


Niedziela w Bielejewie. Wiatr tak dmie, że nawet najtwardsze koguty chowają głowy pod skrzydła, a krowy ustawiają się tyłem do wichury, żeby im ogonów nie pourywało. Tetryk siedzi w stodole, owinięty w koce jak renifer po ciężkim dyżurze w Laponii, i próbuje pisać felieton, stukając w klawisze z czułością grabarza wybierającego nowy model łopaty. Kot patrzy z wyrzutem:
„Znowu polityka? Znowu będę musiał mentalnie odkażać umysł mlekiem?”
A politycy — ci cudowni akrobaci narodowego absurdu — cisną mu się do tej stodoły jak szczury do worka z owsem. Wpychają swoje pyski, swoje ego, swoje ambicje i swoje żale. Każdy z nich chce być główną atrakcją, choć większość nadaje się jedynie na przerywnik w kabarecie granym przed wieczorynką.
Bo oto: Misiek Kamiński — polityczny zwierzak wielobarwny; Adam Bielan — lis, który dawno zapomniał, jak wygląda własne lustro; Nawrocki — kapryśny baranek z gwoździami w kopytkach; Morawiecki — kogut z przerostem melodramatu; Kaczyński — stary borsuk, który ryje w ziemi, choć ziemia już zamarznięta; Konfederacja — stado wron walczących o zgniłego ziemniaka; Ziobro — bocian, który odleciał i zgubił GPS; i oczywiście Trump — pomarańczowy cyklon nad polską prawicą.
Świat polityki wiruje jak chomik w kołowrotku — tylko chomikowi bardziej zależy na sensie życia.
MISIEK KAMIŃSKI — POLITYCZNY KAMELEON PO PRZEJŚCIACH
Kamiński ma jedną umiejętność: potrafi przetrwać wszystko.
Zaczynał w ZChN, gdzie udawał, że rozumie moralność. Potem przeszedł przez PiS jak przeciąg przez stodołę — nagle, głośno, z przewrócił kilka narzędzi i zostawił wiele ofiar w postaci zdrowego rozsądku. Raz konserwatysta, raz Europejczyk, raz liberał na pół gwizdka.
Gdyby barwy polityczne były futrem, byłby fretką w trakcie pierzenia.
Jego ulubiony sport? Opowiadanie, że wykończy Tuska.
Misiek, który przez lata nie zdołał wykończyć nawet własnych rozbuchanych ambicji, teraz grozi premierowi. To tak, jakby chomik groził orłowi, że przejmie jego gniazdo.
Największy atut Miśka? Telefon do Waszyngtonu. Misiek wierzy, że jak zadzwoni do Rubio, to Donald Tusk spadnie z krzesła. Tymczasem Rubio prawdopodobnie wkłada go w kategorię: egzotyczne połączenia z Europy Wschodniej, archiwizacja bez odpowiedzi.
BIELAN I MISIEK W AMBASADZIE — DUET JAK DWIE ŁASICE POD KURNIKIEM
Bielan jest zwierzęciem politycznym — takim, co to zawsze znajdzie dziurę w płocie, żeby wejść tam, gdzie nie powinien.
I oto ta para — Bielan i Misiek — włazi na salony ambasadora USA. Niby dyplomacja, niby geopolityka, a tak naprawdę podchody, intrygi i polityczne bąki puszczane pod stołem.
Ich wizja? Koalicja:
PSL + PiS + Konfederacja.
Brzmi jak przepis na bigos gotowany na benzynie — niby da się zrobić, ale eksplozja gwarantowana.
Ambasador patrzy na nich z miną człowieka, który widzi dwa szpaki wlatujące w szybę i zastanawia się, czy wezwać ornitologa, czy psychologa.
WŁADEK KOSINIAK-KAMYSZ — POLITYCZNY BOCIAN, KTÓRY STOI NA JEDNEJ NODZE
Władek stoi spokojnie. Patrzy na chaos jak bocian obserwujący walczące koguty. Wie, że koguty się zadziobią, a on zostanie królem podwórka.
Misiek go namawia. Bielan go prosi. PiS go głaszcze. Konfederacja go straszy. Nawrocki go komplementuje, aż mu pióra cierpną.
A PSL patrzy, liczy, duma — i zostaje dokładnie tam, gdzie jest. Bo PSL nie rusza się bez kalkulatora. PSL nie biegnie za marzeniami. PSL wie, że w polityce przetrwa ten, kto pierwszy zauważy zmianę kierunku wiatru.
A wiatr w 2026 dmie prosto w twarz PiS-u, Konfederacji i wszystkich, którzy wierzą, że da się wywrócić koalicję tuskową jednym telefonem Miśka.
NAWROCKI — BARANEK, KTÓRY MYŚLI, ŻE JEST TUREM
Prezydent RP zachowuje się jak pogodowy front arktyczny: nagłe zmiany temperatury, chaos i komunikaty ostrzegawcze.
Nawrocki obraża się na Tuska, na Czarzastego, na Żurka, na ambasadorów, na konstytucję, na porządek prawny i na logikę — wszystko w jednej rozmowie.
Najlepsze było to jego:
„Premier nie będzie mówił, gdzie ja mam latać!”
Brzmiało to jak kłótnia dwóch braci o rower. Tylko że rowerem jest polskie państwo.
Nawrocki miesza role ustrojowe jak kura grzebiąca w popiele. Trochę prezydent, trochę premier, trochę sędzia, trochę komentator piłkarski. I wszystko na raz.
Jest politycznym odpowiednikiem baranka, który dorwał się do tablicy rozdzielczej w elektrowni.
MORAWIECKI — KOGUT, KTÓRY ZNALAZŁ SWÓJ GŁOS
Morawiecki nagle się obudził. Biega po Polsce jak kogut, który usłyszał echo własnego piania i pomyślał, że to owacje.
Zapowiada „fangę”, grozi, jeździ, przemawia, wkurza rolników, ucieka przed mikrofonami i znów wraca na Twittera jak bocian na stare gniazdo.
Konfederacja mówi:
„Z Morawieckim do rządu nie wejdziemy.”
To jedyna sensowna diagnoza w ich dorobku.
KRS — STRASZAK WIĘKSZY NIŻ BURZA ŚNIEŻNA
Kaczyński boi się nowej KRS bardziej niż reszta Polski boi się rachunków za gaz.
Wie, że jeśli koalicja wybierze członków teraz — jego reformy sądownictwa pójdą do piachu na dekadę.
Dlatego kombinuje. Dlatego wysyła Miśka. Dlatego wysyła Bielana. Dlatego próbuje uwieść PSL.
Ale ta orkiestra jest rozstrojona. Zbyt wiele fałszywych tonów. Zbyt wiele wilków w owczej skórze.
Koalicja 15 października stoi. A Kaczyński może co najwyżej liczyć, że mróz zagłuszy jego nerwowe pomruki.
KONFEDERACJA I ZIOBRO — STADO KRUKÓW NAD PADLINĄ
Konfederacja to dwa stada kruków żerujące na jednym trupie polskiej nadziei.
Mentzen krzyczy o podatkach, których nie rozumie. Bosak o wolności, której nie potrafi zdefiniować. Braun o gaśnicach, których nigdy nie użył zgodnie z przeznaczeniem.
A obok tego wszystkiego „nowe twarze” — młode wilki, które bardziej przypominają zagubione kuny. które wtargnęły do piwnicy. Hałasują, demontują, przewracają, po czym uciekają.
A nad tym duchem unosi się Ziobro — bocian, który odleciał na Węgry i nie wie, jak wrócić. Twierdzi, że w Polsce nie miałby uczciwego procesu. Człowiek, który zamieniał prokuraturę w prywatny klub karate.
To tak, jakby lis skarżył się, że kury są wobec niego stronnicze.
TRUMP — POMARAŃCZOWY CYKLON NAD POLSKĄ PRAWICĄ
Trump dla polskiej prawicy jest jak święty od zguby i kłopotów — tylko że zamiast niosącego nadzieję światła przynosi burzę piaskową, która wciska się w oczy, uszy i kieszenie. Jest jak cyklon z Teksasu – głośny, pomarańczowy i kompletnie obojętny na to, co przewróci po drodze.
Rada Pokoju, jego ukochana zabawka polityczna, wygląda jak klub miłośników chaosu. Nawrocki marzy, by tam wejść; Bielan widzi w tym nowy sposób na wskoczenie na polityczne kolana Trumpa; Misiek liczy, że jak poprosi ładnie, to Trump zrobi mu retweet.
Ale Trump ma swoją prostą filozofię: przyjaciele to ci, którzy płacą, a reszta musi poczekać w kolejce.
I tak patrzy na polską prawicę jak na stado indyków przygotowujących się do Święta Dziękczynienia — każdy się puszy, każdy udaje ważnego, a on już myśli o tym, którego upiec jako pierwszego.
Tymczasem Polska potrzebuje poważnych partnerów, a nie pomarańczowych huraganów, które raz po raz dewastują polityczne podwórko.
PODSUMOWANIE — POLSKA POLITYKA JAK STODOŁA W ZIMIE
Wieje. Skrzypi. Przechyla się. Śnieg napiera.
A jednak stoi.
Bo stoi nie dzięki Miśkom, Bielanom, Nawrockim czy Morawieckim. Bo stoi nie dzięki krukom Konfederacji ani bocianom z Budapesztu. Bo stoi nie dzięki cyklonom z Florydy.
Stoi dzięki ludziom, którzy odśnieżają chodnik, płacą rachunki i starają się przeżyć ten kabaret, zanim znowu ktoś wpadnie na pomysł nowej rewolucji.
A gdy politycy znów zaczną wpychać pyski w drzwi stodoły, tetryk z Bielejewa tylko westchnie, otrzepie z siebie śnieg i powie:
„Piszcie, panowie, piszcie. Papier przyjmie wszystko. A ja tylko komentuję ten cyrk, póki mi palce nie odmarzną.”
— Tetryk z Bielejewa, obserwator chaosu i pogodowy kronikarz narodowej głupoty


Dodaj komentarz