
Są politycy, którzy traktują armię jak instrument państwa. Są tacy, którzy traktują ją jak dekorację. I jest jeszcze osobna, eksperymentalna kategoria, którą reprezentuje Karol Nawrocki — człowiek, który najwyraźniej uznał, że generalskie gwiazdki to coś pomiędzy naklejkami z chipsów a nagrodami w szkolnym konkursie recytatorskim, rozdawanymi wedle uznania, humoru i, jak donoszą kuluary, bardzo prywatnego poczucia sympatii.
Cała historia z majowymi awansami wygląda bowiem tak, jakby ktoś wziął listę przygotowaną przez Władysława Kosiniaka-Kamysza, po czym — z miną ucznia poprawiającego pracę nauczyciela — przekreślił połowę nazwisk i dopisał własne, bo przecież „zwierzchnik sił zbrojnych nie będzie notariuszem”. I rzeczywiście, trudno zarzucić prezydentowi notarialność. Notariusz przynajmniej czyta dokumenty ze zrozumieniem.
Problem polega na tym, że wojsko — w przeciwieństwie do partyjnego pikniku — ma pewną nieelegancką właściwość: opiera się na kompetencjach. I kiedy oficer, który przeszedł wszystkie szczeble dowodzenia, zostaje odesłany do domu z niczym, a ktoś inny dostaje gwiazdkę „w prezencie”, to nie jest subtelna gra personalna. To jest komunikat: w tej armii liczy się nie tyle służba, ile układ.
I tu wchodzi Nawrocki, cały na poważnie, i zaczyna przemawiać o odpowiedzialności, standardach i oczekiwaniach wobec oficerów, co brzmi mniej więcej tak wiarygodnie, jak wykład o diecie wygłaszany przez człowieka stojącego po kostki w torcie.
W tle tego wszystkiego jest jeszcze jeden smaczek: Polska buduje największą armię w Europie, pompuje miliardy, Kosiniak-Kamysz opowiada o transformacji, dronach, sztucznej inteligencji i strategicznej przewadze, a tymczasem na szczycie systemu ktoś bawi się w kadrowe sudoku, gdzie zamiast liczb są nazwiska, a jedyną zasadą jest „bo mogę”.
Nie jest to zresztą pierwszy raz, kiedy Nawrocki odkrywa w sobie talent do zarządzania przez kaprys. Wcześniej były już konstytucyjne wizje, potem personalne przepychanki, a teraz mamy wersję wojskową: armia jako plansza, generałowie jako pionki, a strategia jako coś, co najwyraźniej można zastąpić impulsem.
Najbardziej rozczulające w tej historii jest jednak to, że wszystko odbywa się pod sztandarem powagi państwa. Oficjalne komunikaty, uroczystości, mundury, orkiestra — pełen ceremoniał. Tylko gdzieś między jednym salutem a drugim przemyka myśl, że to wszystko zaczyna przypominać teatr, w którym scenografia jest imponująca, ale reżyser zapomniał przeczytać scenariusz.
I można by się z tego śmiać, gdyby nie to, że chodzi o armię kraju leżącego dokładnie tam, gdzie historia lubi wracać bez zapowiedzi i bez poczucia humoru.
Bo ostatecznie nie chodzi o to, kto dostał gwiazdkę, a kto jej nie dostał. Chodzi o to, że jeśli państwo zaczyna traktować własne wojsko jak łup polityczny, to prędzej czy później ktoś sprawdzi, czy za tymi gwiazdkami stoi jeszcze jakakolwiek treść.
A wtedy może się okazać, że największym osiągnięciem tej prezydentury było udowodnienie, że nawet w sprawach bezpieczeństwa narodowego można zachowywać się jak ktoś, kto pomylił gabinet prezydencki z pokojem gier.
I to już nie jest nawet śmieszne. To jest po prostu drogie.

Dodaj komentarz