DWÓCH PANÓW Z LEWICY, CZYLI O TYM, JAK JEDEN ZOSTAŁ ECHEM PRZESZŁOŚCI, A DRUGI NAGLE STAŁ SIĘ POTRZEBNY

Warszawa

Polska polityka ma szczególny talent do produkowania dziwnych par – takich, które w żadnym normalnym świecie nie powinny stać obok siebie, a jednak stoją i patrzą na nas z tej samej sceny.

Człowiek siada wieczorem w fotelu i nie wie dlaczego pewne pomysły przychodzą mu do głowy. Tak po prostu. Bez zapowiedzi. Jak kot wchodzący do kuchni, choć nikt go nie wołał. I tak właśnie dziś pomyślałem o dwóch panach z polskiej polityki: Leszku Millerze i Włodzimierzu Czarzastym. Nie wiem, dlaczego akurat oni. Być może dlatego, że polityka przypomina czasem stary album rodzinny, w którym jedne fotografie blakną, a inne nagle nabierają koloru.

Nie jest to przy tym żadna deklaracja ideowa. Nie zamierzam porzucać liberalnych i demokratycznych przekonań i zapisywać się do chóru wielbicieli lewicy. Boję się jej odruchów gospodarczych tak samo jak dentysty bez znieczulenia. Ale skoro to moja tablica, mój blog i moja kawa przy biurku, mogę sobie pozwolić na luksus uczynienia bohaterami felietonu właśnie tych dwóch panów.

Leszek Miller był kiedyś człowiekiem, który wyglądał jak właściciel państwa. Miał twarz premiera z epoki, kiedy Polska wchodziła do Unii Europejskiej i NATO, podpisywała traktaty i wierzyła jeszcze, że polityka jest poważnym zajęciem dla ludzi w garniturach. Był jak dyrektor dużej fabryki historii: surowy, ironiczny, zawsze z jakimś bon motem w kieszeni.

Bo polityka ma szczególne poczucie humoru – lubi patrzeć, jak dawni bohaterowie wracają na scenę już tylko jako echo własnej legendy.

Dziś jednak Miller przypomina raczej pomnik, który ktoś postawił na środku rynku, a potem zapomniał, po co tam stoi. Wciąż przemawia, wciąż komentuje, wciąż ma swoje bon moty, ale brzmi to momentami jak echo z innej epoki. Jego dawni towarzysze patrzą na niego z mieszaniną smutku i zażenowania, jak na starszego krewnego, który przy świątecznym stole zaczyna opowiadać historie coraz bardziej dziwne, a potem jeszcze się obrusza, że młodzież nie słucha.

Bo polityka ma szczególne poczucie humoru – lubi patrzeć, jak dawni bohaterowie wracają na scenę już tylko jako echo własnej legendy.

Bo Miller ma dziś szczególną karierę: został bohaterem prawicy. Nie dlatego, że zmienił poglądy, lecz dlatego, że mówi rzeczy, które algorytmy internetu uwielbiają, jak koty konserwę z tuńczykiem. Kontrowersje, ostre zdania, antyukraińskie połajanki, bon moty o „ruskiej onucy” i „banderowskich pampersach”. Internet klaszcze, komentarze rosną jak drożdżowe ciasto, a były premier dostaje tysiące serduszek od ludzi, którzy jeszcze dwadzieścia lat temu najchętniej spaliliby jego legitymację partyjną na rynku w Pcimiu.

Polityka ma jednak dziwną właściwość: potrafi z ludzi robić karykatury ich dawnych ról. Miller, który kiedyś był jednym z architektów europejskiej Polski, dziś momentami brzmi jak komentator z internetowego forum, gdzie wszyscy wiedzą wszystko, a najmniej wiedzą o tym, o czym piszą. Patrzy się na to z lekkim zdumieniem, bo człowiek pamięta jeszcze tamte czasy, gdy Miller prowadził kraj do Unii Europejskiej, a dziś prowadzi głównie wojnę z własnym cieniem na platformie X. Historia potrafi być okrutna: z premiera państwa robi influencera gniewu dla ludzi, którzy jeszcze wczoraj krzyczeliby pod jego oknem „precz z komuną”. Miller stał się więc czymś w rodzaju politycznego dziadka z internetu – trochę błyskotliwego, trochę zgryźliwego i coraz częściej mówiącego rzeczy, po których młodsi kiwają głową z pobłażliwym: „tak, tak, dziadku, opowiadaj dalej”.

Jego dawni koledzy z lewicy wzruszają ramionami i mówią z rezygnacją: zostawmy go w jego świecie.

I łatwo sobie ten świat wyobrazić. Późny wieczór. Biurko, komputer, lampka, która świeci jak reflektor nad ostatnią sceną kariery. Leszek Miller siedzi przed ekranem, czyta komentarze i marszczy brwi jak profesor nad szczególnie głupią pracą studencką. Co chwilę dopisuje zdanie, kasuje zdanie, poprawia bon mot. Algorytm internetu jest jak kapryśny redaktor naczelny – jednego dnia wynosi człowieka na piedestał, drugiego dnia zrzuca go do piwnicy. Więc Miller pisze jeszcze ostrzej, jeszcze kąśliwiej, jeszcze bardziej z przekonaniem, że gdzieś po drugiej stronie siedzą tysiące ludzi, którzy czekają na jego kolejną ripostę. A internet odpowiada jak sala pełna rozbawionych kibiców: jedni klaszczą, inni gwizdzą, ale najważniejsze, że ktoś jeszcze słucha. W ten sposób dawny premier państwa prowadzi dziś swoją małą, codzienną bitwę – nie o władzę, nie o traktaty, lecz o uwagę algorytmu. Bo Miller jest dziś trochę jak dawny król, który nie ma już królestwa, ale wciąż chodzi po zamku i wydaje rozkazy w pustych korytarzach.

I właśnie w tym miejscu pojawia się drugi bohater tej historii.

Włodzimierz Czarzasty.

Postać, której jeszcze kilka lat temu wielu liberalnych wyborców przyglądało się z ostrożnością, jak nieznanemu zwierzęciu w zoo. Człowiek starej lewicy, aparatu, partii, struktur. A jednak z biegiem czasu okazało się, że w polityce bywa potrzebny ktoś taki: twardy, spokojny, niewzruszony jak stary mebel z epoki Gierka.

Czarzasty nie jest politykiem romantycznym. Nie jest też politykiem, który wygłasza wielkie wizje przyszłości. Jest raczej kimś w rodzaju mechanika od maszyn politycznych: kiedy coś się zacina, on bierze klucz francuski i zaczyna dokręcać śruby.

Od kiedy został marszałkiem Sejmu, jego rola w koalicji rządowej zaczęła wyglądać zaskakująco poważnie. Włodzimierz Czarzasty bierze na siebie spory z opozycją, wchodzi w potyczki, odbija ciosy, czasem oddaje „wet za wet”, a przy okazji – co zauważają politolodzy – pozwala premierowi Tuskowi na chwilę oddechu.

To trochę jak w starych westernach. Szeryf ma w miasteczku zastępcę, który wychodzi na ulicę, kiedy zaczyna się strzelanina. I nagle okazuje się, że bez tego zastępcy miasteczko nie działa.

Czarzasty jest takim zastępcą.

Nie boi się awantur, nie boi się epitetów, nie boi się tego, że ktoś nazwie go komunistą, reliktem PRL albo ideologicznym dinozaurem. Być może dlatego elektorat lewicowy zaczyna patrzeć na niego z sympatią, a liberalni wyborcy – z pewnym zdziwieniem – przyznają, że w tej politycznej orkiestrze ktoś musi czasem zagrać na głośnym instrumencie.

I tu wracamy do Millera.

Bo historia tych dwóch panów przypomina trochę starą anegdotę z domu generała Jaruzelskiego, kiedy to podobno wręczył Czarzastemu książkę z dedykacją dla przyszłego przewodniczącego SLD. Miller miał wtedy powiedzieć: „Nie przejmuj się, on na pewno żartował”.

Historia bywa jednak złośliwa jak felietonista.

Bo dziś jeden z tych panów siedzi na marginesie internetu, walczy z algorytmami i komentuje świat z coraz większą irytacją. A drugi – zupełnie niespodziewanie – siedzi wysoko, na sejmowym podium, gdzie, jako marszałek prowadzi obrady jak dyrygent orkiestry pełnej rozwrzeszczanych instrumentów.

Wyobraźmy sobie scenę z Sejmu.

Sala dudni jak stary dworzec kolejowy w godzinach szczytu. Posłowie PiS krzyczą, posłowie Konfederacji gestykulują jak kaznodzieje na targowisku, a gdzieś w środku tego hałasu siedzi Czarzasty z miną człowieka, który widział już w życiu wszystko i nic go specjalnie nie dziwi. Uderza laską marszałkowską, rzuca krótkie zdanie, czasem półuśmiech, czasem kąśliwą ripostę. I nagle robi się ciszej. Nie dlatego, że posłowie nagle stali się grzeczni. Po prostu ktoś wreszcie prowadzi to przedstawienie.

A Donald Tusk może w tym czasie na chwilę odetchnąć.

I właśnie dlatego historia tych dwóch panów jest tak ciekawa.

Bo polityka bywa złośliwa jak dobry felieton. Jednemu daje dziś tysiące lajków, które nic nie znaczą.

Drugiemu daje fotel marszałka, który nagle zaczyna znaczyć całkiem dużo.

A widz, czyli wyborca, siedzi na widowni i z lekkim zdumieniem odkrywa, że czasem najbardziej interesujące role grają nie ci, którzy najgłośniej krzyczą. Tylko ci, którzy po prostu robią swoje. Bo w polityce – jak w życiu – prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym, jak zaczynają. Tylko po tym, jak kończą.

A drugi siedzi w fotelu marszałka Sejmu i – ku zaskoczeniu wielu – okazuje się całkiem użytecznym elementem koalicji rządowej.

Polityka jest bowiem dziwną sztuką sceniczną. Jedni aktorzy stoją w świetle reflektorów tak długo, aż zostaje po nich tylko cień. Inni wchodzą bez fanfar, bez orkiestry i bez wielkich zapowiedzi – a potem nagle okazuje się, że to oni trzymają w ręku scenariusz.

Leszek Miller wciąż mówi, komentuje i walczy z algorytmami internetu jak stary generał nad mapą dawnej bitwy.

Włodzimierz Czarzasty uderza laską marszałkowską w pulpit i prowadzi Sejm przez kolejną awanturę.

A historia, jak to historia, patrzy na to wszystko spokojnie i notuje w swoim grubym zeszycie jedną prostą uwagę:

w polityce najbardziej zdradliwy jest moment, w którym człowiek nie zauważa, że jego czas właśnie minął.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights