BUTY NA ŚWIATOWY PORZĄDEK

Warszawa

Czwartek w Kanadzie budzi się powoli, jak stary parowiec wypływający z portu w gęstej mgle. Deszcz sączy się z nieba nad Toronto, chodniki błyszczą jak świeżo wypolerowane stoły w taniej restauracji, a tramwaje suną po mokrych torach z westchnieniem metalu, jakby same nie były przekonane, czy warto zaczynać kolejny dzień.

Ja również nie byłem tego pewien.

Stałem w garderobie i szukałem butów.

Nie była to jednak zwykła czynność. W wieku siedemdziesięciu dwóch lat człowiek zaczyna odkrywać rzeczy fundamentalne. Na przykład to, że świat jest coraz bardziej skomplikowany, a jednocześnie coraz mniej zrozumiały. I że najtrudniejszą operacją poranka potrafi być… zawiązanie sznurówek.

Bo sznurówki wymagają schylania. A schylanie wymaga kręgosłupa. A kręgosłup siedemdziesięciodwulatka nie jest już sprężyną z reklamy materacy ortopedycznych. Jest raczej starą anteną telewizyjną z lat dziewięćdziesiątych – działa, ale przy każdej zmianie pozycji trzeszczy i przypomina, że ma swoje lata.

Dlatego od rana szukałem pantofli.

Nie byle jakich. Pantofli miękkich, wsuwanych, takich które zakłada się jednym ruchem, jak człowiek wsiadający do łodzi ratunkowej. Pantofli bez filozofii, bez pętli i bez dramatów.

Po domu chodzę boso. Na dwór wychodzę w kaloszach. Kalosze mają tę przewagę nad cywilizacją, że wskakuje się w nie jednym ruchem, jak do basenu.

Mógłbym oczywiście poprosić dzieci o pomoc. Ale dzieci jeszcze śpią.

A poza tym wyglądałoby to trochę groteskowo: siedemdziesięciodwuletni ojciec stoi w gaderobie i woła potomstwo, żeby pomogło mu znaleźć pantofle i zawiązać sznurówki. Dzieci nie są od tego, mają inne przeznaczenie. Dzieci są przecież od rzeczy zupełnie innych.

Od kochania. Od przytulania. Od rozrabiania. Od wariowania. Od rozpieszczania. I – jak mnie kiedyś oświeciły moje starsze warszawskie córki – od kupowania im prezentów.

Stałem więc w tym przedpokoju, w jednej skarpetce z jedną filozoficzną refleksją, kiedy otworzyłem telefon i zacząłem czytać wiadomości. I nagle okazało się, że Donald Trump również zajmuje się butami.

Tak. Prezydent Stanów Zjednoczonych, człowiek który prowadzi wojny, rozmawia z Putinem, negocjuje z Iranem, a przy okazji ogłasza światu kolejne zwycięstwa zanim jeszcze zdążą się wydarzyć – kupuje swoim ludziom buty.

Nie jest to metafora. To fakt.

Podobno w Białym Domu istnieje już coś w rodzaju magazynu obuwia. Stosy pudełek z eleganckimi skórzanymi butami. Na każdym nazwisko: senator, minister, komentator telewizyjny, ktoś z gabinetu.

Wyobraźmy sobie tę scenę.

Gabinet Owalny. Na stole leżą mapy Bliskiego Wschodu. Generałowie pochylają się nad raportami o rakietach i dronach. Ktoś mówi o napięciach w cieśninie Ormuz. Ktoś o cenach ropy.

A Donald Trump nagle patrzy na czyjeś stopy.

– Te buty są fatalne – mówi z powagą człowieka, który właśnie odkrył sens życia.

I zaczyna zgadywać rozmiar.

– Jedenaście i pół. Albo trzynaście.

A potem zamawia nowe. Podobno robi to z entuzjazmem dziecka w sklepie z zabawkami. Podobno potrafi przerwać rozmowę o wojnie tylko po to, żeby otworzyć katalog i zamówić kolejną parę.

Najpiękniejsze jest jednak to, że nie zawsze trafia z rozmiarem. Marco Rubio widziany był ostatnio w butach tak dużych, że wyglądał jak chłopiec, który przymierzył obuwie ojca.

Ale nikt nie protestuje. Bo podobno wszyscy boją się ich nie nosić.

I wtedy człowiek zaczyna rozumieć coś bardzo ważnego o współczesnej polityce.

Imperium, które zarządza połową świata, jest prowadzone przez człowieka rozdającego buty jak wujek na weselu.

A świat w tym czasie naprawdę się pali.

Iran i Izrael wymieniają rakiety jak dwa obrażone imperia z podręcznika historii. Cieśnina Ormuz znów przypomina korek na autostradzie energii świata. Cena ropy rośnie jak drożdże w piekarni Putina.

W Kanadzie poranne wiadomości mówią o gospodarce, o cenach paliw, o nerwowych minach polityków w Ottawie. Analitycy tłumaczą w telewizji, że każda rakieta nad Zatoką Perską oznacza droższy rachunek za benzynę gdzieś pod Calgary albo Montrealem.

W Waszyngtonie Trump ogłasza, że wojna jest prawie wygrana.

W Jerozolimie Netanjahu mówi, że dopiero się zaczyna.

W Moskwie księgowi liczą miliardy z droższej ropy.

A gdzieś w Białym Domu asystent dopisuje kolejne nazwisko do listy butów.

I kiedy stoję dalej w tej garderobie, patrzę na swoje stare kalosze i nagle przychodzi mi do głowy obraz tak absurdalny, że aż prawdopodobny.

Wyobrażam sobie, że w Gabinecie Owalnym stoi długi stół, a przy nim cała światowa polityka ustawiona jak w kolejce do szewca.

Trump siedzi na końcu stołu z katalogiem w ręku.

– Putin, pokaż but – mówi.

Putin patrzy chłodno, ale wystawia nogę jak uczeń przy badaniu lekarskim.

– Czterdzieści trzy – mówi Trump. – Ale weźmiemy czterdzieści pięć. Będzie więcej miejsca na imperium.

Netanjahu przymierza kolejną parę.

– Trochę ciasne – mówi.

– Historia też bywa ciasna – odpowiada Trump.

Rubio już nic nie mówi, bo chodzi w butach tak dużych, że wygląda jak dziecko na szkolnej akademii.

A gdzieś z boku stoi Europa i patrzy na to wszystko z miną człowieka, który przyszedł kupić chleb, a trafił na spektakl operowy.

I wtedy nagle rozumiem, że w tej scenie jest coś niepokojąco prawdziwego. Bo im dłużej patrzy się na światową politykę, tym bardziej wygląda ona jak wielka przymierzalnia.

Jedni mierzą garnitury historii. Inni przymierzają buty władzy. A większość z nich – co widać aż nadto wyraźnie – chodzi w butach o trzy numery za dużych.

I dlatego świat tak się dziś potyka. A prawda jest znacznie prostsza.

Światem rządzą ludzie, którzy dostali władzę jak nowe buty – i od lat nie zauważyli, że są dla nich zwyczajnie za duże.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights