią.
Mamy problem z wyobraźnią.
A finał tej historii jest prosty jak rachunek. Jeśli maszyna przejmuje pracę, a człowiek przejmuje lęk, to nie jest postęp. To jest regresja w garniturze, z logotypem i prezentacją w PowerPoincie.
I jeszcze jedno. To nie jest tak, że maszyna cię zastąpiła. Zastąpił cię ktoś, kto policzył, że twoje życie mieści się w kolumnie kosztów. I wyszło mu, że jest za drogie.
A kiedy kończysz tę niedzielną kawę, kiedy talerz jest już pusty, a w głowie robi się nieprzyjemnie cicho, dociera do ciebie rzecz najprostsza i najgorsza. Nie jesteś już pracownikiem do zastąpienia. Jesteś kosztem do usunięcia. I nikt nawet nie będzie miał odwagi powiedzieć ci tego wprost. Bo od tego też jest już algorytm.
I nawet nie będziesz miał komu splunąć w twarz.

Dodaj komentarz