
Bielejewo w styczniu to nie miejsce – to stan skupienia. Głównie skupienia na tym, czy autobus znowu nie przyjedzie, czy może tylko się spóźni o dwie doby. Wieś leży między Pniewami a Trzcianką, czyli tam, gdzie diabeł mówi „zaraz wracam”, a powiatowe drogi przypominają bardziej test dla zawieszenia niż infrastrukturę. Śnieg pada poziomo, wiatr wieje pionowo, a czas płynie w bok.
Sklep otwarty od ósmej do kiedy się skończy piwo. A piwo, o zgrozo, skończyło się w czwartek. Na szczęście gorzałka jest nasza, domowa, certyfikowana jedynie przez sąsiadkę Pelagię, która po dwóch kieliszkach staje się znawcą polityki międzynarodowej i cytuje Sienkiewicza, choć myśli, że to był europoseł.
Po świętach zostały jeszcze dwie kiełbasy, kawał słoniny i boczek, który przeżył dwie Wigilię i jedną kłótnię o Owsiaka. Internet nie zamarzł, więc z nudów i potrzeby dzielenia się tragedią postanowiliśmy zwołać Klub Myślicieli Bielejewskich – czyli zebrać się w stodole i obrobić świat.
Choć zwykle zbieramy się w soboty, tym razem wyjątkowo w piątek. Bo sobota – wiadomo – przeznaczona na przygotowania do niedzielnej zbiórki na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Trzeba zagrodzić wszystkie drogi wjazdowe i wyjazdowe, ustawić punkty kontrolne z puszkami i przypilnować, żeby nikt ze wsi nie uciekł, dopóki nie złoży datku. Dobrowolność dobrowolnością, ale o WOŚP trzeba dbać – bo jak nie my, to kto? A jak nie teraz, to pewnie już za późno.
Jak mawia Babcia Gertruda: „Co mi po emeryturze, jak serduszka nie mam?”
Stefan „Profesor” rozpalił kozę, która bardziej dymi niż grzeje, ale przynajmniej CBA – nasz pies, nie urząd – miał gdzie się wyciągnąć i syknąć na Bosaka w telewizorze. Kapusta Janek przyniósł zeszyt z notatkami, Stacha przyniosła kiszone i chleb, a Wacek „Kabel” przyniósł głównie siebie i głośne przekonanie, że „cały ten Davos to jeden wielki jarmark próżności z kramikiem dla idiotów”.
– Słuchajta – zaczął Profesor, nalewając z termosu herbaty, którą wcześniej rozcieńczył bimbrem – w Davos spotkała się elita świata. Taka elita, co to nie potrafi zrobić jajecznicy, ale ma opinie o wszystkim. I na to przyjeżdża nasz Karolek Nawrocki. Z miną, jakby był prezydentem nie państwa, a kółka różańcowego dla konfabulantów.
– I nie podpisał! – krzyknęła Stacha. – Bo konstytucja, bo sejm, bo się obsrał!
– Bo jakby podpisał, to by mu Trump zrobił „unfollow” – dodał Wacek. – A Karol bardzo dba o relacje. W końcu sam powiedział, że ma z Trumpem osobisty kontakt. Pewnie wysyłają sobie memy.
Trump, pomarańczowy bożek narcystycznej cywilizacji, zapowiedział stworzenie Rady Pokoju. Rady! Z Putinem, Łukaszenką i, o zgrozo, Nawrockim. Brzmi jak początek kabaretu pisanego przez ChatGPT z włączoną funkcją ironii i wyłączoną funkcją sumienia.
– On chce Grenlandii! – Profesor aż podniósł się z wiadra, które pełniło funkcję fotela. – Chce ją kupić jakby to był kiosk Ruchu na promocji. Myśli, że jak sobie ją owinie w flagę, to lodowiec mu się nie stopi od tej jego opalenizny.
– Ja mu mogę sprzedać mój zamrażalnik – burknął Kazio Traktorzysta. – Tyle że tam nie ma surowców, tylko pierogi od żony.
A Nawrocki? Ten to już zupełnie odpłynął. Otoczony doradcami jak z castingu do marnej reklamy suplementu diety dla mózgu. Szczególnie Przydacz – człowiek, który mówi tak, jakby każda jego wypowiedź przechodziła przez translator z suahili. Tłumaczy coś o sensie prawnym i faktycznym, a wychodzi z tego mentalne sudoku bez rozwiązania.
– Przydacz brzmi, jakby rano zjadł słownik i próbował go przetrawić na wizji – podsumował Janek. – On nie mówi. On emituje zbitki słów, które udają, że coś znaczą.
A potem, jakby tego było mało, Trump postanowił obrazić… weteranów. Stwierdził z miną amerykańskiego wujka z grilla, że wojna w Afganistanie była „wakacjami dla sojuszników”, a kraje NATO to „wycieczkowicze, którzy się lansowali w piasku”.
– On by chciał, żeby NATO broniło granic USA przed Meksykanami – zarechotał Kabel. – Może jeszcze niech NATO stawia mu płot wokół jego ego.
Tymczasem premier Kanady, Mark Carney, przemówił w Davos jak człowiek, który nie zgubił rozumu w hotelowej windzie. Powiedział, że Zachód musi być bardziej samodzielny, mniej zależny od amerykańskich fanaberii i bardziej przytomny w obliczu autorytaryzmu.
– No i patrzcie – powiedział Profesor – facet mówi o wartościach, a nie o memach. A Zełenski? Przemawiał z odwagą i smutkiem, jak człowiek, który wie, że nikt nie przyjdzie, ale i tak będzie czekał.
– Bo jego kraj płonie, a świat w Davos grzebie w bufecie szukając bezglutenowego tortu – dorzuciła Stacha.
Kaczyński z kolei pojawił się w wiadomościach z miną jakby mu kot uciekł z kuwety prosto do konstytucji. Obiecuje, grozi, sapie – jak stary samowar podłączony do gniazdka emocjonalnego zasilanego żalem.
– On już dawno żyje w alternatywnej Polsce – westchnęła Stacha. – Tam, gdzie ludzie modlą się do pomników, a TVP jest wyrocznią.
Ale nie możemy pominąć też naszego poety sceny politycznej – Szymona Hołowni. Facet zaczął jako sumienie narodu, a skończył jako zegar sejmowy. W jego partii panuje taki chaos, że nawet PSL wygląda przy tym jak operacja wojskowa.
– Hołownia to taki chłopak z sąsiedztwa, co przyniósł ciasto na spotkanie, ale zapomniał, że jest przewodniczącym zebrania – skwitował Profesor.
Raz mówi jedno, raz drugie, raz ogłasza, że będzie nadzorem moralnym, a potem pozwala, by jego posłowie głosowali jak wiatr zawieje. Polska 2050? Raczej Polska 14:50 – czyli za późno na coś konkretnego, za wcześnie na popołudniową drzemkę.
Zrobiło się cicho. CBA mruknął przez sen. Profesor dolał herbaty, czyli bimbru. Nad stodołą padał śnieg jak biała wersja cenzury. I tylko my w tej naszej wiejskiej ciszy wiedzieliśmy jedno – że rozum nie mieszka w marmurowych salach i pałacach z ochroną. Rozum siedzi przy kozie, gryzie kiełbasę i kiwa głową na wieści z internetu.
I nawet jak autobus nie przyjechał, nawet jak droga zasypana, to my – w Bielejewie – wiemy, co się dzieje. Bo mamy oczy, uszy, rozum… i najlepszy klub politycznej analizy między Pniewami a Trzcianką.
Amen i na zdrowie.

Dodaj komentarz