KRÓL BAŃKI I TRYBUNAŁ Z KARTONU

Warszawa

Wielki Piątek zaczął się spokojnie, jakby świat na chwilę chciał udawać, że jest poważny, że pamięta o sprawach ważnych i większych niż polityka, tylko że polityka – jak to ma w zwyczaju – wślizgnęła się między te powagę i ciszę jak nieproszony gość, który siada przy stole i zaczyna opowiadać dowcipy w najgorszym możliwym momencie. Siedzę więc przy kawie, która powinna smakować refleksją, a smakuje raczej wiadomościami, i czytam o państwie, które coraz bardziej przypomina spektakl, tylko bez scenariusza, za to z nadmiarem aktorów przekonanych o własnym geniuszu.

Na środku tej sceny stoi prezydent Karol Nawrocki i – nie ma co się oszukiwać – urządził sobie świat na własnych zasadach, tylko że to już nie jest miękka bańka, to jest raczej nadmuchany balon ego, który unosi się nad rzeczywistością i udaje, że grawitacja go nie dotyczy. To jest ten rodzaj władzy, który najpierw przestaje rozumieć przepisy, potem przestaje je czytać, a na końcu zaczyna je pisać flamastrem po własnym odbiciu w lustrze. W tym świecie konstytucja przestaje być dokumentem, a zaczyna być broszurą do luźnej lektury, sędziowie przestają być instytucją, a zaczynają być figurkami do ustawiania według nastroju dnia, a państwo przestaje być wspólnotą, a staje się prywatnym folwarkiem z ambicjami cesarskimi i zapleczem intelektualnym kiosku ruchu.

I właśnie w tej atmosferze powagi na niby i chaosu na serio prezydent bierze sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego i robi z nimi coś, co przypomina casting do teatru jednego aktora, w którym reżyser, aktor i cenzor to ta sama osoba. Dwóch zaprzysięga, czterech pozostawia w zawieszeniu, jakby wybierał skład drużyny na podwórkowym boisku, nie tłumacząc niczego w sposób, który miałby jakikolwiek związek z logiką albo prawem, za to tłumacząc wszystko językiem politycznego „bo mogę, bo chcę i bo mi się należy”. To już nie jest nawet arogancja — to jest administracyjny freestyle, w którym konstytucja robi za podkład muzyczny do politycznego karaoke. I to jest moment, w którym państwo przestaje nawet udawać instytucję, a zaczyna przypominać prywatny spektakl władzy, gdzie konstytucja robi za rekwizyt, a obywatel za statystę bez prawa głosu.

Oczywiście pojawiają się uzasadnienia, które brzmią poważnie, ale mają w sobie tyle treści, co reklama suplementu diety. Mówi się o naprawie, o uzdrawianiu, o przywracaniu ładu, tylko że w polskiej polityce te słowa znaczą najczęściej jedno: „zaraz coś przestawimy i zobaczymy, co się stanie”. A jak się nie uda, to się powie, że to eksperyment i że winna jest rzeczywistość, która nie chciała współpracować z wizją. Gdyby naprawdę chodziło o naprawę, ktoś by otworzył konstytucję i przeczytał ją od początku do końca, ale czytanie nie jest dziś modne, dziś modne jest interpretowanie, najlepiej tak, żeby pasowało do bieżącej potrzeby.

W tym samym czasie rząd próbuje działać, trochę jak mechanik, który naprawia silnik, podczas gdy ktoś inny dolewa do niego piasku i tłumaczy, że to nowoczesna metoda zwiększania wydajności. Donald Tusk i jego ludzie próbują trzymać kierunek, może nie zawsze z gracją baletnicy, ale przynajmniej z poczuciem, że państwo to nie jest zabawka z kiosku, którą można rozkręcić śrubokrętem i złożyć na nowo według własnego widzimisię.

A po drugiej stronie sceny mamy prawicę, która zachowuje się jak orkiestra, w której każdy gra własny utwór i jeszcze ma pretensje, że dyrygent nie nadąża. Problem w tym, że to nie jest filharmonia, tylko festyn, a instrumenty są z plastiku i każdy gra coraz głośniej, żeby zagłuszyć brak sensu. Jarosław Kaczyński układa swoje polityczne puzzle, Mateusz Morawiecki buduje kolejny „obóz patriotyczny”, który jest tak szeroki, że można się w nim zgubić bez mapy, a Przemysław Czarnek stoi gotowy, żeby powiedzieć coś głośno, nawet jeśli nie ma to żadnego sensu, byle było donośne. To jest polityka na zasadzie: im mniej treści, tym więcej decybeli, bo może ktoś pomyli jedno z drugim.

Konfederacja natomiast rośnie jak ciasto drożdżowe pozostawione bez kontroli, tylko że zamiast pachnieć chlebem, zaczyna pachnieć eksperymentem, którego nikt nie chce spróbować, ale wszyscy z ciekawością obserwują. To polityczny bufet z potrawami, które wyglądają efektownie, ale po pierwszym kęsie człowiek zaczyna czytać skład i zastanawia się, kto to w ogóle dopuścił do stołu. Jedni udają rozsądek, drudzy udają bunt, trzeci udają, że są jedynymi prawdziwymi, a razem tworzą widowisko, które jest bardziej performansem niż polityką.

W tym wszystkim prezydent trwa w swojej bańce z uporem człowieka, który pomylił urząd z lustrem i uznał, że wszystko, co widzi, jest odbiciem jego wielkości. Jest przekonany, że to on nadaje ton, że to on ustala reguły, że to on rozstrzyga, kto jest sędzią, a kto tylko dekoracją, jakby państwo było planszą, a konstytucja zestawem pionków, które można przesuwać według kaprysu, najlepiej w rytmie własnych kompleksów i politycznych instrukcji z zaplecza.

I tylko gdzieś na końcu tej historii pojawia się coś niewygodnego, coś, co nie pasuje do tej opowieści o władzy i kontroli.

Pojawia się rzeczywistość.

Ta prawdziwa, z konsekwencjami, z ludźmi, z prawem, które – wbrew pozorom – nie jest plasteliną, nawet jeśli ktoś bardzo chce je ugniatać.

Bo państwo to nie jest bańka, nawet jeśli ktoś bardzo się stara, żeby tak wyglądało. Bańki mają jedną nieprzyjemną właściwość – pękają nagle i bez ostrzeżenia. I wtedy kończy się królestwo, kończy się narracja, kończy się teatr.

Zostaje cisza. I zostaje rachunek. A rachunki, jak wiadomo, mają bardzo złą pamięć do władzy i bardzo dobrą do obywateli.

I może właśnie dlatego najbardziej przerażające nie jest to, że ktoś próbuje być królem w państwie, które króli nie przewiduje, tylko to, że wciąż znajduje się wystarczająco wielu, którzy klaszczą, kiedy zakłada koronę z papieru i udaje, że to konstytucja.

A najgorsze jest to, że kiedy ta papierowa korona nasiąknie rzeczywistością i zacznie się rozpadać, to nie spadnie tylko z głowy jednego człowieka — spadnie nam wszystkim prosto na twarz.


  1. Grażyna Lesnik

    Na wrzód najlepszy jest skalpel, stosowanie maści wydłuża leczenie i nie zawsze skutkuje. Polska ma taki wrzód , tu potrzebne jest ostre cięcie. Nawrocki musi poczuć ze bycie prezydentem to obowiazki, służba obywatelom i Polsce. To nie oznacza ze jest ponad prawem. a konstytucje interpretować przez pryzmat dyletanctwa I bufonady.

  2. Wanda

    Najgorsze właśnie jest to że prezydentowi wydaje się że jest ponad prawem . Zachowuje się jak król . Musi to zrozumieć że to nie to państwo , ale przykład idzie z góry od Trampa .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights