CYMBAŁY, FORTEPIAN I BŁAZENADA – CZYLI DEBATA, KTÓRA NIE POWINNA SIĘ WYDARZYĆ

Warszawa

Gdy człowiek po nocach słucha exposé Radosława Sikorskiego, budzi się w nim nadzieja, że może – choć na chwilę – polska polityka zagraniczna przestanie być prowadzona przez ludzi, którzy mylą kompas z katarynką. Nadzieja trwa jednak krótko, mniej więcej do momentu, gdy zaczyna się debata. Wtedy z hukiem pęka jak dmuchany materac po nocy na Mazurach. Bo po Sikorskim na mównicę wychodzi opozycja. I zaczyna się festiwal.

Nie festiwal idei. Nie festiwal argumentów. Nie festiwal powagi.

Festiwal głupoty.

Taki swojski, polski, dobrze nam znany – z Rauem i Przydaczem w roli pierwszych solistów opery opartej na libretcie pod tytułem: „Nie wiem, nie rozumiem, ale się wypowiem”.


RAU: MISTRZ FORTEPIANU, NA KTÓRYM GRAĆ JUŻ NIE UMIEM

Zbigniew Rau wszedł na mównicę z miną człowieka, który znalazł w piwnicy instrument i właśnie odkrył, że to nie fortepian, tylko… cymbały. I natychmiast tę diagnozę przerzucił na rząd.

„Rząd nie zbliża się do fortepianu europejskiego, tylko pozostały mu w rękach cymbały!”

Krzyknął to z oburzeniem człowiek, który przez cztery lata prowadził dyplomację w stylu: „a co nas obchodzi Europa?”. Ten sam Rau, który przez lata tak koncertowo fałszował na arenie międzynarodowej, że nawet Kreml musiał być pod wrażeniem, teraz opowiada o instrumentach.

Drogi profesorze – żeby grać na fortepianie, trzeba najpierw wiedzieć, gdzie on stoi. A PiS szukał go przez lata w Moskwie, Budapeszcie i w studiu TVP.

Fortepianu tam nie było.

Cymbały – owszem.


PRZYDACZ: CZŁOWIEK, KTÓRY WIDZI „ĆWICZENIA Z ŻYCZENIOWEGO MYŚLENIA”, ALE TYLKO U INNYCH

Marcin Przydacz – były wiceminister, specjalista od robienia groźnych min bez podania treści – wszedł na mównicę i zaczął perorować tak, jakby właśnie zdał test z logiki, którego nikt mu nie pokazał.

„To nie są europejskie standardy. Zamienił pan sprawnych urzędników na towarzystwo wzajemnej adoracji!”

Powiedział to człowiek, który przez lata nadzorował resort będący inkubatorem dla ludzi, którzy nie wiedzieli, gdzie leży Sudan, ale za to mieli legitymację partyjną.

Ten sam Przydacz, który pomylił kwestie migracyjne z dyplomacją, strategiczne partnerstwo z konferencją prasową, a interes narodowy z interesem partii. On teraz wzdycha: „więcej myślenia!”.

Panie Marcinie, myślenie nie boli. Podobno.


CYMBAŁY, KRZYKI I DEMONSTRACYJNE NIEZROZUMIENIE ŚWIATA

Kiedy PiS dostał mikrofon, zaczął krzyczeć, buczeć, parskać i udawać, że Sikorski powiedział coś innego, niż powiedział. Debata wyglądała jak lekcja w podstawówce, w której nauczyciel spokojnie tłumaczy zadanie, a w ostatniej ławce siedzi Zbyszek z Marcinem i rzucają kulkami z papieru.

Bosak powiedział, że „nie ma wizji”. To normalne – żeby zobaczyć wizję, trzeba otworzyć oczy.

Konfederacja tradycyjnie apelowała o „realizm”. Od ludzi, którzy uważają, że NATO to opcja dodatkowa, a Unia to despotyczny projekt – brzmi to jak żart, i to taki bez puenty.

Paszyk z PSL z kolei ostrzegł przed „dyplomatołkami”. Chciał dobrze, wyszło jak zwykle – bo zapomniał, że największy dyplomatołek stał 20 minut wcześniej miał konferencję.


SIKORSKI – SPÓJRZCIE JESZCZE RAZ, BO TO TAK WYGLĄDA, GDY KTOŚ WIE, O CZYM MÓWI

Wystąpienie Sikorskiego – rzeczowe, mocne, mądre – pękło jak szkło, gdy zaczęły odbijać się w nim twarze Raua i Przydacza.

To była różnica poziomów tak wielka, że można by nią mierzyć głębokość Rowu Mariańskiego.

Sikorski mówił:

„Byliśmy i będziemy lojalnym sojusznikiem Ameryki. Ale nie możemy być frajerami.”

PiS odpowiedział:

„Cymbały.”

Sikorski przypomniał o zagrożeniach ze strony Rosji, Chin, zmian w USA, potrzebie jedności.

PiS odpowiedział:

„Ogólniki.”

Sikorski mówił o realnej polityce, analiza, fakty.

PiS odpowiedział:

„Festiwal obłudy!”

Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, która strona sali żyje w świecie realnym, a która w równoległym – ta debata powinna je rozwiązać.


I NA KONIEC: NAWROCKI W ROLI CZŁOWIEKA, KTÓRY „SIĘ PRZESŁYSZAŁ”

Sikorski na konferencji prasowej powiedział z subtelną ironią:

„Mam nadzieję, że źle usłyszałem i pan prezydent nie obwiniał Unii Europejskiej za wojnę w Ukrainie.”

A Nawrocki tymczasem opowiadał o „psującym się podwoziu UE”, o „asertywności wobec Komisji”, i o tym, że wszystko jest na dobrej drodze… tylko ruch jest po stronie ministra.

Człowiek, który nie zauważył, że Ukraina płonie, a Rosja stoi pod naszymi drzwiami, nagle domaga się asertywności wobec Brukseli.

To jakby podczas pożaru domu krzyczeć do strażaków:

„Woda wodą, ale najpierw proszę przestać wchodzić w błoto na mojej ścieżce!”


NA DZISIAJ WYSTARCZY. DEBATA TRWA. PRZYDACZ WŁAŚNIE ZACZYNA KOLEJNY POPIS.

A ja? Idę zaparzyć świeżą kawę.

Dom się obudził, kot sprawdza, czy miska pełna, a dziewczynki – te mądrzejsze od połowy polskiego Sejmu – zaraz zaczną dopytywać, co tam znowu narozrabiali politycy.

Odpowiem im krótko:

„Córki, pamiętajcie. Jeśli zobaczycie kiedyś dorosłych zachowujących się jak cymbały – to prawdopodobnie oglądacie transmisję z polskiego parlamentu.”

A teraz czekam na dalszy ciąg. Przydacz i inni kretyni dopiero się rozkręcają. To materiał na osobny felieton – być może jeszcze głupszy od dzisiejszego.

Ale najpierw: kawa, śniadanie z rodziną i do pracy, szkoły … i na papierosa


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights