



Zegar w Warszawie bije dziewiętnastą, w Kanadzie trzynasta jeszcze przeciąga się jak kot na słońcu, a ja stoję między dwoma światami: tu prasówka, tam lunch, tu polityczna burza, tam spokojna kawa i trzy godziny eleganckiego obijania się, które każdy chciałby mieć wpisane do obowiązków służbowych.
Ale obowiązki obowiązkami, a życie życiem. Pod ręką lekarstwa, w głowie tysiąc myśli, w sercu tęsknota za Warszawą i za rodzicami, których groby czekają na mojąją obecność. Czekają cicho, pod lodem, bo życie, jak to życie, nawet w lutym nie zamierza nikogo oszczędzać.
A na dodatek – Kanada. I ta księgarnia, o której wczoraj rozmawiałem z panem Andrzejem, poznanym na Facebook.
KSIĘGARNIA, KTÓRA WCIĄŻ ŻYJE (MIMO ŻE ŚWIAT SIĘ PRZERZUCIŁ NA PDF-Y)
Na kampusie University of Toronto stoi księgarnia, która wygląda jakby lata 90. zatrzymały ją w pół kroku – elegancko, z godnością i lekkim kurzem na półkach, które pachną jeszcze czasami, gdy czytało się książki, a nie streszczenia wygenerowane przez sztuczną inteligencję.
To U of T Bookstore, miejsce, w którym studenci kupują podręczniki, wykładowcy szukają nowych źródeł frustracji, a starzy bywalcy – wspomnień. Ma kilka pięter, dział z literaturą piękną, filozofią, matematyką (pan Andrzej pewnie znałby każdy tom), a także merch, który każe wierzyć, że bluza za 120 dolarów poprawia wyniki z egzaminów. Nie poprawia.
Podobno podupada. Bo wszystko jest dziś w internecie. Ale lubię zapach papieru, ciężar książki, ten gest przerzucania kartek, w którym jest coś intymnego, coś ludzkiego.
Na Rotman School też mają księgarnię. Mniejszą, bardziej elegancką, trochę zadęcie, trochę biznesowa pornografia: poradniki, biografie CEO, wystawy książek za 80 dolarów, które mają nauczyć „leadershipu”, a tak naprawdę uczą, że autor bardzo chciał mieszkać w Kalifornii.
Może się tam wybiorę. Może kupię jedną książkę, choćby po to, żeby udowodnić światu, że papier nie umarł, a ja jeszcze bardziej nie.
PAN ANDRZEJ – MATEMATYK OD WIELKICH LICZB I MAŁYCH WZORÓW ŻYCIA
Pan Andrzej, mój wczorajszy rozmówca, pracował kiedyś na U of T. Matematyka, logika, czysta struktura. A teraz – emeryt i fotografik. Człowiek, który podobnie jak ja zgubił się trochę między kontynentami, a trochę znalazł. Mieszkamy niedaleko siebie, jakby los grał w statki i postawił nas w jednej rubryce.
Mieliśmy się spotkać dzisiaj. Nie wyszło. Szkoła czekała. On czeka. Kanada czeka. Wrócę tu za kilka tygodni. I pogadamy, powspominamy, bo mamy kilku wspólnych znajomych. O liczbach, o życiu, o tym, jak jedni ludzie tracą czas, a inni go gromadzą jak skarby.
WARSZAWA: KIEDY DZIEŃ SIĘ KOŃCZY, ZACZYNA SIĘ TEATR
Tymczasem w Polsce – przedstawienie. Jeden dzień, trzy akty, pięć skandali, dwie obrazy, jeden batonik Prince Polo i tona politycznego bełkotu, który śmiało można by wykorzystać do szybkiego budowania murów – tak jest gęsty.
1. Donald Tusk wręcza Islandii Prince Polo
Premier Islandii odwiedza Warszawę, kamery włączone, dyplomacja w pełnym rynsztunku – i wtedy Tusk wyciąga Prince Polo. Baton. Symbol.
A symbole mają to do siebie, że mówią więcej niż niejedna analiza geopolityczna. Bo Prince Polo to w Islandii produkt niemal kultowy: ratował dzieciństwo, służył za walutę, był lepszy niż kurs korony. Islandczycy nie żartują z Prince Polo – oni je czczą.
Tusk więc nie daje batonika. Tusk daje most kulturowy, wspomnienie, sygnał: „Znamy was, pamiętamy, jesteśmy blisko”.
Czasem dyplomacja wygrywa nie czołgiem, ale czekoladą.
2. Nawrocki drży jak osika przed podpisaniem SAFE
Prezydent Karol Nawrocki – człowiek, który boi się wszystkiego: Rosji, Unii, rozmowy telefonicznej, a ostatnio nawet własnego cienia – znowu przemawia. Mówi długo, dużo i niezrozumiale. O suwerenności, warunkowości, o tym, że Polska musi uważać, bo pieniądze z Unii są jak wilk w skórze owcy.
Sęk w tym, że wilk, nawet w owczej skórze, i tak jest bardziej pożyteczny niż PiS, który przez lata udowadniał, że pieniądze są niebezpieczne tylko wtedy, gdy służą obywatelom.
3. Ziobro do Trybunału Stanu – pierwszy krok w stronę normalności
KO złożyło podpis pod wnioskiem o postawienie Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. Wreszcie. Polska odetchnęła jak po zdjęciu ciasnych butów po 16 godzinach marszu.
4. Pegasus wraca jak duchy świąt minionych
Byli szefowie ABW i SKW usłyszeli zarzuty. Pegasus był bez akredytacji, bez procedur, bez sensu. W skrócie: jak wszystko za PiS.
5. MENTZEN – IMPERATOR Z PRZYPADKU
Sławomir Mentzen – samozwańczy prorok wolności – otrzymał od sądu statut, który czyni z niego jedynowładcę własnej partii. To władza absolutna, choć powstała z przypadku: bałagan prawny, delegalizacja poprzedniej partii i formalny prezes Wojciech Machulski, który teoretycznie trzyma berło. Mentzen rządzi, o ile Machulski mu pozwoli. Całość wygląda jak pastisz monarchii: wolnościowa partia z władcą absolutnym i kuratorem w tle.
6. Trzęsienie ziemi w WOT.
Afera w 13. Śląskiej Brygadzie WOT wygląda jak scenariusz filmu klasy B, tylko że nikt nie chce na to kupić praw. Dowódca brygady, pułkownik Piątkowski, zamiast stawić się do doręczenia decyzji dyscyplinarnej – zniknął. Wyparował. Zamilkł. Nie odbierał telefonów, nie otwierał drzwi.
A jednocześnie miał czas, by spotkać się z generałem Kukułą – swoim dawnym kolegą z jednostki. Choroba chorobą, ale znajomości same się nie podtrzymają.
Sprawa jest wielowarstwowa:
- oficerowi brygady postawiono zarzut gwałtu na nieletniej,
- mimo to dostał nagrodę finansową,
- w brygadzie kwitł mobbing i nepotyzm,
- szkolenia konne były fikcją, ale wystawiano na nie rachunki,
- wielu żołnierzy odchodziło przez fatalne zarządzanie,
- kontrola MON i WOT potwierdziła patologie.
Wojsko próbowało usunąć Piątkowskiego, ale Piątkowski – jak rasowy iluzjonista – znikał zawsze sekundę przed doręczeniem pisma. Służby nie mogły go znaleźć, dziennikarze nie mogli go znaleźć, ale generał – jakoś tak – mógł.
Afera pokazuje jedno: nawet w mundurach znajdą się tacy, dla których dyscyplina działa tylko wtedy, gdy im pasuje.
CZŁOWIEK MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI
Warszawa czeka. Grób rodziców czeka. Piąta rocznica śmierci – te daty potrafią przycisnąć serce jak imadło. Byłem na grobie w lutym, zapaliłm znicze, śnieg i lód przykrywał wszystko jakby chciał powiedzieć: „Jeszcze nie czas na rozmowę”.
A jednak rozmowa zawsze się toczy. Z życiem, z przeszłością, z tymi, których już nie ma.
Kanada jest chłodna, ale ciepła w środku. Warszawa odwrotnie: gorąca w treści, zimna w geście. A ja – gdzieś pomiędzy, w ruchu, w refleksji, w drodze.
NA KONIEC – KRÓTKA PRASÓWKA ABSURDU
Mentzen – Imperator z przypadku
„Rzeczpospolita” donosi, że Sławomir Mentzen – idol wolności, pogromca podatków i samozwańczy influencer od ekonomii – właśnie stał się posiadaczem władzy tak absolutnej, że nawet Kaczyński z Tuskiem mogliby mu zazdrościć. Jego statut partyjny, zatwierdzony przez sąd ku własnemu zdziwieniu Mentzena, daje mu możliwość jednoosobowego:
- przyjmowania członków,
- karania ich,
- wykluczania dyscyplinarnego,
- decydowania o praktycznie wszystkim.
A najlepsze? Te uprawnienia spadły na niego przypadkiem. Z powodu bałaganu prawnego, delegalizacji jego poprzedniej partii i formalnych powikłań, które sprawiły, że formalnym szefem ugrupowania jest… Wojciech Machulski. Mentzen może więc rządzić tylko wtedy, gdy Machulski łaskawie odda mu berło. Monarchia absolutna, ale z opiekunem prawnym.
Trump i jego orędzie – bajka dla dorosłych bez cierpliwości
Donald Trump wygłosił orędzie o stanie państwa – tak oderwane od faktów, że nawet baśnie Andersena wydają się raportami NIK. Sukces goni sukces, problemów brak, a wojna w Ukrainie ledwie wspomniana. Jak pisze Artur Bartkiewicz: dla Polski ta wojna to „być albo nie być”, dla USA – jedno z wielu globalnych zadań. I to jest właśnie dramat. Bo jeśli my przegramy, przegramy wszystko. A Trump? On zawsze powie, że kończy inne wojny, więc statystyka mu się zgadza.
Dlatego – jak przypomina Bartkiewicz – musimy szukać sojuszników bliżej niż za oceanem. Tam, gdzie strach przed Rosją nie musi pokonywać Atlantyku.
Gospodarka Rosji – dobrze tylko na papierze
Newsletter przypomina: rosyjska gospodarka wygląda stabilnie tylko na konferencjach prasowych. W rzeczywistości erozja będzie się pogłębiać. Sankcje dociskają, braki technologiczne bolą, koszty wojny pożerają wszystko. Ale propaganda robi swoje – według przekazu Kremla będzie dobrze, a nawet lepiej. No cóż, papier wszystko przyjmie.
Ziobro i jego kłopoty – dzień dobry, panie Trybunale
Coraz gorzej wyglądają perspektywy Zbigniewa Ziobry. Nie tylko przez śledztwa i komisje, ale i przez fakt, że nawet w Europie zaczynają się od niego odsuwać ci, którzy kiedyś z nim sympatyzowali. Na Węgrzech opozycja Orbánowi rośnie, a to znak, że europejska skrajność zaczyna tracić kolor.
Wypadek Beaty Szydło wraca jak bumerang
Prokuratura stawia zarzut składania fałszywych zeznań jednemu z uczestników głośnej sprawy wypadku byłej premier. Prawda, która miała nigdy nie wyjść, jednak powoli wydobywa się na światło dzienne. Jak zawsze.
Pegasus – rozdział kolejny, równie brudny
Byli szefowie ABW i SKW usłyszeli zarzuty. System Pegasus działał bez akredytacji, bez procedur, bez nadzoru – dokładnie tak, jak działało państwo PiS. Teraz ta układanka rozsypuje się na oczach opinii publicznej.
Sąd Najwyższy dalej w martwym punkcie
Wybory na pierwszego prezesa SN stoją w miejscu. Kandydatów brak, chętnych brak, sensu brak. Kraj działa, sądy działają, ale na szczycie – pustka.
- Tusk buduje dyplomację na Prince Polo. I działa. Islandia zadowolona.
- Nawrocki szuka odwagi w zagubionych notatkach.
- Ziobro czuje na plecach oddech historii. Nieprzyjemny.
- Mentzen robi partię absolutną, jakby testował limity głupoty.
- WOT zamienia się w odcinek „Zaginieni”, tylko bez muzyki.
- Hołownia jak zwykle tłumaczy świat – światu.
A ja idę do księgarni. Bo papier trzyma świat przy zdrowych zmysłach.
I oby trzymał jak najdłużej.
A JA… WRÓCĘ DO SIEBIE
Bo choć lubię ten kanadyjski półmrok, te kawiarnie, kampusy, księgarnie, choć dobrze mi tu, między śniegiem a spokojem, to jednak wrócę.
Wrócę do swojego lasu w East York, gdzie drzewa szumią jakby wiedziały więcej niż połowa polskich polityków razem wzięta.
Wrócę do żony, do dziewczynek, do codziennych rytuałów, które trzymają człowieka na powierzchni lepiej niż wszystkie systemy wsparcia psychicznego.
Wrócę też do Larysy – tej małej, domowej dyktatorki, która rządzi wszystkimi: psem, kotem, mną, światem. Mnie ma za nic, ale przynajmniej nakarmi. A czasem to największa forma miłości, na jaką stać wszechświat.
I tam, w tym moim East York, między lasem a kuchnią Larysy, znowu usiądę z kawą. I pomyślę, że świat jest chaosem, ale ja nadal trzymam się w pionie.
Bo dom – nawet mały, nawet w deszczu – zawsze ustawia człowieka do życia jak trzeba.

Dodaj komentarz