



Wstajesz rano. Świat jeszcze cicho ziewa, kawa stygnie na parapecie, a twoje resztki nadziei na normalność odpływają jak wspomnienia po „Uwadze!” z Janowskim. Włączasz TVN24, bo jesteś masochistą informacyjnym, i oto jest – Marcin Przydacz, czyli człowiek, który wygląda jakby prowadził własne show w telewizji publicznej dla robotów. Minister prezydencki, mąż stanu, strażnik tajemnic dyplomacji. I – jak się okazuje – bohater kabaretowy poniedziałkowego poranka.
Temat: nominacje ambasadorskie. Konflikt na linii Pałac Prezydencki – MSZ. Czyli coś, co w normalnym państwie załatwiano by za kulisami, ale w Polsce 2025 wszystko musi mieć formę telenoweli. Spotkanie prezydenta Nawrockiego z Radosławem Sikorskim odbyło się w październiku. Ale Pałac się nie pochwalił, bo – uwaga – „może nie było się czym chwalić”. Tak, to autentyczna wypowiedź Marcina Przydacza. Polska dyplomacja oficjalnie przeszła na poziom: „meh”.
Dalej było tylko lepiej. List ministra Sikorskiego do prezydenta? Według Przydacza – „jedna z niewielu prawdziwych rzeczy to data”. Reszta? Fejk. To już nie jest komunikacja między instytucjami państwa – to memy w formie papierowej. Kiedy Piasecki pytał o możliwość kompromisu, bo Sikorski zaproponował m.in., że Bogdan Klich nie musi być ambasadorem w USA, Przydacz zarechotał: „Dni Bogdana Klicha w Waszyngtonie są policzone”. Bo jak wiadomo, najlepiej się dogaduje, rzucając cienie śmierci nad politycznych seniorów.
Przydacz nie byłby sobą, gdyby nie wyjaśnił logiki pałacowej z gracją hydraulika w operze. Mówił o ustaleniach: „A, B, C, D”, które potem rzekomo zostały przez Sikorskiego w liście opisane jako: „nie A, nie B, nie C”. Brakowało jeszcze tylko rysunku na tablicy i użycia markerów w kolorze patriotycznym. „Myślę, że po nowym roku, jak ochłonie pan minister Sikorski i swojej ambicji” – dodał Przydacz, już na pełnej protezie ironii, jakby właśnie przecinał wstęgę w nowym oddziale złej woli.
I tu wkraczamy w krainę absurdu – bo oto facet, który przez lata był twarzą dyplomatycznego sabotażu w stylu „Polska wstała z kolan i rozbiła sobie kolano”, mówi o tym, że dyplomacja lubi ciszę. Tymczasem jedyne, co się u niego zgadza, to głośność przekonania o własnej racji i absolutny brak autorefleksji. Czyli esencja prezydenckiej polityki zagranicznej: my wiemy lepiej, wy się nie odzywajcie.
W cieniu tej groteski dzieją się rzeczy prawdziwe: Trump znowu opowiada światu, że Zełenski go zawiódł, bo – uwaga – nie przeczytał planu pokojowego. Tak, Donald „czytam na głos skład Big Maca” Trump oczekuje od ukraińskiego prezydenta, że ten przyjmie plan, który został uzgodniony… w Moskwie. I prezentowany w Miami przez Jareda Kushnera i Steve’a Witkoffa, czyli ludzi, którzy nie potrafią wymienić trzech miast na Ukrainie, ale za to świetnie znają cenę ropy i cygara.
Trump, znów z certyfikatem amerykańskiej ignorancji, rzuca tekstem: „Rosja nie ma nic przeciwko”. To cudownie – Putin pewnie nie ma też nic przeciwko podbiciu Odessy, Charkowa i weekendowej willi na Zakarpaciu. A że Zełenski nie czyta szybko? Cóż, może dlatego, że ma wojnę, a nie talk-show.
W tle pojawia się też premier Donald Tusk, który w ciągu 24 godzin został najczęściej cytowanym politykiem w mediach społecznościowych na świecie. Jego wpis – skierowany do Amerykanów – był bardziej dyplomatyczny niż cały prezydencki obóz przez ostatnie pięć lat. Napisał: „Europa jest waszym sojusznikiem, a nie problemem. Mamy wspólnych wrogów. Przynajmniej tak było przez ostatnie 80 lat”. Krótkie, celne, bez Przydaczowej paplaniny. Po prostu polityka z mózgiem.
Na koniec przypomnienie z rodzimego piekiełka: budżet uchwalony, cięcia lecą, podwyżki minimalne, ciepło będzie droższe, renta wdowia policzona jak emerytura po kacu. Ale pamiętaj – wszystko pod kontrolą. Przynajmniej według ludzi, którzy „lubią ciszę”, ale robią z polityki operę buffa.
Podsumowując: mamy ministra, który z uśmiechem tłumaczy, że nic się nie stało, bo przecież ustalenia są tajne, a nieprawdziwe. Mamy prezydenta, który milczy, jakby go wygenerował ChatGPT w wersji dla harcerzy. Mamy opozycję, która próbuje rozmawiać jak dorośli. I mamy poniedziałek.
Amen. I niech cisza zapadnie.
Ale nie za długo, bo zaraz znowu będzie Przydacz w TV.

Dodaj komentarz