


Wieczór wielkanocny zawsze ma w sobie coś z teatru ciszy. Stół już posprzątany, talerze odpoczywają jak zmęczeni statyści po trzecim akcie, żurek przestał parować, a mazurek – jak każdy poważny obywatel – leży ciężko i bez sensu, przypominając o konsekwencjach wyborów życiowych. Za oknem ciemność miękka jak futro starego kota, w domu półszept, półsen. Nawet telewizor mówi ciszej, jakby się bał, że zaraz ktoś zapyta go o sens istnienia.
I właśnie wtedy, w tej świątecznej ciszy, wchodzi on – cały na pomarańczowo, z palcem na klawiaturze i rozumem na urlopie bez prawa powrotu – Donald Trump i pisze do świata: „otwórzcie tę pie*****ną cieśninę, szalone bękarty”.
I człowiek nagle rozumie, że Wielkanoc Wielkanocą, ale cyrk jedzie dalej.
Bo świat wygląda dziś trochę jak stół po śniadaniu: ktoś coś przewrócił, ktoś się obraził, ktoś próbuje udawać, że wszystko jest pod kontrolą, a w kącie stoi wujek, który już trzeci raz tłumaczy, że „on tylko żartował”, choć wszyscy widzą, że to nie był żart, tylko diagnoza.
Trump grozi Iranowi piekłem, po czym w tym samym zdaniu zapowiada negocjacje. To nie jest dyplomacja. To jest emocjonalny rollercoaster sterowany przez człowieka, który uważa, że strategia polega na tym, żeby krzyczeć głośniej niż przeciwnik i szybciej zmieniać zdanie niż kanał w telewizorze. Raz 48 godzin, potem 5 dni, potem 10 – ultimatum rozciągnięte jak stara guma od majtek.
Po drugiej stronie odpowiedź jest równie elegancka: będzie bagno, będzie piekło, będzie koniec świata w promocji dwa w cenie jednego.
A w tle stoi ktoś trzeci i liczy.
I tu kończy się folklor, a zaczyna rachunek.
Bo jeśli człowiek, który jednego dnia grozi „piekłem”, a drugiego oferuje „deal do poniedziałku”, trzyma w ręku nie tylko Twittera, ale też klucze do całej zachodniej logistyki wojskowej, to przestaje być śmiesznie. To już nie jest wpis. To jest interfejs władzy.
Europa nagle odkrywa, że ten krzyk z Truth Social nie jest tylko hałasem. To jest test pilota. Sprawdzenie, czy przycisk działa.
Europa natomiast zaczyna rozumieć, że kupiła bezpieczeństwo w systemie ratalnym. Z opcją odcięcia aktualizacji.
Bo nagle okazuje się, że ten cały błyszczący arsenał, te nasze F-16, F-35, Apache’e i cała reszta katalogu marzeń, to nie są zwykłe zakupy. To jest abonament. Sprzęt działa, dopóki ktoś w Waszyngtonie uznaje, że ma działać. Dopóki przychodzą części, aktualizacje, dane do systemów, pliki do planowania misji. Dopóki ktoś nie uzna, że dziś jednak nie.
Nikt nie musi niczego „wyłączać” jednym przyciskiem jak w tanim filmie science fiction. Wystarczy nie wysłać aktualizacji. Wystarczy opóźnić dostawę rakiet. Wystarczy, żeby system przestał dostawać dane, a najnowocześniejszy myśliwiec zaczyna przypominać bardzo drogi model kolekcjonerski.
To jest zależność elegancka jak kajdanki z miękką wyściółką. Niby wygodne, niby błyszczące, a jednak wciąż kajdanki.
A gdzieś obok siedzą Chiny. Spokojne, cierpliwe, jak księgowy na końcu świata, który nie podnosi głosu, tylko prowadzi tabelę. Patrzą, jak Ameryka podpala Bliski Wschód i jednocześnie negocjuje sama ze sobą. Patrzą, jak Europa kupuje bezpieczeństwo na abonament. I robią to, co robi każdy rozsądny gracz przy stole, na którym inni tracą głowę – czekają.
Nie przeszkadzają, gdy przeciwnik popełnia błąd. Liczą, gdzie popłynie ropa, gdzie wzrosną ceny, gdzie zabraknie dostaw. Budują zapasy, alternatywy, przewagi. Nie krzyczą o piekle. Oni planują rachunek za to piekło.
I kiedy człowiek czyta, jak Trump pisze: „Otwórzcie tę pieprzoną cieśninę, szalone bękarty, albo będziecie żyć w piekle – ZOBACZYCIE!”, to nagle zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem klucze do tych kajdanek nie leżą tylko na jego biurku – czy może już ktoś inny dorabia do nich kopię.
A u nas zaczyna się teatr znacznie ciekawszy, bo bardziej swojski. Karol Nawrocki postanowił bowiem wprowadzić do prawa nową kategorię: ślubowanie selektywne.
Dwóch sędziów zaprzysiągł, czterech zostawił w poczekalni historii. Jak w restauracji, w której kucharz uznaje, że część zamówienia jednak mu się nie podoba i poczeka, aż goście sami zdecydują, czy w ogóle są głodni.
Ale prawdziwa perła nie leży w decyzji. Ona leży w uzasadnieniu. Otoczenie prezydenta zaproponowało rozwiązanie godne kabaretu prawnego: niech o ważności wyboru sędziów zdecyduje… Trybunał Konstytucyjny. Czyli organ, którego skład właśnie jest przedmiotem sporu. To trochę tak, jakby zapytać podejrzanego, czy jest winny, i uznać jego odpowiedź za ostateczny wyrok. Albo jakby złodziej prowadził własne postępowanie dowodowe i jeszcze wystawił sobie dyplom uczciwości.
Logika tej konstrukcji jest zachwycająca w swojej bezczelności. Mamy spór o to, czy sędziowie zostali wybrani prawidłowo. Więc oddajemy decyzję instytucji, której prawidłowość funkcjonowania zależy właśnie od tych sędziów.
To nie jest już błędne koło. To jest karuzela konstytucyjna, na której wszyscy kręcą się coraz szybciej, aż przestaje być wiadomo, kto jest kim, kto decyduje i czy w ogóle ktoś jeszcze trzyma ręce na kierownicy.
W dodatku wszystko to opakowane w język powagi, troski o państwo i troski o konstytucję. Jakby ktoś tłumaczył, że rozbiera zegarek po to, żeby sprawdzić, czy dobrze chodzi.
A gdzieś obok, jak w bocznym pokoju tej samej farsy, Viktor Orbán rozstawia dekoracje do własnego spektaklu. W Serbii znajdują „przypadkiem” ładunki wybuchowe przy gazociągu, w Budapeszcie natychmiast zbiera się rada obrony, a w powietrzu unosi się znajomy zapach: strach na użytek kampanii. Wybory za pasem, sondaże nieprzyjemne, więc pojawia się stara sztuczka – trochę paniki, trochę suwerenności, trochę wroga zewnętrznego. Jeśli się uda, będzie stan wyjątkowy i cisza wyborcza dłuższa niż rozsądek. Jeśli się nie uda – zostanie przynajmniej wrażenie, że kraj jest oblężoną twierdzą, a oblężoną twierdzę oddaje się tylko razem z władzą. To polityka jako teatr zagrożenia: ktoś przynosi plecak z materiałem wybuchowym, a ktoś inny przynosi urnę i mówi, że to dla naszego bezpieczeństwa.
I tu dochodzimy do momentu, w którym świąteczny stół spotyka się z państwem. Bo państwo zaczyna przypominać ten mazurek: ciężkie, słodkie, pełne dekoracji i kompletnie nieprzydatne, gdy naprawdę trzeba coś zrobić. A obok tego wszystkiego świat nadal się pali, ktoś krzyczy o piekle, ktoś planuje wybory pod presją wybuchów, ktoś liczy zyski, a my siedzimy i patrzymy. I nagle człowiek rozumie, że jedyną stałą w tym świecie nie jest ani polityka, ani prawo, ani nawet zdrowy rozsądek.
Jedyną stałą jest improwizacja. Improwizacja ubrana w garnitur, w mundur, w togę. Improwizacja, która udaje system. Improwizacja, która decyduje o rzeczach śmiertelnie poważnych.
I może właśnie dlatego to wszystko jest tak przerażająco śmieszne. Bo kiedy świat zachowuje się jak kabaret, jedyną rozsądną reakcją jest śmiech. Tyle że to jest ten śmiech, który zostaje w gardle. I który kończy się ciszą. Taką samą jak ta dzisiejsza, wielkanocna. Tylko trochę cięższą.
A Nawrocki? Cóż – to pierwszy prezydent, który potrafi zaprzysiąc połowę prawa i udawać, że druga połowa nie istnieje, po czym ogłasza sukces, bo matematyka jeszcze nie została zdelegalizowana.

Dodaj komentarz