


Jest jeszcze chłodno, poranek stoi w progu jak gość, który nie wie, czy już wejść, czy jeszcze chwilę poczekać, a na stole – tym prawdziwym, domowym, nie telewizyjnym – leży wszystko, co człowiekowi daje poczucie, że świat jednak ma sens. Jajka błyszczą jak małe planety, każda z własną historią i własną pękniętą skorupką, baranek z masła stoi dumny jak generał na defiladzie, a chrzan pachnie tak, że człowiekowi aż łza staje w oku, choć przecież nikt jeszcze nie zdążył nikogo obrazić. W powietrzu unosi się zapach żuru, w którym od wieków pływa filozofia przetrwania, i tej całej wielkanocnej obfitości, która przyszła po czterdziestu dniach postu jak nagroda za cierpliwość, której i tak nikt do końca nie dochował.
Gdyby do tego stołu przysiadł się Mieszko, spojrzałby na niego z nieufnością człowieka, który nagle dowiedział się, że jego świat ma nowe zasady, że oto istnieje jeden Bóg w trzech osobach, a do tego jeszcze trzeba jeść rzeczy drogie, niedostępne i najlepiej z oliwą, której nikt tu wcześniej nie widział. A gdyby ktoś mu powiedział, że krew tego Boga robi się z wina, a nie z piwa, to pewnie spojrzałby na rozmówcę jak na szarlatana z prowincji, który próbuje sprzedać cud w butelce. I może miałby rację, bo przecież cała nasza historia to nieustanne mieszanie tego, co swoje, z tym, co przyszło z zewnątrz – trochę jak bigos, do którego ktoś co chwilę dorzuca nowy składnik i twierdzi, że tak właśnie było od zawsze.
A jednak Wielkanoc trwa, jak trwały przez wieki te wszystkie opowieści o jajkach, które są symbolem życia, o baranku, który zwycięża śmierć, i o koszyku, który kiedyś był wielkim stołem wypełnionym po brzegi jedzeniem, a dziś zmieści się w jednej ręce i jeszcze zostanie miejsce na telefon. Dawniej ksiądz chodził od domu do domu i święcił wszystko, co miało być zjedzone, jakby chciał pobłogosławić nie tylko jedzenie, ale i samą ludzką nadzieję, że jutro będzie lepiej. Dziś stoimy w kolejce z koszyczkiem, każdy ze swoim małym światem, i czekamy, aż ktoś na chwilę nada temu wszystkiemu sens.
I wtedy zaczyna się briefing rządu.
Na środku stołu stoi koszyczek jak pulpit konferencyjny, a wokół niego ustawiają się najważniejsi uczestnicy tej narady: jajka – eksperci od życia, sól – od konserwowania faktów, chrzan – od ostrej komunikacji i kiełbasa – od spraw zasadniczych. Baranek, jak to baranek, pełni funkcję ceremonialną i kiwa głową z powagą kogoś, kto wie, że i tak nikt go nie słucha. Ktoś proponuje, żeby wszystko było zgodnie z tradycją, ktoś inny, żeby jednak nowocześnie, a ktoś trzeci, żeby najpierw zrobić zdjęcie i dopiero potem cokolwiek zjeść.
Głos zabiera jajko.
Pęka.
I to jest jedyny moment szczerości na tej naradzie.
Bo w świecie, w którym wszystko jest opowieścią, tylko skorupka nie udaje.
I gdzieś w tym wszystkim pojawia się on – zając.
Nie ma go w Biblii, nie ma go w teologii, nie ma go w poważnych traktatach, a jednak jest wszędzie, jakby ktoś kiedyś uznał, że skoro świat jest już wystarczająco poważny, to trzeba do niego dorzucić coś zupełnie absurdalnego. Zając, który znosi jajka, jest przecież pomysłem tak pięknie nielogicznym, że aż prawdziwym, bo czyż nie tak właśnie działa życie – trochę sensownie, a trochę zupełnie bez sensu, a jednak jakoś się to wszystko składa.
Jedni mówią, że to pozostałość po dawnych wierzeniach, że gdzieś w cieniu chrześcijaństwa przetrwała pamięć o boginiach płodności i wiosennym odrodzeniu, że zając był zwierzęciem świtu, symbolem tego momentu, kiedy noc ustępuje miejsca dniowi. Inni twierdzą, że to tylko przypadek, że ktoś kiedyś upiekł chleb, który bardziej przypominał zająca niż baranka, i tak już zostało, bo ludzie mają niezwykły talent do zamieniania pomyłek w tradycję. A jeszcze inni, bardziej praktyczni, powiedzą, że chodziło po prostu o dzieci, które potrzebowały czegoś magicznego, żeby uwierzyć, że świat potrafi być dobry.
I może wszyscy mają rację, bo Wielkanoc nigdy nie była świętem jednej opowieści. To raczej zbiór historii, które przez wieki nakładały się na siebie jak warstwy ciasta, z którego powstaje baba wielkanocna – trochę pogaństwa, trochę chrześcijaństwa, trochę kuchni śródziemnomorskiej, a trochę chłopskiej biedy, która potrafiła z kilku prostych składników zrobić święto.
A potem zaczyna się druga scena.
Przy tym samym stole siadają politycy.
Każdy z nich bierze jajko jak mikrofon i mówi do niego, jakby ono było narodem. Jeden obiecuje, że je ochroni, drugi, że je rozliczy, trzeci, że je ulepszy, a czwarty patrzy na nie jak na okazję inwestycyjną. Ktoś próbuje podzielić jajko na pół, żeby było sprawiedliwie, ale okazuje się, że każda połówka uważa się za całość. W końcu ktoś uderza jednym jajkiem o drugie i ogłasza zwycięstwo, choć tak naprawdę wszyscy zostają z rękami w białku.
A pod stołem siedzi zając i patrzy.
I chyba jako jedyny rozumie, że to wszystko jest trochę śmieszne.
Bo kiedy oni się kłócą o skorupki, życie już dawno uciekło.
A gdzieś daleko, poza naszym stołem, Europa tłucze doniczki na szczęście, Hiszpanie tańczą ze śmiercią w świetle pochodni, Francuzi smażą omlet z piętnastu tysięcy jaj, a Włosi odpalają fajerwerki, jakby chcieli obudzić samego Boga, żeby sprawdzić, czy jeszcze patrzy. Każdy świętuje po swojemu, każdy trochę przesadza, każdy próbuje oswoić ten moment, w którym coś się kończy i coś zaczyna.
Bo o to w tym wszystkim chodzi.
O ten jeden moment, kiedy człowiek siedzi przy stole, bierze do ręki jajko i przez chwilę naprawdę wierzy, że można zacząć od nowa.
Że wszystko, co było trudne, można zostawić za sobą jak zimowy płaszcz, który nagle przestaje być potrzebny. Że nawet jeśli świat wokół przypomina czasem kiepsko napisaną sztukę, to jednak ma w sobie coś, co każe nam wciąż wracać do stołu, do ludzi, do rozmów, które nie zawsze są mądre, ale zawsze są nasze.
Dlatego życzę Państwu Wielkanocy prawdziwej, takiej, która nie mieści się na kartce ani w SMS-ie, tylko w zapachu kuchni, w śmiechu przy stole i w tej krótkiej chwili ciszy, kiedy nikt jeszcze nie zdąży powiedzieć czegoś głupiego. Życzę, żeby jajka pękały tylko tam, gdzie trzeba, żeby baranek nie musiał udawać, że wszystko jest w porządku, i żeby zając – ten dziwny, niepasujący do żadnej teologii bohater – przypomniał nam, że życie nie musi być logiczne, żeby było dobre.
A jeśli ktoś zapyta, gdzie w tym wszystkim jest sens, to proszę spokojnie odpowiedzieć, że sens nie siedzi już przy stole.
Sens wstał wcześniej, zjadł swoje jajko i wyszedł.
I zostawił nas z rachunkiem.

Dodaj komentarz