KIEDY PIENIĄDZ UCIEKŁ OD LUDZI, A LUDZIE NIE MOGĄ TEGO PRZEBACZYĆ

Warszawa

Nie ma nic bardziej podejrzanego dla współczesnego świata niż coś, co działa.

Nie coś, co obiecuje, nie coś, co przemawia, nie coś, co organizuje konferencje i ogłasza sukcesy zanim jeszcze wydarzy się porażka, tylko coś, co po prostu działa, cicho, konsekwentnie i – co najgorsze – bez udziału ludzi, którzy zawodowo zajmują się psuciem rzeczy działających.

Bitcoin jest właśnie takim skandalem i dlatego świat próbuje go naprawić, czyli – jak zawsze – znaleźć winnego. Śledztwo wskazuje na brytyjskiego kryptografa, człowieka z gatunku tych, którzy rozmawiają z matematyką, a nie z kamerą. Człowieka, który w latach dziewięćdziesiątych siedział wśród cypherpunków, tej dziwnej sekty ludzi wierzących, że prywatność jest ważniejsza niż wygoda, a algorytm może być uczciwszy niż parlament.

Adam Back. Człowiek, który wymyślił Hashcash, czyli coś, co miało zatrzymać spam, a przy okazji – jak to bywa z wynalazkami – stworzyło fundament pod coś znacznie większego. Bo kiedy Satoshi pisał swoją białą księgę, odwoływał się właśnie do tego pomysłu, jak uczeń, który cytuje nauczyciela, tylko potem znika i zostawia nauczyciela z pytaniem: „czy ja właśnie stworzyłem potwora?”. Teraz wszyscy patrzą na Backa jak na podejrzanego, który wygląda zbyt normalnie, żeby być niewinny.

On oczywiście zaprzecza. Bo jeśli naprawdę jesteś człowiekiem, który posiada około miliona bitcoinów, czyli mniej więcej sto miliardów dolarów w cyfrowej formie, to przyznanie się do tego jest mniej więcej tak rozsądne jak ogłoszenie w internecie: „mam sejf, zapraszam”.

Ale tu nie chodzi tylko o pieniądze. Tu chodzi o coś znacznie bardziej bolesnego. O fakt, że ktoś być może stworzył system pieniądza, który nie potrzebuje państwa, banku, ministra ani nawet zdrowego rozsądku polityków, bo opiera się na czymś znacznie bardziej brutalnym – na matematyce.

A matematyka, jak wiadomo, nie negocjuje. Nie zawiera koalicji. Nie ogłasza zwycięstw po porażkach. I co najgorsze – nie daje się przekonać. I właśnie dlatego politycy nienawidzą tego systemu tak bardzo, jak tylko można nienawidzić czegoś, czego nie da się przekrzyczeć. Bo polityka polega na tym, że rzeczy się ogłasza. A bitcoin polega na tym, że rzeczy się liczą. I nagle okazuje się, że w tym starciu liczby mają więcej sensu niż słowa, co jest dla polityka doświadczeniem głęboko traumatycznym.

Spójrzmy na ten świat obok.

W Stanach Zjednoczonych prezydent groził końcem cywilizacji, po czym ogłosił sukces, polegający na tym, że cywilizacja jednak jeszcze chwilę pożyje. Jego przeciwnicy próbują go odwołać, jego zwolennicy próbują go tłumaczyć, a reszta świata patrzy na to jak na spektakl, w którym aktor zapomniał roli, ale gra dalej, licząc, że publiczność się nie zorientuje.

W Polsce prezydent wybiera sobie sędziów jak klient w sklepie mięsnym, wskazując palcem: „tego biorę, tych nie”, podczas gdy pozostali sędziowie organizują własne zaprzysiężenie, wysyłając zaproszenia, jakby konstytucja była wydarzeniem towarzyskim, a nie fundamentem państwa. I w tym wszystkim jest coś głęboko polskiego – przekonanie, że rzeczywistość można poprawić, jeśli się ją odpowiednio zinterpretuje.

Na świecie ropa drożeje, tanieje, znika i wraca, a cieśnina Ormuz zamienia się w kasę biletową dla tankowców, które płacą miliony za możliwość przepłynięcia, jakby ktoś nagle postanowił sprywatyzować kawałek oceanu i wystawić paragon.

I w tym całym chaosie jest jeden system, który nie potrzebuje tłumaczeń. Bitcoin. Nie przemawia. Nie obiecuje. Nie wyjaśnia. Po prostu działa. I właśnie dlatego wszyscy chcą znaleźć jego twórcę. Nie dlatego, że są ciekawi. Dlatego, że chcą go sprowadzić do poziomu, który rozumieją. Do człowieka.

Bo człowieka można opodatkować, przesłuchać, oskarżyć albo przynajmniej zaprosić na komisję. Algorytmu – niestety – nie. A bez winnego nie ma kontroli. A bez kontroli polityka zaczyna wyglądać jak to, czym w istocie bywa – chaotycznym spektaklem ludzi, którzy próbują udawać, że wiedzą, co robią, choć od dawna tylko reagują na wydarzenia, które ich przerastają.

I może właśnie dlatego ta historia jest tak niewygodna. Bo jeśli okaże się, że bitcoin rzeczywiście powstał z głowy jednego człowieka, który potem zniknął i nie próbował go kontrolować, to znaczy, że największą siłą tego systemu nie jest technologia. Jest nią brak człowieka. A to jest myśl, której żaden polityk nie zniesie. Bo oznacza, że świat może działać lepiej bez niego.

I wtedy cały ten hałas, wszystkie te przemówienia, wszystkie te dramatyczne gesty zaczynają wyglądać jak próba zagłuszenia jednej, bardzo nieprzyjemnej prawdy. Że być może największą rewolucją naszych czasów nie jest to, co ktoś zrobił. Tylko to, że ktoś miał dość rozsądku, żeby potem zniknąć. I zostawić świat samemu sobie.

Co, jak się okazuje, jest dla świata znacznie większym problemem niż jakikolwiek kryzys. Bo kryzys można ogłosić. A ciszy nie da się zakrzyczeć.


  1. TS

    Like it.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights