NIEDZIELA W ŚWIECIE, KTÓRY NIE CHCE ZWOLNIĆ

Warszawa

Sobota minęła — nawet w East York zapadł wieczór z rodzaju tych, które człowieka niepokoją bardziej, niż chciałby to przyznać. Dzieci śpią, żona pracuje na górze, zwierzołki u dziewczynek, a Larysa jeszcze sprząta po kolacji. A ja? Ja oczywiście na tarasie, z kawą i papierosem, jakbym miał podpisaną z losem umowę, że dzień kończę w dymie i ciszy.

Dziś mija nam z żoną, siedemnaście lat. W moim wieku — siedemdziesięciu dwóch — to już nie jest „rocznica”, ale raczej rodzaj triumfu nad statystykami. Najdłuższy związek w życiu. I może właśnie dlatego tak coraz częściej łapię się na myśli, że wszystko wokół — świat, państwa, rządy, politycy — rozpada się szybciej niż małżeństwa ludzi w moim wieku.

W sobotę było ciepło, prawie wiosennie. Wiosna w marcu to taka oferta specjalna: niby prezent, ale człowiek od razu podejrzewa, że zaraz przyjdzie SMS o dopłacie. Zresztą Kanada pogodą rządzi się tak samo, jak polska polityka — nic nie jest tym, czym wydaje się być.

CZARNY SOBOWTÓR W BIAŁEJ HALI — CZARNEK NA SCENIE

W Krakowie odbył się wiec PiS. W Hali „Sokół” — miejscu, które pamięta niejedną uroczystość narodową, choć chyba żadna nie miała tak surrealistycznego klimatu. Jarosław Kaczyński, niczym mistrz ceremonii, namaścił Przemysława Czarnka na kandydata na premiera.

Czarnek wszedł na scenę jak lokomotywa bez hamulców. Mówił szybko, głośno, z tym swoim samozachwytem, który — choć uderzający — jest jak produkt regionalny polskiej prawicy: wątpliwej jakości, ale lokalnie uwielbiany.

Kaczyński z kolei pojawił się i zniknął. Wyszedł, pokiwał głową, pobłogosławił „Przema”, pochwalił energię, stwierdził, że to „ogień”, i odszedł, zostawiając po sobie tylko echo kroków oraz salę, w której wyborcy PiS zachowywali się, jakby rozdawano darmowe obiady i receptę na nieśmiertelność.

To wszystko wyglądało jak desperacka próba udowodnienia światu, że PiS wciąż istnieje i ma plan. Nie ma — ale stara się, by nikt tego nie zauważył. Czarnek ma nie tyle wygrać wybory, ile zrobić hałas. Zmobilizować tych 30 procent, którzy reagują na słowa „suwerenność”, „zagrożenia cywilizacyjne” i „zachodnia ideologia” tak, jak inni reagują na dobrą kawę.

I trzeba przyznać — do robienia hałasu nadaje się idealnie.

NAWROCKI, SAFE I WIECZNY STRACH PRZED BRUKSELĄ

W tle mamy spór o SAFE. 44 miliardy euro tanich pożyczek na zbrojenia — brzmi jak oczywisty wybór, ale tylko w krajach, w których politycy trzymają się logiki. W Polsce logika jest jak śnieg w kwietniu: wszyscy mówią, że nie powinno jej być, a jednak spada.

Rząd Tuska chce te pieniądze. Prezydent Nawrocki gra twardziela i straszy, że SAFE to unijne kajdany, dług do 2070 roku i zamach na polską suwerenność. Jednocześnie konsultuje się z Glapińskim, jakby planowali napad na własny bank.

NBP szykuje ponoć operację sprzedaży i odkupienia złota, która może nie zrujnowałaby rezerw, ale zrujnowałaby wizerunek Polski jako kraju, który wie, co robi. A wszystko po to, by Prezydent mógł powiedzieć: „Nie dam Brukseli wygrać!”.

Prawda jest taka, że jeśli SAFE nie przejdzie, stracimy miliardy, miejsca pracy i lata modernizacji armii. Tyle że dla PiS ważniejsze jest, by wygrać kilka punktów w sondażach, niż kilkaset czołgów w magazynach.

TRUMP, IRAN I CENY ROPY, KTÓRE ROSNĄ JAK ZŁE

Nie sposób oderwać się od tego, co dzieje się globalnie. Trump, który właśnie prowadzi operację wojskową przeciwko Iranowi, zapowiada: „Iran zostanie uderzony bardzo mocno!”. I uderza. Codziennie. Tylko że efekty zaczynają odczuwać nie tyle ajatollahowie, co zwykli ludzie — od Teheranu po Baltimore.

Tylko w ostatnim tygodniu zginęło ponad 1300 cywilów w Iranie. W Cieśninie Ormuz tankowce stoją jak w korku na A2 przed długim weekendem. Cena ropy skoczyła do ponad 90 dolarów za baryłkę, najwyżej od lat. Analitycy straszą, że może dojść nawet do 200 dolarów, jeśli cieśnina pozostanie zamknięta.

W efekcie benzyna drożeje szybciej niż politycy zmieniają zdanie. USA zapewniają, że wszystko „pod kontrolą”. Ale Pentagon przyznaje po cichu, że marnuje amunicję szybciej, niż przemysł jest w stanie ją produkować. Sojusznicy Ameryki drapią się po głowie, bo zamówiona broń może do nich nie dotrzeć przez lata — albo wcale.

A Trump? Trump uważa, że „ludzie są zachwyceni tym, co się dzieje”. To zdanie powinno zostać wyryte na tablicy pamiątkowej ku przestrodze.

UKRAINA — JEDYNY KRAJ, KTÓRY POTRAFI STRĄCAĆ DRONY TANIEJ NIŻ KOSZTUJĄ

Ukraina, wciśnięta między rosyjskie rakiety a zachodni brak cierpliwości, robi interes życia: sprzedaje wiedzę o dronach krajom Zatoki i udostępnia Amerykanom swoje technologie obronne. Kijów wie, że to ostatnia karta, jaką ma na stole, by wymusić na USA dodatkowe pociski Patriot.

Trump mówi, że Zełenski „nie ma już żadnych kart”. Ukraina wie, że ma jedną — technologiczną przewagę nad Iranem, Rosją i połową NATO.

I gra nią, bo musi.

ROSJA — KRAJ, KTÓRY HISTORII UŻYWA JAK SZACHER-MACHER

Putin milczy o Iranie, ale to cisza jak w ulu — niby cicho, ale wszyscy wiedzą, że coś się tam roi. Rosja zarabia na drogiej ropie, prowadzi swoją wojnę w Ukrainie, a jednocześnie buduje własny świat równoległy — oparty na micie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, zakłamanej historii i poczuciu krzywdy, która rzekomo uprawnia do każdej agresji.

Rosja nie zmieni się, bo mit, którym żyje, stał się jej tożsamością.

A człowiek, który wierzy w mit, jest groźniejszy niż człowiek z bombą.

A JA — STARY CZŁOWIEK Z KAWĄ — CZUJĘ, ŻE WIOSNA RUSZA Z MIEJSCA

Mam 72 lata i coraz częściej łapię się na tym, że dopada mnie zmęczenie. Nie fizyczne — choć i takie się zdarza. To inne. Zniechęcenie. Jakby każdy dzień był testem na odporność psychiczną. Jakby telewizor czy komputer stały zawsze obok i czekały tylko na moment, by podać kolejny komunikat o wojnie, kryzysie, ataku, decyzji Prezydenta, która sprawi, że człowiek marzy o emigracji na jakąś bezludną wyspę bez internetu.

Za kilka dni wracam do Polski. Na chwilę, ale zawsze z poczuciem, że zostawiam tu rodzinę, córki, spokój. I im człowiek starszy, tym ciężej mu się rozstać. Kiedyś traktowałem to jak podróż. Teraz — jak stratę.

A jednak w powietrzu jest coś, co mnie trzyma. Zapach ziemi. Pierwsze oznaki wiosny. Taki cichy komunikat natury: „Jeszcze tu jestem. Jeszcze będzie normalnie.

I może właśnie dlatego warto wstać w niedzielę.

Może choćby po kawę i na papierosa.

Może choćby po to, żeby powiedzieć światu: nie przerażasz mnie na tyle, by nie żyć dalej.

Bo choć polityka od dawna próbuje odebrać nam spokój, normalność i zdrowy rozsądek, to jednak życie — to codzienne, ciche, zwyczajne — potrafi przetrwać każdą burzę. I nawet jeśli świat coraz częściej wygląda jak niedokończony eksperyment, to człowiek wciąż ma prawo wstać, zaparzyć sobie kawę, zapalić papierosa i powiedzieć: jeszcze nie dziś, świecie, jeszcze mnie nie masz.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights