
Kraków, miasto smoków, poetów, cuchnących autobusów i wiecznej dumy, wchodzi właśnie w kolejną odsłonę swojego ulubionego gatunku politycznego: dramat groteskowy z elementami farsy finansowej. A wszystko to w oparach zadłużenia tak gęstych, że gdyby Wisła była zrobiona z bilansów księgowych, już dawno trzeba by ją było ogłosić niewypłacalną.
O CO W OGÓLE JEST TA WOJNA? ISTOTA REFERENDUM
Zanim zaczniemy się nabijać z Miszalskiego i Gibały, postawmy sprawę uczciwie: to referendum nie jest o finansach, choć zadłużenie Krakowa mogłoby z powodzeniem otwierać ranking europejskich katastrof budżetowych. To referendum jest przede wszystkim o poczuciu zdrady, stylu rządzenia i codziennych, bardzo namacalnych problemach mieszkańców.
CO MIESZKAŃCOM PUŚCIŁO PIERWSZE?
- Transport.
Mieszkańcy mają dość jazdy w autobusach, które przypominają pływające trumny na kołach. Zmiany rozkładów, cięcia linii, przepychanie aut przez zakorkowane Aleje — to wszystko sprawiło, że krakowianie uznali: „ta władza nie ogarnia podstaw”. - Organizacja miasta.
Decyzje zapadają chaotycznie, komunikaty pojawiają się z opóźnieniem, konsultacje przypominają teatr jednego aktora. Ludzie mają wrażenie, że urząd chowa się za drzwiami magistratu jak za pancerną szybą. - Arogancja władzy.
Mieszkańców szczególnie rozwścieczył słynny już „taniec Miszalskiego” na dachu magistratu. Scena wyglądała tak surrealistycznie, że wielu krakowian do dziś zastanawia się, czy to była kampania informacyjna miasta, performance artystyczny, czy może próba kontaktu trzeciego stopnia z młodymi wyborcami.
Otóż prezydent – w towarzystwie kilku urzędników – wlazł na dach magistratu i nagrał filmik do mediów społecznościowych, w którym pląsał do piosenki zawierającej soczyste wulgaryzmy. Idea miała być „nowoczesna”: pokazać prezydenta blisko ludzi, w rytmie miasta, z odwagą do przełamywania konwenansów.
Problem w tym, że wyszło jak zwykle, gdy ktoś po czterdziestce próbuje udawać dwudziestolatka z TikToka — czyli żenująco, niesmacznie i wbrew godności urzędu.
Mieszkańcy odebrali to jako symboliczny komunikat: „Zamiast rozwiązywać problemy, będę tańczył na dachu i liczył na lajki.”
W mieście, w którym ludzie tłoczą się w tramwajach, korki paraliżują codzienność, a budżet miasta krzyczy o pomoc, taniec Miszalskiego był jak przypalenie obiadu w kuchni, w której i tak już pali się firanka.
A słowa piosenki — pełne przekleństw — dolały oliwy do ognia.
Kraków widział wiele. Ale magistrackiego „urban cringe” w wykonaniu prezydenta nie widział nigdy. o ile Kraków widział wiele, ale takiej „nowoczesności” chyba nikt nie zamawiał.
- Brak wizji i niespełnione obietnice.
Metro? Reformy? Audyt po Majchrowskim? Mieszkańcy twierdzą, że zostały tylko foldery, prezentacje i grafiki. Konkretów ani widu, ani słychu.
A CO NA TO GIBAŁA?
Łukasz Gibała zarzuca Miszalskiemu przede wszystkim:
- chaos w zarządzaniu,
- niespełnione obietnice kampanijne,
- bałagan komunikacyjny,
- brak prawdziwej kontroli nad urzędem,
- nepotyzm i obsadzanie stanowisk znajomymi,
- oraz arogancką postawę wobec krytyki mieszkańców.
Nie chodzi więc o to, że Kraków się zadłuża. Kraków zawsze się zadłużał. Kraków kocha długi niczym artysta kocha swoje demony.
Tu chodzi o to, że ludzie czują się zlekceważeni i oszukani.
To referendum to nie bilans księgowy. To emocjonalna detonacja, która wybuchła po dwóch latach narastającej frustracji.
MISZALSKI – EKONOMICZNY MINISTRANT W SŁUŻBIE SKARBNIK (Z DYPLOMEM, ALE NIEKONIECZNIE Z PRAKTYKĄ)
Zacznijmy od pewnej ironii losu: Aleksander Miszalski naprawdę ma wykształcenie ekonomiczne. Ba — ukończył Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, a potem obronił doktorat z zarządzania. Wszystko brzmi pięknie, dopóki ktoś nie zada pytania: „No dobrze, ale gdzie są efekty tej wiedzy?”.
Gdyby prezydencki sposób zarządzania budżetem miasta był pracą doktorską, to recenzent napisałby jedno zdanie:
„Autor wykazuje twórczą interpretację pojęcia ‘logika budżetu’, jednak brak tu elementów spójności z rzeczywistością.”
Bo choć Miszalski ma dyplomy, to w praktyce zarządzanie finansami miasta wygląda tak, jakby korzystał z nich tylko po to, by podłożyć pod nogę stolika. Wszystko wskazuje na to, że pani skarbnik ma w Krakowie władzę większą niż niejeden wiceprezydent, a prezydent ufa jej jak seminarzysta swojemu katechecie — bezrefleksyjnie i z pełnym oddaniem.
W efekcie:
- miasto zadłuża się szybciej, niż kierowcy tracą cierpliwość na Alejach,
- inwestycje rozpływają się jak smog po mroźnym poranku,
- a budżet puchnie od kreatywnej księgowości, która bardziej przypomina literaturę fantasy niż dokument publiczny.
Metro? Oczywiście — powstanie, jak tylko Lajkonik przesiądzie się na auto elektryczne i sam wybuduje tunele.
GIBAŁA – ŚWIĘTY OD REFERENDÓW, PATRON TELEMARKETERÓW (I MISTRZ FINANSOWYCH FIGUR KASOWYCH)
A teraz drugi bohater tej krakowskiej telenoweli: Łukasz Gibała, człowiek, który potrafi tak skutecznie mówić o oddłużaniu miasta, że można zapomnieć, iż jego własna firma tonęła w długach głębszych niż dziury na ul. Krupniczej.
Przypomnijmy fakty:
- Firma Gibały, produkująca materiały do druku 3D, była zadłużona na ponad 230–250 milionów złotych,
- głównym wierzycielem był… ojciec Gibały,
- kiedy sprawa zaczęła wychodzić na jaw, Gibała oddał firmę tacie, co miało „rozwiązać problem”.
To trochę tak, jakby ktoś twierdził, że oddał łyżkę stołową, bo była zadłużona — i teraz wszystko jest w porządku.
A dziś ten sam człowiek tłumaczy mieszkańcom, jak należy zarządzać budżetem Krakowa.
To tak, jakby kapitan Titanica doradzał, jak unikać gór lodowych.
Jednak nie w tym tkwi sedno. Gibała ma talent: potrafi nadać każdej akcji pozory ruchu obywatelskiego — nawet jeśli ten ruch składa się z:
- opłacanych ankieterów,
- telefonistów wykonujących „społeczne telefony”,
- wolontariuszy, którzy dziwnym trafem mają podpisaną umowę godzinową.
Wszystko oczywiście „nie dla referendum, tylko tak ogólnie”.
DLACZEGO JA SIĘ W OGÓLE CZEPIAM TEGO KRAKOWA?
To pytanie pada często, a odpowiedź jest prosta: bo Kraków to nie jest zwykłe miasto.
To emocja. To pamięć. To wspomnienie. To miejsce, które zostaje w człowieku jak dobra książka albo zła decyzja życiowa. Nie trzeba tam mieszkać, żeby czuć do niego przywiązanie.
Poza tym Kraków jest papierkiem lakmusowym polskiej polityki:
- jak tam coś się psuje, psuje się w całym kraju,
- jak tam widzimy chaos, to znaczy, że system gubi równowagę,
- jak tam władzę obejmują ludzie bez umiejętności, to znaczy, że problem jest większy niż jedno miasto.
Kraków to metafora. A ja czepiam się metafor — tak z zasady.
Bo choć nie mieszkam nad Wisłą, to nie zamierzam milczeć, kiedy widzę, jak kolejne ekipy polityczne robią z tego pięknego miasta eksperymentalną stację testowania ludzkiej cierpliwości.
A jeśli ktoś zapyta: „Co cię to obchodzi?”, odpowiedź jest prosta:
Bo na Kraków patrzy cała Polska. A ja wolę patrzeć na miasto, które działa, niż na takie, które tańczy na dachu i tonie w długach.
NADZIEJA? NA HORYZONCIE JAK SMOG W STYCZNIU
Kraków zasługuje na kogoś lepszego. Serio.
Na kogoś, kto:
- potrafi policzyć do stu, zanim wyda sto milionów,
- nie boi się audytu,
- nie tańczy na dachu magistratu,
- nie zatrudnia kuzynów, kolegów i znajomych królika,
- nie udaje, że telemarketer to efemeryczne zjawisko atmosferyczne.
Ale czy taki kandydat istnieje? A może Kraków — tak jak polska polityka — skazany jest na odwieczną rotację niekompetencji, ambicji i tańca na dachach?
Jedno jest pewne: ta bitwa o Kraków dopiero się zaczyna. I będzie głośniejsza niż hejnał grany przez trębacza, który w połowie melodii zobaczył rachunek miasta.
Kto wygra? Nie wiem. Kto przegra? Mieszkańcy, jak zwykle.
Ale show będzie przednie. Jak zawsze w Krakowie.

Dodaj komentarz